piątek, 26 kwietnia 2013

Poszedłem Na Dziób!


Popłynęli koledzy w rejs
Fale ich kołyszą gdzieś...

Właściwie popłyną jutro.
Jedni do Włoch, drudzy w Chorwackie rejony, a mi tęskno.
Kumpel poprosił o wsparcie merytoryczne w formie drukowanej. Zajrzałem do morskiej biblioteczki. Wysłużony "Sternik i Żeglarz..." i prawie nieużywany "Instruktor" popłyną służyć radą. Namokną od słonego powietrza. Przedmucha je i ochlapie na pokładzie, a mnie nie.
Oj, jak mi się chce. Do wiatru, do lin, do żagla. Do steru a nawet do kopcącego diesla. Do stuku fałów o maszty i do samotności na dziobie. Do cichego portu i morskich ballad nad ranem. Wyciągnąłem z regału "Ceremoniał morski" i przeczytałem ze dwa rozdziały. Przeszukałem wszystkie półki, ale "Szanty i Szantymeni" pewnie wywędrowali do kogoś w odwiedziny. Może ktoś, wertując ich kartki, szykuje prawdziwe karaibskie drinki, albo eksperymentuje w kuchni z osiemnastowiecznymi marynarskimi potrawami.
Może jednak rzucić to wszystko i iść na morze... papiery wyrobić, Alfa o kajutkę ciepłą poprosić. Po oceanach się powłóczyć.

...Dla nich dobry los lub zły
Im się sen na jawie śni
Dla mnie zwykłe, szare dni

Na jachcie nie ma wiele miejsca. Mało jest prywatności. Ważne jest, by dobrze się dobrać z ekipą, ale czasem niestety się nie udaje. Wtedy jest jeszcze dziób.
Idąc na dziób dajemy sygnał, że chcemy być sami. Że potrzebujemy izolacji, odrobiny wytchnienia od.. od reszty. Nieważne od czego. I nawet gdy fordek jest mikroskopijny, gdy znajdzie się tam kilku kolejnych spragnionych samotności, znajdziemy ją. Taka magia. Siedzenie samotnie ramię w ramię pomaga. Może nawet bardziej niż siedzenie samotnie samotnie. Bo efekt potęgowany jest przez to uszanowanie tradycji. Szacunek. I współczucie, czy wspólne czucie raczej, empatię.
Taka ciekawostka z wody, jakby ktoś nie wiedział
  
Dobrze posiedzieć samotnie ramię w ramię.

...Przyjdą te dni,
A na razie...
Popłynęli koledzy w rejs...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Ciepło.



   Wracając z panelu dziś tęskniłem sobie. 
Jechałem przez wieczorne miasto, rozświetlone latarniami i neonami. Zaglądałem kątem oka w witryny sklepów i lokali, patrzyłem na ludzi niespiesznych, niektórych wyczekujących końca pracy, innych wracających do domów, i tych spacerujących, i tych walczących o oddech na joggingowych ścieżkach. Łapałem migawki twarzy, spokojnych i optymistycznych, odprężonych wreszcie po długiej walce z zimą.

   Nie czułem dziury w kolanie, otarcia na biodrze, nie żal chwilowo było ulubionych spodni rozdartych i zakrwawionych trochę przy wczorajszym przyziemieniu. Od czasu do czasu kropla deszczu kapnęła na twarz, a chłodniejszy powiew wiatru przypominał o wiszącej nad miastem burzowej chmurze. Takiej jak te nad jeziorem, gdy już zawiniesz do portu i cieszysz się że zwinąłeś wciąż suche żagle, a zaraz na wodzie będzie warte obejrzenia przedstawienie. Takiej co zapowiada uroczy wieczór pod połą namiotu, gdy gitarowe ballady mruczane są w takt dudniących o dach kropel, a potem wygrzewanie się z ciepłą herbatą w śpiworze, bo zajęcia odwołane.

   Nie chciało się wracać. Raczej jechać w dal wśród tych ludzi i świateł, w ciepłym wiosennym powietrzu, w ciągle zmieniających się zapachach. W tę burzę nawet. Może to przez muzykę, bo przerzuciłem się znów na salsę i jakoś tak zachciało się znowu pouśmiechać do koleżanek. Na parkiecie.
Tęskniłem za ciepłem. Fajnie zimą, ale teraz lepiej. Może najlepiej nawet.
I tak sobie tęsknię dziś, bo jest do czego.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Piękne, ale czy prawdziwe?



   Są takie chwile że chciałbym być człowiekiem sukcesu. Kimś lepszym niż jestem. Żeby dziewice mdlały i w ogóle 
 Zwykle właśnie wtedy wszystko idzie odwrotnie.
Ogromne starania,długie godziny walki z materią bądź niematerią nie doprowadzają nawet do celu minimum, a co dopiero do powalających efektów. To pewnie jak z pływaniem, im szybciej próbujesz płynąć, tym większy opór wody. Widocznie nie jestem stworzony do pływania.
   Czerpiąc z takich doświadczeń, zwykle staram się być po prostu sobą. Jakoś mniej niepowodzeń, może dlatego też że już długo ćwiczę. Takim tam niepozornym, wesołym ludkiem, sympatycznym, kolorowym i ciepłym, bez znaczących osiągnięć na polu intelektualnym, ekonomicznym, socjalnym czy profesjonalnym. Pierdzikółkiem mijanym przez bolidy sukcesu.
   Uśmiechnijcie się, gdy w pędzie po nagrody będziecie mijać mojego kolorowego garbuska. Bo uśmiech jest dobry, radość drugiego człowieka daje mi ogromną pozytywną energię, a wszelkie przejawy humoru, choćby te mocno siermiężne (tak, na panelu się zdarza, ale dziewczyny tam odporne i wybaczają łatwo), potrafią uratować nawet całkiem skopany dzień. Może dlatego bardzo lubię pomagać ludziom, żeby się mogli uśmiechnąć...

    Jestem więc sobą, choć chciałoby się czasem... ech,wiosna.