wtorek, 6 sierpnia 2013

Biec pod słońce...

...Kochać mocniej
Chłonąć każdy dzień...

   W Piątek pojechałem na wieś. W dzikie ostępy i leśne gąszcze. Jako że ostatnio obiecałem nie grać na gitarze przed dziewiątą, spakowałem do plecaka buty do biegania. Oczywiście obudziłem się wcześnie, ale nie mogę powiedzieć, że byłem na nogach pierwszy. Przy ognisku zastałem trzy osoby zagadane od wieczora jeszcze. Poszli spać dopiero jak wróciłem z przebieżki, czyli po siódmej. Biegałem trochę pomiędzy świeżo skoszonymi rżyskami, gdzie sterty złotej słomy błyszczały w słońcu i pachniały wakacjami, głównie jednak zwiedzałem leśne dukty. Cisza, migotanie promieni pomiędzy gałęziami, pajęcze sieci porozpinane w poprzek szlaku, chłodne powiewy w cienistych zakątkach i dotyk ciepła na skórze na przecinkach i polankach.
   Zwykle biegam wieczorami. To jedyna możliwość przy wstawaniu o 5.30 do pracy. Zaskoczył mnie w związku z tym brak buntu organizmu na trzecim kilometrze. Zaspał, pomyślałem i oczekiwałem lada chwila kolki, skurczu, zadyszki chociaż. Okazało się że nic z tego. Mimo, że pogubiłem się trochę i zrobiłem prawie cztery kilometry więcej niż miałem w planie, jedyne czego się nabawiłem to otarcie na udzie. Fajnie. Po bieganiu wskoczyłem do basenu a potem długo wysychałem na rozgrzanych deskach huśtawki, która ukołysała mnie do drzemki. Jeszcze w piecu napaliłem, żeby reszta miała ciepłą wodę pod prysznicem i śniadanie zjadłem zdrowe.
   Cały weekend w ogóle był wesoły i leniwy. Jedzenie pyszne, towarzystwo bajeczne, przejechałem się na ścigaczu i pograłem w siatkę pierwszy raz od lat. Popuszczałem latawca, robiąc sobie znów apetyt na Leninowy kurs kitesurfingu. Objadłem się pysznym ciastem, furą sałatek i mięsem z grilla, przy każdej porcji obiecując sobie że to już ostatnia. Struny w gitarze zmieniłem na bardziej miękkie i pograłem trochę. Z głupia frant wziąłem też kilka zamków treningowych i bawiliśmy się w otwieranie, gdy część obsady grała w planszówki. Książkę poczytałem w drodze powrotnej nawet, więc mimo braku skały w okolicy odczułem pełną satysfakcję. Troszkę mi tylko żal było wyprawy z ekipą w Jurę, która odbywała się równolegle. Trudno, skała nie zając chyba. Tylko zając zając, cytując klasyka.
   Muszę śpiewnik nowy jakiś złożyć i wydrukować bo wstyd z tą hałdą kartek się ludziom pokazać ;). I aparat wymienić chyba jednak na lepszy, bo w pomieszczeniach słabo mu idzie. Kiedyś przyjdzie taki dzień.
Tymczasem buduję sobie, choć gorąco niemożebnie. Dziś zostawiłem wodę na słońcu, a na fajrant prawie mogłem w niej herbatę zaparzyć. Żeby to się jeszcze tłuszcz od tego wytapiał chociaż :D
Zakupiłem tony owoców i tym się będę żywił. Howgh!

Słowo, to nie photoshop, sam nie wiem skąd mam takie bary. :D
Sezon grillowy :D Lubię to!
Pajęczyny- giganty na szlaku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz