Zima się zbliża i misie szykują zapasy izolacji podskórnej. Dziś nabrałem ochoty na garowanie, naleśniki dokładniej, a że ze wspinowego weekendu we frankenjurze zostały jakieś dziwne zapasy w konserwach, ogarnąłem je i wyszło nadzienie hiszpańsko- meksykańskie. Gdy ostatnio robiłem chimichangas strasznie mi się łamały placki. Teraz, z naleśnikami nie było tego problemu, ale też wielkość patelni nie pozwalała na szaleństwa. Zawijanie musiałem ograniczyć do minimum więc wyglądają całkiem jak tradycyjne od-mamowe naleśniki z serem podsmażane na maśle. Zapiecze się z serem i będzie git :D
W trakcie kucharzenia podczytywałem "Lesia" któryś kolejny raz i poparskując śmiechem przypalałem kolejne naleśniki. Ponoć na humor Chmielewskiej nie można być obojętnym- albo się go kocha, albo nienawidzi. Mi bardzo odpowiada. "Dzikie białko", "Wszystko Czerwone", serie o Janeczce i Pawełku, historie Joanny, Tereska i Okrętka, wszystkie lubię.
Tłuszczyk spalę jutro na panelu, mam nadzieję. Wracam ostatnio z pracy późno i brak mi trochę spokoju, odprężenia i snu. Wczoraj włączyłem nową płytę ZAZ a chcąc się podelektować wyciągnąłem się na łóżku... nie pamiętam nawet jednego utworu. Obudziłem się rano.
Mądrość żadna do mnie nie przyszła więc nie mam się czym dzielić. Spostrzeżenia codzienne też przez niemrawy żywot jakoś nieobecne. Może przez te oczka napuchnięte i zaspane. Postanawiam zatem iść spać dziś, aby móc znów chłonąć świat bez filtra. Miłego wieczoru zatem Wam wszystkim, zaległości ponadrabiam wkrótce... goni mnie świat :D
wtorek, 27 sierpnia 2013
Jak w życiu
Jest taki moment zawsze, że robi się ciężko. Choćby nie wiem jak się człowiek asekurował, przychodzi taka chwila, gdy trzeba zaryzykować żeby nie utknąć na środku drogi. Wspiąć się ponad zapewniające bezpieczeństwo punkty i przeć do kolejnego, błyskającego z chropowatej skały ringa. Ciężko pożegnać się z czasem iluzoryczną pewnością bezpieczeństwa i ruszyć w nieznane, gdzie może nie być czego się chwycić a wycofanie z trudności często jest bardziej wymagające niż droga w górę.
Na dodatek latanie w skale zawsze wiąże się z ryzykiem. Łatwo uderzyć w coś głową, trudno kontrolować upadek. Świadomość tego wszystkiego wywołuje lęk który usztywnia ruchy, zagina palce w szpony i powoduje mimowolny przykurcz ramion. Oddech przyspiesza a napięte mięśnie zaczynają drżeć jeszcze przed wejściem w trudny odcinek. Ja w każdym razie tak mam, boję się jak cholera gdy wyjdę nad wpinkę. Zaczynam w panice obmacywać skałę szukając wsparcia dla dłoni i stóp. Hiperwentyluję prawie. Ale idę, bo co tam, i tak łatwiej niż w życiu.
To taki zaległy pościk z doświadczeń frankenjurajskich, gdzie wspinanie wymaga silniejszej psychiki ze względu na specyficzne rozmieszczenie punktów asekuracyjnych.
Na dodatek latanie w skale zawsze wiąże się z ryzykiem. Łatwo uderzyć w coś głową, trudno kontrolować upadek. Świadomość tego wszystkiego wywołuje lęk który usztywnia ruchy, zagina palce w szpony i powoduje mimowolny przykurcz ramion. Oddech przyspiesza a napięte mięśnie zaczynają drżeć jeszcze przed wejściem w trudny odcinek. Ja w każdym razie tak mam, boję się jak cholera gdy wyjdę nad wpinkę. Zaczynam w panice obmacywać skałę szukając wsparcia dla dłoni i stóp. Hiperwentyluję prawie. Ale idę, bo co tam, i tak łatwiej niż w życiu.
To taki zaległy pościk z doświadczeń frankenjurajskich, gdzie wspinanie wymaga silniejszej psychiki ze względu na specyficzne rozmieszczenie punktów asekuracyjnych.
Bawarskie śniadanie, w zestawie kufel piwa.Obok widoczki jurajskie, ożywiona i nieożywiona pcha się drzwiami i oknami, tylko podziwiać...
wtorek, 6 sierpnia 2013
Biec pod słońce...
...Kochać mocniej
Chłonąć każdy dzień...
W Piątek pojechałem na wieś. W dzikie ostępy i leśne gąszcze. Jako że ostatnio obiecałem nie grać na gitarze przed dziewiątą, spakowałem do plecaka buty do biegania. Oczywiście obudziłem się wcześnie, ale nie mogę powiedzieć, że byłem na nogach pierwszy. Przy ognisku zastałem trzy osoby zagadane od wieczora jeszcze. Poszli spać dopiero jak wróciłem z przebieżki, czyli po siódmej. Biegałem trochę pomiędzy świeżo skoszonymi rżyskami, gdzie sterty złotej słomy błyszczały w słońcu i pachniały wakacjami, głównie jednak zwiedzałem leśne dukty. Cisza, migotanie promieni pomiędzy gałęziami, pajęcze sieci porozpinane w poprzek szlaku, chłodne powiewy w cienistych zakątkach i dotyk ciepła na skórze na przecinkach i polankach.
Zwykle biegam wieczorami. To jedyna możliwość przy wstawaniu o 5.30 do pracy. Zaskoczył mnie w związku z tym brak buntu organizmu na trzecim kilometrze. Zaspał, pomyślałem i oczekiwałem lada chwila kolki, skurczu, zadyszki chociaż. Okazało się że nic z tego. Mimo, że pogubiłem się trochę i zrobiłem prawie cztery kilometry więcej niż miałem w planie, jedyne czego się nabawiłem to otarcie na udzie. Fajnie. Po bieganiu wskoczyłem do basenu a potem długo wysychałem na rozgrzanych deskach huśtawki, która ukołysała mnie do drzemki. Jeszcze w piecu napaliłem, żeby reszta miała ciepłą wodę pod prysznicem i śniadanie zjadłem zdrowe.
Cały weekend w ogóle był wesoły i leniwy. Jedzenie pyszne, towarzystwo bajeczne, przejechałem się na ścigaczu i pograłem w siatkę pierwszy raz od lat. Popuszczałem latawca, robiąc sobie znów apetyt na Leninowy kurs kitesurfingu. Objadłem się pysznym ciastem, furą sałatek i mięsem z grilla, przy każdej porcji obiecując sobie że to już ostatnia. Struny w gitarze zmieniłem na bardziej miękkie i pograłem trochę. Z głupia frant wziąłem też kilka zamków treningowych i bawiliśmy się w otwieranie, gdy część obsady grała w planszówki. Książkę poczytałem w drodze powrotnej nawet, więc mimo braku skały w okolicy odczułem pełną satysfakcję. Troszkę mi tylko żal było wyprawy z ekipą w Jurę, która odbywała się równolegle. Trudno, skała nie zając chyba. Tylko zając zając, cytując klasyka.
Muszę śpiewnik nowy jakiś złożyć i wydrukować bo wstyd z tą hałdą kartek się ludziom pokazać ;). I aparat wymienić chyba jednak na lepszy, bo w pomieszczeniach słabo mu idzie. Kiedyś przyjdzie taki dzień.
Tymczasem buduję sobie, choć gorąco niemożebnie. Dziś zostawiłem wodę na słońcu, a na fajrant prawie mogłem w niej herbatę zaparzyć. Żeby to się jeszcze tłuszcz od tego wytapiał chociaż :D
Zakupiłem tony owoców i tym się będę żywił. Howgh!
Chłonąć każdy dzień...
W Piątek pojechałem na wieś. W dzikie ostępy i leśne gąszcze. Jako że ostatnio obiecałem nie grać na gitarze przed dziewiątą, spakowałem do plecaka buty do biegania. Oczywiście obudziłem się wcześnie, ale nie mogę powiedzieć, że byłem na nogach pierwszy. Przy ognisku zastałem trzy osoby zagadane od wieczora jeszcze. Poszli spać dopiero jak wróciłem z przebieżki, czyli po siódmej. Biegałem trochę pomiędzy świeżo skoszonymi rżyskami, gdzie sterty złotej słomy błyszczały w słońcu i pachniały wakacjami, głównie jednak zwiedzałem leśne dukty. Cisza, migotanie promieni pomiędzy gałęziami, pajęcze sieci porozpinane w poprzek szlaku, chłodne powiewy w cienistych zakątkach i dotyk ciepła na skórze na przecinkach i polankach.
Zwykle biegam wieczorami. To jedyna możliwość przy wstawaniu o 5.30 do pracy. Zaskoczył mnie w związku z tym brak buntu organizmu na trzecim kilometrze. Zaspał, pomyślałem i oczekiwałem lada chwila kolki, skurczu, zadyszki chociaż. Okazało się że nic z tego. Mimo, że pogubiłem się trochę i zrobiłem prawie cztery kilometry więcej niż miałem w planie, jedyne czego się nabawiłem to otarcie na udzie. Fajnie. Po bieganiu wskoczyłem do basenu a potem długo wysychałem na rozgrzanych deskach huśtawki, która ukołysała mnie do drzemki. Jeszcze w piecu napaliłem, żeby reszta miała ciepłą wodę pod prysznicem i śniadanie zjadłem zdrowe.
Cały weekend w ogóle był wesoły i leniwy. Jedzenie pyszne, towarzystwo bajeczne, przejechałem się na ścigaczu i pograłem w siatkę pierwszy raz od lat. Popuszczałem latawca, robiąc sobie znów apetyt na Leninowy kurs kitesurfingu. Objadłem się pysznym ciastem, furą sałatek i mięsem z grilla, przy każdej porcji obiecując sobie że to już ostatnia. Struny w gitarze zmieniłem na bardziej miękkie i pograłem trochę. Z głupia frant wziąłem też kilka zamków treningowych i bawiliśmy się w otwieranie, gdy część obsady grała w planszówki. Książkę poczytałem w drodze powrotnej nawet, więc mimo braku skały w okolicy odczułem pełną satysfakcję. Troszkę mi tylko żal było wyprawy z ekipą w Jurę, która odbywała się równolegle. Trudno, skała nie zając chyba. Tylko zając zając, cytując klasyka.
Muszę śpiewnik nowy jakiś złożyć i wydrukować bo wstyd z tą hałdą kartek się ludziom pokazać ;). I aparat wymienić chyba jednak na lepszy, bo w pomieszczeniach słabo mu idzie. Kiedyś przyjdzie taki dzień.
Tymczasem buduję sobie, choć gorąco niemożebnie. Dziś zostawiłem wodę na słońcu, a na fajrant prawie mogłem w niej herbatę zaparzyć. Żeby to się jeszcze tłuszcz od tego wytapiał chociaż :D
Zakupiłem tony owoców i tym się będę żywił. Howgh!
Słowo, to nie photoshop, sam nie wiem skąd mam takie bary. :D
Sezon grillowy :D Lubię to!
Pajęczyny- giganty na szlaku
środa, 24 lipca 2013
Lipą pachnie.
Poruszanie się rowerem po mieście ma wiele nieprzecenialnych zalet. Oprócz tego, że polują na Ciebie tramwaje, to już same plusy pozostają. Moje wieczorne, niespieszne kołowanie w stronę domu okraszone jest od wiosny feerią zapachów... taka naturalna terapia relaksacyjna na koniec dnia. Najpierw był bez, potem akacja, teraz pachną lipy. Ostatnio budowaliśmy w Bielawie, przy lipowej alejce. Przez całe ogromnie słoneczne dni zapach sosnowych wiórów mieszał się z aromatem lipowych kwiatów. W rozgrzanym powietrzu poruszanym powiewem od gór brzęczały pszczoły, przysiadając czasem na złotym drewnie konstrukcji. Sympatyczna psina chowała się w cieniu, wyszukując resztki nocnego chłodu, ale na przerwach przychodziła umilić nam czas ruchliwym nosem i miękkim jęzorem i wyprosić jakiś kawałek śniadania. Inwestor znajomy, więc dopieszczani byliśmy codziennie. Pierogi z jagodami, lody albo miska zimnych, słodkich wiśni w te upalne dni spowodowały, że czułem się jak na wakacjach u przyjaciół, a nie w pracy.
Nabrałem znów ochoty, żeby jednak dom zbudować. Kilka kubików drewna, parę narzędzi i już można mieć swój wymarzony kąt. Z warsztatem pełnym skarbów, biblioteką, kątem do muzycznych eksperymentów, pracy i relaksu. Z ogrodem dla wielkiego psa, składzikiem na sprzęty sportowe, ze ścianką wspinaczkową i tyrolką dla dzieciaków. Z wielkim piecem w kuchni, z ławeczką przed domem i miejscem na ognisko. Z grillem i piecem chlebowym. Z ziemianką. Z miejscem dla przyjaciół. Z pełnym barkiem dla przyjaciół. Z kruszarką do lodu i całym trawnikiem mięty na mojito. Z wielką kuchnią na wspólne gotowania, salonem na śpiewogrania i rzutnikiem na wieczorki filmowe. Dużo bym tak mógł jeszcze wymieniać. Chciałbym.
Wracam do formy powoli. Biegać zacząłem znów i nawet nie ma tragedii. Ze wspinaczką chirurg kazał poczekać jeszcze trochę, ale podciągam się czasem na próbę i jest coraz lepiej. Chyba basen pomógł dużo. Może w weekend już powalczę. Tymczasem miły wypad na trekking w Karkonosze przyjaciel zaproponował, fajnie było. W niedzielę prawie 40 kilometrów na rowerku po szutrach zrobiliśmy jeszcze, a doliczając wieczorny wypad na bachatę to nawet 50 mi się uzbierało. Nie zdążyliśmy zwiedzić skały koło jego domu, co planujemy już od wiosny, ale może i lepiej. Zrosnę się trochę jeszcze.
Od piątku żywiłem się grillami. Piątkowy wieczór nad Odrą pamiętny będzie z pewnością ze względu na hordy krwiożerców, złamany obojczyk i nieplanowaną kąpiel nieumiejącej pływać koleżanki. W sobotę u kumpla (swoją drogą miejscowość się Lipa nazywa) pod czereśnią magiczna noc pod księżycem przy ognisku. Niedziela wolna od węgla drzewnego była, ale w poniedziałek za to znów spotkanie, tym razem w pobliżu wody strzeżonej, żeby się Sylwia bezpieczniej czuła (bo to ekipa piątkowa znów była). Kolegi z uszkodzonym obojczykiem nie było, bo obie ręce ma unieruchomione. Zagadaliśmy się do późna i znów niewyspany byłem w pracy. Jak mi pszczoły zabrzęczały przy śniadaniu to prawie zasnąłem.
Gdy wracałem w niedzielę z tańca, minąłem taką parę. Trochę starsza pani prowadziła pod rękę chudego, pijanego faceta. Gość czerwony, z postury powiedziałbym, nałogowiec. Ubrany czysto i letnio, tylko pionu utrzymać nie mógł. Dba o niego ktoś widocznie. Pani wyraz twarzy miała zagadkowy dla mnie. Może tak się odbijają na mięśniach mimicznych tak zwane mieszane uczucia. Tak mnie to zastanowiło trochę i rozmyślania moje skierowało w stronę ludzkich potrzeb. Bo czemu ona to robi? I czemu on to robi? Jak to jest? Tak sobie pogdybałem dla rozrywki na temat różnych aspektów ludzkiego charakteru, tych pozytywnych i tych nie. Jak łatwo można swoje problemy zrzucić na głowę komuś innemu. Temu dobremu. Odpowiedzialnemu. Z takim nastrojem dojechałem pod latarnię przy której rower parkuję. Ciasno było trochę bo motocykle sąsiad z sąsiadką też tam dopięli tym razem, ale zaparkowałem i poszedłem prawie spać.
Lipą pachnie.
A to rozbudowa jaką robimy w Bielawie. Bardzo sympatyczny domek. Po tygodniu pracy, z kawałkiem :D
Grill pierwszy
Grill drugi
Wędrówkowe
Rowerowe
niedziela, 14 lipca 2013
Jak zwykle...
Dziś z nostalgią pomyślałem o mojej nauczycielce języka polskiego z liceum. Jakoś tak. Wpadło mi do głowy, że może ta mądra, inteligentna i dowcipna kobieta znalazłaby jakąś przyjemność w czytaniu moich wypocin. Głupi pomysł, wiem, pewnie miała dość już jak byłem w szkole ;). W każdym razie zapytałem wszechwiedzącego wuja G. co słychać u mojej ulubionej nauczycielki (no dobra, była jeszcze fajna pani od biologii od której pożyczałem szanty ;)). Pierwszy link stwierdził, że w 2009 roku 30 kwietnia dostała kolejne odznaczenie (Po Złotym Krzyżu Zasługi, medalu MEN, złotej odznace ZNP), tym razem "Zasłużony dla Powiatu Zgorzeleckiego", co ucieszyło oczywiście, za to w drugim dowiedziałem się, że 4 czerwca 2009 zmarła.
Jak zwykle spóźniony, powiedziałaby.
Miłego wędrowania po niebieskich połoninach... i do zobaczenia kiedyś na szlaku.
A trawa u nas tak zielona.
Jak zwykle spóźniony, powiedziałaby.
Miłego wędrowania po niebieskich połoninach... i do zobaczenia kiedyś na szlaku.
A trawa u nas tak zielona.
wtorek, 2 lipca 2013
Buen camino!
Bardzo lubię pewien rodzaj scen w filmach. Nie, nie ten ;). Chodzi mi o konfuzję otoczenia, gdy główny bohater okazuje się nagle kimś specjalnym. Gdy, czasem z premedytacją ukrywane, cechy wybijające jednostkę ponad przeciętność wychodzą na jaw. Dziecinną radość sprawia mi to zaskoczenie wokół, ta nagła zmiana opinii, przewartościowanie sądów.
Mam wspaniałych przyjaciół. Gigantów niekiedy w swoich dziedzinach. Uwielbiam słuchać o takich historiach z ich życia. Zwykle wielkość idzie w parze ze skromnością i nikt specjalnie poklasku nie szuka. Osiągnięcia swoje traktują jako krok we własnym rozwoju a nie powód do puszenia się przed maluczkimi. Dochodzi przez to czasem do komicznych sytuacji, czasem za to są powody do irytacji niewielkiej. Cenię w moich przyjaciołach również to. Świadomość własnej wartości pozwalającą lekkim uśmiechem i wzruszeniem ramion skwitować rewelacje "mądrzejszych". Uczy mnie to pokory.
Ostatnio ulubiona moja przewodniczka przyniosła parę historii. Między innymi i taką, ale przede wszystkim historie wędrówek.
Góry wzywają coraz głośniej. Po przegadaniu nocy miałem wielką ochotę spakować w plecak parę drobiazgów i ruszyć na szlak. Mimo obolałych łydek, kłujących żeber, poszytej głowy i ograniczonej sprawności ręki. Tak naprawdę pomysł wyparował dopiero gdy przymierzyłem treki, i okazało się, że strasznie bolą mnie obtłuczone kostki w kontakcie z wysokimi butami.
Opowiadała Miłka o rajdzie bankowca. O tym, jak zabrała w góry trzynaście osób które nigdy nie spało w schronisku, a większość nawet szlaku raz nie przedeptało. O ludziach, którzy rzuceni na głęboką wodę długich przebiegów z plecakami i noclegów w niezbyt znośnych warunkach znaleźli w tym radość, oderwanie od codzienności, przygodę życia. O tym jak się zżyli i jak wspaniale potrafili razem bawić mimo dużych różnic wiekowych i światopoglądowych. O niekończących się rozmowach na każdy temat, o chłonięciu górskiej wiedzy i o ciągłym śmiechu do bólu brzucha. O tym, że po dotarciu pod ostatnie miejsce noclegu, hotel z prawdziwego zdarzenia, siedzieli przed bramą pół godziny, nie chcąc "schodzić z gór" jeszcze, nie spiesząc się do prysznica i wreszcie wygodnego łóżka. Do cichego pokoju bez pochrapujących sąsiadów. Do restauracji ze stolikami na cztery osoby.
Dziś u koleżanki wypatrzyłem rekomendację filmu "The Way" (2010, Emilio Estevez). Tytuł mnie chwycił, trailer jeszcze docisnął i nie czekając na jakieś zacne towarzystwo, obejrzałem. Oczywiście polecam gorąco. Opowieść jest właśnie o drodze. Właśnie o poznawaniu ludzi. Właśnie o chęci kontynuowania drogi po dotarciu do celu. Właśnie o tym wszystkim, o czym opowiadała najlepsza z mi znanych przewodniczka Sudetów. Podsyciła zew gór.
To chyba oczywiste gdzie poznałem wszystkich moich przyjaciół? W drodze ;).
Buen camino Amigos!
sobota, 22 czerwca 2013
Pokochaj Drogę
Wiele fascynujących, intrygujących i niespodziewanych wydarzeń spotkało mnie ostatnio.
Mniej, lub bardziej pozytywne, wszystkie niosą ze sobą doświadczenie.
Dobrze jest doświadczać, bo w końcu to jedyne co mamy zawsze i napewno.
Siebie, ukształtowanych w dużej mierze tym, co napotkaliśmy na swej drodze (!).
"Życie cię wybrało, ale masz prawo odrzucić wyzwanie. Jaki byłby świat bez dzikich
winogron i jesiennego dżdżu? Czym stanie się droga bez pyłu i stal bez rdzy? Kim
staniesz się ty bez ludzi? Sobą.
Nie pytano nas, czy chcemy żyć. Ale tylko nam dano wybór drogi. Chwyć swoją drogę, złap swój wiatr. Nawet jeśli świat stanie się równiną, ty musisz być skałą. Dopóki jest światło, możesz rzucać cień. Dopóki jest słońce i powietrze, zawsze będzie wiatr. To dobrze, że czasem wieje w twarz."
Księga Gór- "Lord Z Planety Ziemia"
Chwilowo trochę więcej czasu na lekturę znalazłem, bo poturbowany nie mam szans na aktywności ruchowe. Dziś drepcząc po pokoju "żeby rozchodzić" trafiłem przed ekran, między dzieciaki próbujące wycisnąć jeszcze więcej zabawy z konsoli ze sterownikiem video. Doczekałem się komentarza, że nie mają gry o zombie. Na szczęście komentarz był od żywych, a nie od maszyny :D.
Pisałem już, że wygrałem wspaniały weekend w Krakowie w wyśmienitym towarzystwie. Gdzieś tam nadmieniałem, że to moja pierwsza wygrana w życiu, ale fakt jest taki, że największą wygraną w moim wypadku jest wspaniała rodzina i rewelacyjni przyjaciele. Dziękuję za to często i dziwię się, że wszyscy są dla mnie tak dobrzy ciągle. Kocham was.
Z poznaną ekipą napewno będziemy utrzymywać kontakt, choć w ten piątek nie mogłem się z Nimi spotkać. Wybaczcie, coś mi stanęło na drodze ;)
Następny weekend też był wesoły. Koleżanka poprosiła w sobotę o asystę przy zakupie butów wędrówkowych, na co zgodziłem się z ochotą. Ostatnio coraz częściej goszczę na outdoorowym zagłębiu. Rozpoznaję ekipę, ciekawe, czy oni mnie też. Szkoda, że do Outdoorpro jest tak daleko. Fajna koleżanka tam pracuje. Na Fpince się widujemy czasem. Fajna, znaczy zajęta pewnie ;). Po wycieczce butoznawczej (owocnej, dodajmy) poszliśmy do Tralalala na superlody, ale po drodze zapachniała nam pizza. Czasem można przecież. Od słowa do słowa, kumpela zorganizowała mi niedzielę w postaci wyjazdu w góry (na rozchodzenie butów- vide poprzedni post). Dodała jeszcze, że nocuje jednego takiego Chorwata i zabierze go z nami.
Chorwackiej braci okazało się sztuk trzy. Matej fajne fotki robi, Deni włazi gdzie się tylko da, a Zlata jest po prostu zjawiskowa. Lubię chyba blond warkocze ;). Chłopaki zawitali do Wrocławia w drodze powrotnej z Norwegii, gdzie spędzili kilka dni na dzikim noclegu w parku narodowym. Wracając postanowili odwiedzić Zlatą, kuzynkę Mateja, którą na Dolny Śląsk przywiał Erasmusowy wiatr. Nocleg załatwili sobie za pomocą couchsurfingu, i tak przecięły się nasze drogi. Oprócz zagranicznej, towarzyszyła nam również wrocławska ekipa, zgraliśmy się wszyscy i zabawa była cudowna. Świetni ludzie, mam nadzieję, że jakoś utrzymamy kontakt, a przy obecnej globalnej wiosce nie będzie to chyba trudne. A angielski sobie odświeżyłem, choć wygląda, że trzeba trochę popracować nad nim.
Dużo jeszcze udało się upchnąć w te kilka dni. Przez chwilę miałem dwa rowery i dwa kłopoty- po pierwsze jedna zapinka to za mało, a po drugie nowszy rower ma wentylki rowerowe.Drobiazgi rozwiązują się same :D Już mam jeden rower, a dętkę muszę zmienić, to założę samochodowy ;). Dwa razy naprawiałem samochód, w tym raz własnym potem i krwią, miałem okazję podelektować się potrawami amerykańskiego grilla, odwiedzałem przyjaciół dawno i niedawno widzianych, wspin w sokołach kolejny zaliczyłem, dostałem zaproszenie na kajaki, żagle, beskidowy trekking i majsterkowanie w leśnym siedlisku. Ten tydzień zapowiada się spokojniej. Facebookowe konsultacje pozwoliły właśnie odkryć że, poza wszystkim, jeszcze obojczyk mam złamany chyba. Zrośnie się :D Siła.
Jest jak jest. Raz lepiej, raz lepiej. :D
sobota, 8 czerwca 2013
Dysonans
Byłem dziś w klubie.
Zdarza się czasem. Przyjaciele zaproszą, to miło spędzimy wspólnie czas. Pogadamy, pouśmiechamy się do siebie, powydurniamy na parkiecie. Zwykle doceniam bardzo te chwile, ale dziś miałem obniżoną tolerancję.
Niewyspanie pewnie. Przez ostatnie półtora tygodnia średnia dobowa długość mojego snu wyniosła około 5 godzin. Dziś rano obudziłem się bez budzika, po ośmiu godzinach, fizycznie wypoczęty. Tylko mózg domagał się jeszcze trochę relaksu.
Efekt tego niedopasowania psyche do physis nasilał się cały dzień. Jadąc rowerem przez miasto, miałem ochotę włączyć autopilota i pedałować do końca drogi. Bez myślenia, rozmów, kakofonii dźwięków. Zresetować umysł i po prostu chłonąć otaczający świat, będąc obok, w pędzie, za jedyne obciążenie głowy mając zadanie zmuszenia mięśni do ruchu. Skręciłem do domu. Kupiłem ser na sernik, ale przypomniałem sobie, że za dwie godziny impreza. Odpocząłem trochę, z rozkoszą współdzieliłem posiłek z przyjaciółmi, przy czym dowiedziałem się, że u nas też impreza wieczorem. Do "Nietoty" pojechałem rowerem, chcąc jeszcze trochę relaksu zażyć, ale za blisko.
Na miejscu kumple, przyjaciółki, znajomi i nieznajomi. Ładne dziewczyny, głośna muzyka, drinki. Dziś to nie mój klimat. Te prasowane koszule, skórzane kurteczki, sterczenie przed kontuarem w czapeczce. Ekipy z wieczorów panieńskich i kawalerskich. Lans i pozerka. Dziś chciałbym naturalności. Ciepła. Iskierek w oczach i rozmowy. Dudnienie muzyki w uszach zniechęcało. Zmęczenie głowy wywoływało pieczenie oczu i ukradkowe ziewanie. Podzieliłem się z ekipą kilkoma opowieściami, póki jeszcze muzyka była na tyle niegłośna, że dało się coś usłyszeć. Popodziwiałem chwilę ładną dziewczynę siedzącą dwa stoliki dalej, gdy już nie dało się rozmawiać. Zamiast na parkiet, poszedłem do domu, szukać jakiejś oazy spokoju.
"Do lasu mnie. I do gór. Bardzo." Dziś. Dobrze, że jutro w góry idę. Na klatce schodowej minąłem się z naszą domową imprezą, która eksportowała się na miasto. I tak: "Na zachód, w góry ruszyć, jestem gotów".
Dobrej Nocy.
piątek, 7 czerwca 2013
W sieci
Sieć to bagno, mówią. Bagno wciąga. Łatwo w nim natrafić na zapomniane skarby, gmachy starożytnej wiedzy, chatki wiedzących, zapierające dech w piersi widoki, ale pełno jest też niewartych uwagi gór śmieci. Tereny jak z bajki. Można tam spotkać zadziwiające indywidua. Rozwydrzone dzieciaki, którym coś wyżarło zrobioną z cukierków ścieżkę, zagubione istoty, szukające same nie wiedzą czego, brodzące w błocie grupki zielonych chłopców z wirtualnymi maszynkami do zabijania, a wreszcie przechodzących własną ścieżką wędrowców, chętnie obserwujących cuda które rozwiną im się przed oczami, ale dążących w swoją stronę, z jakimś celem na horyzoncie. Właściwie, dla mnie, chyba właśnie ludzie stanowią największą wartość internetu.
Portale społecznościowe to te najbardziej klejąco- mlaskające i wypuszczające banieczki metanu zakątki grzęzawiska. Jak już omsknie Ci się noga na śliskim mchu i wpadniesz, ciężko wyjść. Najgorzej, że wydeptane ścieżki rozgałęziają się coraz bardziej, mnożą i właściwie wszystkie na końcu mają ikonkę "polub nas na facebooku". Jak już wpadniesz, robi się ciepło i swojsko. Natykasz się na najbliższych przyjaciół, znajomych, którzy mają akurat trochę czasu, żeby pogadać albo po prostu ciekawych ludzi, dzielących się chętnie swoimi pasjami, obserwacjami świata, wiedzą lub humorem. Jakoś oni wszyscy zasłaniają cel będący kiedyś na końcu ścieżki. Ciężko jest przejść najkrótszą drogą wśród tylu ludzi, na drugą stronę. Podziwiam tych, którzy to potrafią, ale jednocześnie im współczuję. Ludzie są wspaniali. Tak łatwo jest wreszcie utrzymać kontakt z przyjaciółmi. Czasem jesteśmy zapracowani, zajęci Bardzo Ważnymi Sprawami, ale głupi drobiazg, parę słów lub przypomniana piosenka wrzucona na tablicę daje sygnał: jestem z Wami. Pamiętam, że Wy jesteście ze mną. Bo mimo swoich spraw, przecież kradniemy kilka minut na zerknięcie, co nowego u Przyjaciół. Okropna kawa? Urodził nam się synek? Nieporównywalne? Jestem z Wami.
Fajnie poznawać ciekawych ludzi. W pracy, na ścianie, imprezie czy aerobiku. W górach albo w parku. Na rowerze i w sklepie. Na kursie tańca albo ceramiki. W internecie. Nawet narzędzia do tego wymyślili. Serwisy takie jak choćby sport42, zaktywowani czy randkowa sympatia. Czasem ciężko od nadmiaru, czasem wręcz przeciwnie, ludzie otwarci albo zamknięci w sobie, dusze towarzystwa i samotnicy, weseli albo skwaszeni, chętni do kontaktów, albo nie do końca wiedzący co tu robią.
Ostatnio było łatwiej :) Ktoś wybrał za mnie i na dodatek zaprosił nas wszystkich, zafundował świetną kolację i mega zabawę w pozowanie przed obiektywem. Dużo wolnego czasu pozwoliło zgodnie z własnymi preferencjami ustalić plan imprezy, a że ekipa energetyczna i pozytywna, gruszek w popiele nie zasypywaliśmy. Właściwie nie wiem, kto wybierał, ale trafił świetnie. Czuliśmy się wszyscy jak na spotkaniu starych przyjaciół, a nie ludzi znanych sobie od kilku zaledwie godzin. Rozmowy i zabawa, znów rozmowy i spacery, wszędzie dużo uśmiechu i serdeczności. Akceptacja. To, czego człowiek potrzebuje od drugiej osoby. Każdy był inny, miał ciekawe opowieści na kompletnie obce pozostałym tematy, a jednocześnie wyczuwało się więź. Dziwne i zastanawiające, ale wspaniałe. Noc okazała się za krótka, a czas powrotu nadszedł niespodzianie, zmuszając wręcz do biegu ku środkom komunikacji. Ja, w każdym razie, musiałem biec :).
wtorek, 21 maja 2013
Pięknie we Wrocławiu!
Kilka miłych doświadczeń ostatnio miałem.
Na sobotniej nocy muzeów posłuchałem sobie sambowych występów żeńskiego zespołu perkusyjnego, niedzielę spędziliśmy na ciepłej skale delektując się wspaniałym towarzystwem i kuchnią niebiańską, a dziś po pracy na styk zdążyłem skorzystać z zaproszenia koleżanki na zajęcia fitness (i, kto by się spodziewał, znów żeński zespół, poza jednym rodzynkiem) :D
Oparzenia słoneczne już prawie nie bolą, budowa w górach nad wodą i w słońcu, dziś na śniadanie ryż z jabłkami, sorbet jabłkowy wychodzi jak marzenie, choć może nie jak sorbet :D
Z ciekawostek sobotniej nocy jeszcze- znalazłem dwa fajne miejsca na artystycznym Nadodrzu. Planuję ponowne odwiedziny w pracowni ceramiki, żeby wreszcie zrobić wymarzony kubeczek ze wspinaczkowym uchem, a w drugim studio upgrade moich koszulkowych eksperymentów planuję do sitodruków.
Zapowiada się świetna zabawa.
Warsztaty ceramiczne w niedzielę o 12.30
Aaa, kurs bachaty jakiś w niedzielę na 22.30 jeszcze od przyszłego tygodnia.
Salsy wróciły też, dla odmiany w czwartki.
Układa się powolutku tydzień. Normalnieje świat znowu. Miłej nocy :D
środa, 15 maja 2013
Spalony!
Dziś cały dzień na słońcu.
Praca przyjemna. Dwie przymusowe przerwy pozwoliły pobyczyć się na trawie, za to do domu wróciłem o 19 dopiero. W poszukiwaniu mrożonych truskawek na wymarzony sorbet odwiedziłem trzy okoliczne sklepiki. W tym najbardziej znajomym pani ekspedientka z uśmiechem spytała czy mnie kark nie boli, a druga ze zrozumieniem kiwając głową nabiła na kasę dwa jogurty naturalne.. To co im będę mówił, że na sorbet Truskawek nie było. W najbliższej z bliskich przyszłości planuję sorbet jabłkowy- jak tylko jabłka się zamrożą.
Poszedłbym na ścianę ale jutro wczesna pobudka, kark mi świeci tak, że światełka tylnego nie potrzebuję na rowerze, no i ten sorbet.. ile mogą zamarzać jabłka krojone w kostkę?
Poćwiczę w domu trochę. Jak wskoczyłem pod prysznic po robocie, to myślałem, że wrzątek mi ktoś do wylewki podłączył, ale jakoś dało radę. Chyba krem z filtrem muszę nabyć drogą kupna.
Jutro jedziemy do Marciszowa, a to już prawie sokoliki... ciekawe o której skończymy.
Aaa.. plan jest!
Wyjazd weekendowy, pod namiot, w okolice Jawora, do znajomych na ich hektarowy ogródek przydomowy (czyli zaplecze socjalne zacne), nocne ognisko z szykanami, wspinanie w piachach ale świetnie obitych, gęsto, taki wyjazd na zwiedzanie. Topo na stronie http://www.piachy.eu/
Przemyślcie, coś zaplanujemy.
Tymczasem idę sprawdzić jabłka.
niedziela, 12 maja 2013
Skarby.
Ignorowałem, ile mogłem, ale w końcu przyszedł ten czas, że trzeba było przetrzebić zawartość. Większość- oczywiście- śmieci, ale wśród stosów wydruków, rysunków, notatek i rachunków, schował się plik złożonych w pół kartek. Takie tam. Niby nic szczególnego.
Słyszeliście kiedyś o restauracjach, w których serwuje się dania w ciemności?
Idea polega na tym, że wraz z utratą jednego zmysłu, wyostrzają się pozostałe. Tak niecodzienny posiłek spożywa się palcami, by doświadczyć kulinarnych wrażeń w zupełnie odmienny sposób, a z przygody tej wynieść nie tylko niezapomniane smaki ale i zaskakujące wnioski o konsystencjach, lepkościach czy strukturach potraw. Może też trochę, żeby oka widelcem sobie nie wybić.
Ponoć elementem zabawy jest również zgadywanie co się jadło, bo dania są niespodzianką szefa kuchni. Gości obsługują niewidomi kelnerzy, albo tacy w noktowizorach. Ciemności kompletne. Romantyczne ponoć. Do wyobraźni w każdym razie przemawia.
Research robiłem, strasznie daleko i drogo, z tego co pamiętam, ale przecież czego się nie robi..
Głupie to było i oczywiście nie wyszło, z różnych względów, ale starałem się
Nawet taki śmieszny dywan był z, jakby, dwucentymetrowych dredów, i stolik okrągły jak w restauracji o co niełatwo jak się okazuje. Jedzenie za to...
Jak dla mnie, było boskie. Nawet dość malownicze w świetle, zagadkowe i pyszne. Fakt, że pracochłonne trochę, ale efekt do dziś pamiętam jako najlepszy obiad jaki przygotowałem. Ever! Może i źle pamiętam. Pamięć różne cuda wyczynia. Wczoraj usłyszałem, że wspomnienia najmocniej wiążą się z wrażeniami węchowymi. No więc może mi dobrze pachniał, i zapamiętałem.
A te kartki to były notatki z przygotowań. Przepisy, z których po twórczej syntezie powstały wspaniałości na talerzach. Plan. Żenujące lekko, ale takie już są wspomnienia czasem. Moje dość często chyba nawet. Naiwne do ścisku gardła.
Schowam je głęboko. Kiedyś się przydadzą może. I może znowu coś ugotuję. Pewnie jakieś okazje będą.
piątek, 3 maja 2013
Coś puszcza.
Ostatnio sunąłem sobie przez wrocławską korporację windą. Ze mną dwóch wyrobników sukcesu, w wieku produkcyjnym (czyli w okolicach mojego) tocząc lekką dyskusję o jeździe tramwajami.
Ujęło mnie stwierdzenie na temat wiosennych studentek brzmiące "ja w drodze do pracy kilka razy zdążę się zakochać!"
Wiosna. Niby nic, ale zieleni się wszystko.
Dziś stałem sobie na murach twierdzy z zamierzchłych czasów (swoją drogą taki tekst na tablicy informacyjnej powala, mój głód wiedzy historycznej został.. podrażniony ;)) podziwiając górski krajobraz i moknąc w deszczu.
Niby mury wysokie, niby wszystko spływa, bo kurtka nowa, niebieska i szczelna, ale jakoś tak..
Rozprasza się człowiek. W trakcie spaceru na zamek ponosiłem sobie aparat a jedynym efektem był ubaw, gdy okazało się, że chcę zrobić zdjęcie nie mając karty w środku.
Pewnie jeszcze większy ubaw byłby, gdyby aparat nie mówił, że karty nie ma, co było standardem w oprogramowaniu seryjnym. Już ze trzy lata temu wrzuciłem zhackowany software, a przydało się dopiero teraz.
Wiosna.
piątek, 26 kwietnia 2013
Poszedłem Na Dziób!
Popłynęli koledzy w rejs
Fale ich kołyszą gdzieś...
Właściwie popłyną jutro.
Jedni do Włoch, drudzy w Chorwackie rejony, a mi tęskno.
Kumpel poprosił o wsparcie merytoryczne w formie drukowanej. Zajrzałem do morskiej biblioteczki. Wysłużony "Sternik i Żeglarz..." i prawie nieużywany "Instruktor" popłyną służyć radą. Namokną od słonego powietrza. Przedmucha je i ochlapie na pokładzie, a mnie nie.
Oj, jak mi się chce. Do wiatru, do lin, do żagla. Do steru a nawet do kopcącego diesla. Do stuku fałów o maszty i do samotności na dziobie. Do cichego portu i morskich ballad nad ranem. Wyciągnąłem z regału "Ceremoniał morski" i przeczytałem ze dwa rozdziały. Przeszukałem wszystkie półki, ale "Szanty i Szantymeni" pewnie wywędrowali do kogoś w odwiedziny. Może ktoś, wertując ich kartki, szykuje prawdziwe karaibskie drinki, albo eksperymentuje w kuchni z osiemnastowiecznymi marynarskimi potrawami.
Może jednak rzucić to wszystko i iść na morze... papiery wyrobić, Alfa o kajutkę ciepłą poprosić. Po oceanach się powłóczyć.
...Dla nich dobry los lub zły
Im się sen na jawie śni
Dla mnie zwykłe, szare dni
Na jachcie nie ma wiele miejsca. Mało jest prywatności. Ważne jest, by dobrze się dobrać z ekipą, ale czasem niestety się nie udaje. Wtedy jest jeszcze dziób.
Idąc na dziób dajemy sygnał, że chcemy być sami. Że potrzebujemy izolacji, odrobiny wytchnienia od.. od reszty. Nieważne od czego. I nawet gdy fordek jest mikroskopijny, gdy znajdzie się tam kilku kolejnych spragnionych samotności, znajdziemy ją. Taka magia. Siedzenie samotnie ramię w ramię pomaga. Może nawet bardziej niż siedzenie samotnie samotnie. Bo efekt potęgowany jest przez to uszanowanie tradycji. Szacunek. I współczucie, czy wspólne czucie raczej, empatię.
Taka ciekawostka z wody, jakby ktoś nie wiedział
Fale ich kołyszą gdzieś...
Właściwie popłyną jutro.
Jedni do Włoch, drudzy w Chorwackie rejony, a mi tęskno.
Kumpel poprosił o wsparcie merytoryczne w formie drukowanej. Zajrzałem do morskiej biblioteczki. Wysłużony "Sternik i Żeglarz..." i prawie nieużywany "Instruktor" popłyną służyć radą. Namokną od słonego powietrza. Przedmucha je i ochlapie na pokładzie, a mnie nie.
Oj, jak mi się chce. Do wiatru, do lin, do żagla. Do steru a nawet do kopcącego diesla. Do stuku fałów o maszty i do samotności na dziobie. Do cichego portu i morskich ballad nad ranem. Wyciągnąłem z regału "Ceremoniał morski" i przeczytałem ze dwa rozdziały. Przeszukałem wszystkie półki, ale "Szanty i Szantymeni" pewnie wywędrowali do kogoś w odwiedziny. Może ktoś, wertując ich kartki, szykuje prawdziwe karaibskie drinki, albo eksperymentuje w kuchni z osiemnastowiecznymi marynarskimi potrawami.
Może jednak rzucić to wszystko i iść na morze... papiery wyrobić, Alfa o kajutkę ciepłą poprosić. Po oceanach się powłóczyć.
...Dla nich dobry los lub zły
Im się sen na jawie śni
Dla mnie zwykłe, szare dni
Na jachcie nie ma wiele miejsca. Mało jest prywatności. Ważne jest, by dobrze się dobrać z ekipą, ale czasem niestety się nie udaje. Wtedy jest jeszcze dziób.
Idąc na dziób dajemy sygnał, że chcemy być sami. Że potrzebujemy izolacji, odrobiny wytchnienia od.. od reszty. Nieważne od czego. I nawet gdy fordek jest mikroskopijny, gdy znajdzie się tam kilku kolejnych spragnionych samotności, znajdziemy ją. Taka magia. Siedzenie samotnie ramię w ramię pomaga. Może nawet bardziej niż siedzenie samotnie samotnie. Bo efekt potęgowany jest przez to uszanowanie tradycji. Szacunek. I współczucie, czy wspólne czucie raczej, empatię.
Taka ciekawostka z wody, jakby ktoś nie wiedział
Dobrze posiedzieć samotnie ramię w ramię.
...Przyjdą te dni,
A na razie...
Popłynęli koledzy w rejs...
wtorek, 16 kwietnia 2013
Ciepło.
Wracając z panelu dziś tęskniłem sobie.
Jechałem przez wieczorne miasto, rozświetlone latarniami i neonami. Zaglądałem kątem oka w witryny sklepów i lokali, patrzyłem na ludzi niespiesznych, niektórych wyczekujących końca pracy, innych wracających do domów, i tych spacerujących, i tych walczących o oddech na joggingowych ścieżkach. Łapałem migawki twarzy, spokojnych i optymistycznych, odprężonych wreszcie po długiej walce z zimą.
Nie czułem dziury w kolanie, otarcia na biodrze, nie żal chwilowo było ulubionych spodni rozdartych i zakrwawionych trochę przy wczorajszym przyziemieniu. Od czasu do czasu kropla deszczu kapnęła na twarz, a chłodniejszy powiew wiatru przypominał o wiszącej nad miastem burzowej chmurze. Takiej jak te nad jeziorem, gdy już zawiniesz do portu i cieszysz się że zwinąłeś wciąż suche żagle, a zaraz na wodzie będzie warte obejrzenia przedstawienie. Takiej co zapowiada uroczy wieczór pod połą namiotu, gdy gitarowe ballady mruczane są w takt dudniących o dach kropel, a potem wygrzewanie się z ciepłą herbatą w śpiworze, bo zajęcia odwołane.
Nie chciało się wracać. Raczej jechać w dal wśród tych ludzi i świateł, w ciepłym wiosennym powietrzu, w ciągle zmieniających się zapachach. W tę burzę nawet. Może to przez muzykę, bo przerzuciłem się znów na salsę i jakoś tak zachciało się znowu pouśmiechać do koleżanek. Na parkiecie.
Tęskniłem za ciepłem. Fajnie zimą, ale teraz lepiej. Może najlepiej nawet.
I tak sobie tęsknię dziś, bo jest do czego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































