wtorek, 2 lipca 2013
Buen camino!
Bardzo lubię pewien rodzaj scen w filmach. Nie, nie ten ;). Chodzi mi o konfuzję otoczenia, gdy główny bohater okazuje się nagle kimś specjalnym. Gdy, czasem z premedytacją ukrywane, cechy wybijające jednostkę ponad przeciętność wychodzą na jaw. Dziecinną radość sprawia mi to zaskoczenie wokół, ta nagła zmiana opinii, przewartościowanie sądów.
Mam wspaniałych przyjaciół. Gigantów niekiedy w swoich dziedzinach. Uwielbiam słuchać o takich historiach z ich życia. Zwykle wielkość idzie w parze ze skromnością i nikt specjalnie poklasku nie szuka. Osiągnięcia swoje traktują jako krok we własnym rozwoju a nie powód do puszenia się przed maluczkimi. Dochodzi przez to czasem do komicznych sytuacji, czasem za to są powody do irytacji niewielkiej. Cenię w moich przyjaciołach również to. Świadomość własnej wartości pozwalającą lekkim uśmiechem i wzruszeniem ramion skwitować rewelacje "mądrzejszych". Uczy mnie to pokory.
Ostatnio ulubiona moja przewodniczka przyniosła parę historii. Między innymi i taką, ale przede wszystkim historie wędrówek.
Góry wzywają coraz głośniej. Po przegadaniu nocy miałem wielką ochotę spakować w plecak parę drobiazgów i ruszyć na szlak. Mimo obolałych łydek, kłujących żeber, poszytej głowy i ograniczonej sprawności ręki. Tak naprawdę pomysł wyparował dopiero gdy przymierzyłem treki, i okazało się, że strasznie bolą mnie obtłuczone kostki w kontakcie z wysokimi butami.
Opowiadała Miłka o rajdzie bankowca. O tym, jak zabrała w góry trzynaście osób które nigdy nie spało w schronisku, a większość nawet szlaku raz nie przedeptało. O ludziach, którzy rzuceni na głęboką wodę długich przebiegów z plecakami i noclegów w niezbyt znośnych warunkach znaleźli w tym radość, oderwanie od codzienności, przygodę życia. O tym jak się zżyli i jak wspaniale potrafili razem bawić mimo dużych różnic wiekowych i światopoglądowych. O niekończących się rozmowach na każdy temat, o chłonięciu górskiej wiedzy i o ciągłym śmiechu do bólu brzucha. O tym, że po dotarciu pod ostatnie miejsce noclegu, hotel z prawdziwego zdarzenia, siedzieli przed bramą pół godziny, nie chcąc "schodzić z gór" jeszcze, nie spiesząc się do prysznica i wreszcie wygodnego łóżka. Do cichego pokoju bez pochrapujących sąsiadów. Do restauracji ze stolikami na cztery osoby.
Dziś u koleżanki wypatrzyłem rekomendację filmu "The Way" (2010, Emilio Estevez). Tytuł mnie chwycił, trailer jeszcze docisnął i nie czekając na jakieś zacne towarzystwo, obejrzałem. Oczywiście polecam gorąco. Opowieść jest właśnie o drodze. Właśnie o poznawaniu ludzi. Właśnie o chęci kontynuowania drogi po dotarciu do celu. Właśnie o tym wszystkim, o czym opowiadała najlepsza z mi znanych przewodniczka Sudetów. Podsyciła zew gór.
To chyba oczywiste gdzie poznałem wszystkich moich przyjaciół? W drodze ;).
Buen camino Amigos!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz