wtorek, 27 sierpnia 2013

Jak w życiu

   Jest taki moment zawsze, że robi się ciężko. Choćby nie wiem jak się człowiek asekurował, przychodzi taka chwila, gdy trzeba zaryzykować żeby nie utknąć na środku drogi. Wspiąć się ponad zapewniające bezpieczeństwo punkty i przeć do kolejnego, błyskającego z chropowatej skały ringa. Ciężko pożegnać się z czasem iluzoryczną pewnością bezpieczeństwa i ruszyć w nieznane, gdzie może nie być czego się chwycić a wycofanie z trudności często jest bardziej wymagające niż droga w górę.
   Na dodatek latanie w skale zawsze wiąże się z ryzykiem. Łatwo uderzyć w coś głową, trudno kontrolować upadek. Świadomość tego wszystkiego wywołuje lęk który usztywnia ruchy, zagina palce w szpony i powoduje mimowolny przykurcz ramion. Oddech przyspiesza a napięte mięśnie zaczynają drżeć jeszcze przed wejściem w trudny odcinek. Ja w każdym razie tak mam, boję się jak cholera gdy wyjdę nad wpinkę. Zaczynam w panice obmacywać skałę szukając wsparcia dla dłoni i stóp. Hiperwentyluję prawie. Ale idę, bo co tam, i tak łatwiej niż w życiu.
   To taki zaległy pościk z doświadczeń frankenjurajskich, gdzie wspinanie wymaga silniejszej psychiki ze względu na specyficzne rozmieszczenie punktów asekuracyjnych.



 Bawarskie śniadanie, w zestawie kufel piwa.Obok widoczki jurajskie, ożywiona i nieożywiona pcha się drzwiami i oknami, tylko podziwiać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz