niedziela, 16 grudnia 2012
Dzikus
"Ale się dzisiaj narąbałem!"
Status ponoć bardzo popularny wśród młodzieży na naszym ulubionym portalu społecznościowym.
Z nieśmiałym uśmiechem dołączam dziś to tego, z pewnością przesympatycznego, grona.
Przełamywanie oporu martwej materii za pomocą ciężkiego topora ma w sobie jakiś pierwotny urok. Magię. W momencie, gdy wielki pień pryska na wszystkie strony po jednym uderzeniu, czuje się wszechmoc. Chwila zaciśnięcia dłoni na stylisku przed zamachem, palec wskazujący i kciuk lekko ocierający się o głowicę, napięcie mięśni pleców w oczekiwaniu na ten jeden precyzyjny ruch... tak powinno się uczyć pojęcia "energia potencjalna". Budzi się duch woja, dzikusa walczącego na topory, nordyckiego boga.
Zdjąć koszulkę i mięśniami wygrywać pochwałę wysiłku fizycznego.
Spływając potem, zatracić się w miejscu, chwili, najprostszym z możliwych zadaniu. Unieść i uderzyć. Obrócić, unieść i uderzyć ponownie. Sęki są błogosławieństwem, powodują, że nirwana trwa, zapobiegają zbyt szybkiemu spełnieniu. Zwiększają napięcie oczekiwania na finalny trzask i deszcz szczap sypiący wokół.Potęgują zadowolenie z najmniejszego pęknięcia między splątanymi włóknami przeciwstawiającej się tkanki drzewa.
Największe pniaki skończyły się za szybko. Bez większego sensu porąbałem też te małe, które do kominka weszłyby w całości. Niedosyt. Z dwojga złego, lepszy niedosyt.
Powdychałem jeszcze z nostalgią zapach impregnatu, obejrzałem nowe zabawki Taty, jego kilka bieżących projektów, kilka moich już prawie zapomnianych, czekających na powrót do domu... drewniany kajak od 10 lat ze zrezygnowaniem wyczekujący napływu weny... Drewnodłubanie. Lubię to!
Dobrze w domu. Ciepło.
niedziela, 9 grudnia 2012
Obcy.
Wczoraj wymieniliśmy się ze szwagrem koszulami. Wreszcie mam kilka prawie dobrych, bo jakoś poprzednie wiszą na mnie jak na strachu na wróble Dzisiaj ten cały nabój zacząłem rozwieszać na wieszaki.. i stwierdziłem, że przymierzę, a co! Dawno nie stałem przed lustrem. Może i stałem, ale nie patrzyłem.. patrzyłem, ale nie widziałem
Zmieniłem się. Koleżanka na wczorajszej imprezie powiedziała, że nie poznałaby mnie na ulicy. Może coś w tym jest. Zrobiłem sobie zdjęcie. Faktycznie jakiś obcy facet. Nawet w okularach, a co dopiero jakbym soczewki założył. Dodam nieskromnie, że ze zdjęcia w samych spodenkach jestem zadowolony no.. zdjęcie jak zdjęcie ale model.. Żeby tylko te ściany puszczały wyżej.. O 16 na panel
Miłego dnia!
czwartek, 6 grudnia 2012
Błazen
Jakby ktoś się zastanawiał, co tam u mnie słychać, to proszę bardzo- oto, co:
Poniedziałek- Błazen wkracza na scenę. Spękane palce.
Czytaliście może kiedyś któryś z serii kryminałów pana Gordona o gildii błaznów? Bardzo mi się spodobał pomysł takiej organizacji. Malowniczy i intrygujący. Jak zobaczyłem w Skalniku pewne rude, zamszowe butki z maską błazna, pokochałem je. Po pierwsze dlatego, że były wygodne, całkiem jak nie wspinaczkowe. Po drugie, że mi się skojarzyły z głównym bohaterem rzeczonych powieści.
Postać z tła dworskich intryg, lekceważony akrobata, którego zawodem jest ośmieszanie się i rozśmieszanie gawiedzi. Błazen, jednym słowem. Jednocześnie szanowany członek bractwa, z ostrym umysłem, kierowany w miejsca, gdzie intelekt przysłużyć się może gildii. Fajnie byłoby mieć do kompletu jeszcze wesołe spodnie, ale buty robią robotę.
Poniedziałek- Błazen wkracza na scenę. Spękane palce.
Czytaliście może kiedyś któryś z serii kryminałów pana Gordona o gildii błaznów? Bardzo mi się spodobał pomysł takiej organizacji. Malowniczy i intrygujący. Jak zobaczyłem w Skalniku pewne rude, zamszowe butki z maską błazna, pokochałem je. Po pierwsze dlatego, że były wygodne, całkiem jak nie wspinaczkowe. Po drugie, że mi się skojarzyły z głównym bohaterem rzeczonych powieści.
Postać z tła dworskich intryg, lekceważony akrobata, którego zawodem jest ośmieszanie się i rozśmieszanie gawiedzi. Błazen, jednym słowem. Jednocześnie szanowany członek bractwa, z ostrym umysłem, kierowany w miejsca, gdzie intelekt przysłużyć się może gildii. Fajnie byłoby mieć do kompletu jeszcze wesołe spodnie, ale buty robią robotę.
.
W poniedziałek byłem na lekcji tańca. Taniec towarzyski. Skakanie po rytmach, melodiach i stylach. Raz od prawej w przód, raz od lewej w tył, wszelkie możliwe kombinacje, które ogarniam na chwilę, na bieżąco, ledwo kojarząc nazwy i nie łącząc ich z krokami, póki nie zobaczę. Jive, fokstrot, walc, merengue i jakieś tam 2 na 1(nie do zrozumienia, bo przecież grają na 4 więc czemu tańczyć na 3 ;))
Zajęcia prowadziła nieco starsza pani, ubrana w czarne lycrowe spodnie z guzikami na łydkach i takich jakby mankietach przy kostkach. Do tego miała jaskrawo żółte baletki i przerysowując tłumaczyła kolejne ruchy zabawnie, acz malowniczo stawiając kroki. Natychmiast uderzyło mnie skojarzenie z błazeńską akademią Gordona i lekcjami prowadzonymi przez podstarzałych błaznów, dla młodych adeptów tej sztuki.
Na tych zajęciach też zauważyłem ze zdziwieniem jakie mam zmasakrowane dłonie. Spękane palce od mrozu, zgrubienia na opuszkach od ściany, zaczerwienione i krwawiące kłykcie, nie mam pojęcia od czego, obgryzione paznokcie (powiedzmy, że od stresu). Nawet przeszło mi przez myśl, że trochę wstyd podawać komuś taką rękę. Jakbym na codzień zajmował się obijaniem facjat w ciemnych zaułkach. Nic to, zacząłem smarować, może się poprawi za tydzień albo dwa.
Wtorek- Mandat za głupotę. Krew z nosa.
Jak sobie przypomnę, to mi się odechciewa na chwilkę wszystkiego. Tydzień człowiek walczy na mrozie, rezygnuje z własnych zajęć, wyjeżdża z domu, od przyjaciół, pracuje żeby mieć na kolejny czynsz i na światło w lodówce, i całe to zaangażowanie w komin. Wystarczy na kilka chwil włączyć internet w komórce. Szkoda gadać
rachunek przyszedł. W poniedziałek byłem na lekcji tańca. Taniec towarzyski. Skakanie po rytmach, melodiach i stylach. Raz od prawej w przód, raz od lewej w tył, wszelkie możliwe kombinacje, które ogarniam na chwilę, na bieżąco, ledwo kojarząc nazwy i nie łącząc ich z krokami, póki nie zobaczę. Jive, fokstrot, walc, merengue i jakieś tam 2 na 1(nie do zrozumienia, bo przecież grają na 4 więc czemu tańczyć na 3 ;))
Zajęcia prowadziła nieco starsza pani, ubrana w czarne lycrowe spodnie z guzikami na łydkach i takich jakby mankietach przy kostkach. Do tego miała jaskrawo żółte baletki i przerysowując tłumaczyła kolejne ruchy zabawnie, acz malowniczo stawiając kroki. Natychmiast uderzyło mnie skojarzenie z błazeńską akademią Gordona i lekcjami prowadzonymi przez podstarzałych błaznów, dla młodych adeptów tej sztuki.
Na tych zajęciach też zauważyłem ze zdziwieniem jakie mam zmasakrowane dłonie. Spękane palce od mrozu, zgrubienia na opuszkach od ściany, zaczerwienione i krwawiące kłykcie, nie mam pojęcia od czego, obgryzione paznokcie (powiedzmy, że od stresu). Nawet przeszło mi przez myśl, że trochę wstyd podawać komuś taką rękę. Jakbym na codzień zajmował się obijaniem facjat w ciemnych zaułkach. Nic to, zacząłem smarować, może się poprawi za tydzień albo dwa.
Wtorek- Mandat za głupotę. Krew z nosa.
Jak sobie przypomnę, to mi się odechciewa na chwilkę wszystkiego. Tydzień człowiek walczy na mrozie, rezygnuje z własnych zajęć, wyjeżdża z domu, od przyjaciół, pracuje żeby mieć na kolejny czynsz i na światło w lodówce, i całe to zaangażowanie w komin. Wystarczy na kilka chwil włączyć internet w komórce. Szkoda gadać
Już dawno zauważyłem, że gdy jestem przemęczony, a szczególnie niewyspany, muszę się spodziewać krwotoków z nosa. Oczywiście chodzi o sytuacje ekstremalne. Najczęściej zdażało się mi to na kilkudniowych wyczerpujących rajdach, na których bawiłem się świetnie i intensywnie. Od rana do rana. Poza drobnym mankamentem powodującym rdzawe zacieki na ubraniach, nie tracę formy, można powiedzieć nawet, że jestem w trybie bojowym. Miło wspominam te intensywne przeżycia (rajdy znaczy), a do krwotoków jakoś przywykłem.
Nie, żeby zdarzały się często, ale wiem że bywają .
Luzik, do kieszeni po chusteczki, szybkie zrolowanie tamponu i spacerowym krokiem w stronę łazienki, żeby ochłodzić kark i umyć twarz.
Po ostatnim aktywnym weekendzie nie było kiedy odespać. Wręcz kumulowało się niewyspanie, choć nie odczuwałem znużenia. Kolejne 3 dni po niepełne 5 godzin snu. Jak za starych, dobrych czasów.
Oprócz tego aktywności wszelakie i praca fizyczna. No i się doczekałem. Można powiedzieć że swoją krwawicę zostawiam na budowie. Wkładam w pracę, to co mam najcenniejsze, i w ogóle pracuję całym sercem. Może dzisiaj wreszcie odeśpię, bo jutro znowu trening po pracy, a w weekend.. wiecie jak jest
Środa- Mikołajkowy ekspres wieczorny. Dieta.
W środę pojechałem do Wrocławia. Mamy taką tradycję ostatnio, że organizujemy sobie mikołajki. Wylosowanej osobie robi się własnoręcznie jakiś prezent, na zadany temat. Tematy fajne, inwencja kwitnie, zabawa przednia i pamiątki od przyjaciół wspaniałe. Ci, którzy nie mogą się zjawić (bo na przykład siedzą w Anglii albo innym Heimacie) przysyłają swoje dzieła, a jeśli nie zdążą, to na czas jest zawsze przynajmniej zdjęcie prezentu, który wędruje przez europę.
Bardzo chciałem być, choć na budowie koledzy się w czoło pukali.. jeden wieczór.. taki zmęczony.. bilet drogi.. w piątek pojedziesz.. itp.
Przecież to tylko 100 kilometrów. Wyjechałem pociągiem o 18.30 a wróciłem do Ostrowa o 2.15. Na imprezie byłem jakieś 2 i pół godziny.
Fajnie było. Kolejny niewyspany dzień.
Postanowiłem chwilowo zmienić dietę. Pewnie, gdyby nie to, zasnąłbym na przerwie śniadaniowej.
Dostarczyłem organizmowi kilka zastrzyków energii i pobudzającej kofeiny. Z nosa mi nie leci, dłonie powoli się goją, spać nadal się nie chce..za bardzo. Podziałało. Nawet przez chwilę myślałem, czy nie iść jednak dzisiaj na basen.
Na szczęście jestem racjonalny. Wiem, że muszę odespać. Zaraz pójdę
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Weekend
Bogaty weekend. Dwa treningi, w tym jeden w ciemności(bo prąd wyłączyli). Nocne wycie na ścianie przy nowej gitarze. Pieczenie muffinek, przyłożenie pierwsze- waniliowe z czekoladą. Obiad z rodziną w Raggtime. Pieczenie muffinek, przyłożenie drugie- cynamonowe z jabłkiem. Wieczorne bouldery, a na miły koniec dnia chwila z książką. Jeszcze tylko spakować się i o 6 gotowość bojowa pod domem. Co robimy w przyszły weekend?
wtorek, 20 listopada 2012
Praca.
Dwugodzinny jogging przerywany rozmowami z miłymi Ostrowiankami zaowocował odkryciem basenu, szkoły tańca, dwóch sal kinowych i malowniczego aresztu śledczego . Basen już odwiedziłem, na taniec pewnie w środę i poniedziałek (o ile znajdę jakąś parę) kino zostawiam sobie na awaryjne sytuacje (np jakbym nogę złamał) a areszt mam nadzieję podziwiać tylko z zewnątrz. Zdjęcie przedstawia moje obecne miejsce pracy 1300m2, basen, stajnie, zimno... bardzo, i daleko od jakiejkolwiek ścianki. Telefon mi się zepsuł. Wesoło.
wtorek, 13 listopada 2012
Rosa.
Mam mieszane uczucia związane z porannym wstawaniem. Kojarzy mi się z rozpoczęciem kolejnej przygody. Z początkiem coweekendowej włóczęgi. Z oczekiwaniem o szóstej rano, z pełnym plecakiem, na dworcu, na niedługie spotkanie z przyjaciółmi. Z zapowiedzią odkrywania nowych cudów świata wokoło. Chłonięcia krajobrazów. Długo wyczekiwanego deptania szlaku.
Z drugiej strony, niestety, z kieratem.
Ranek dziś był bardzo słoneczny. Słońce wyzłacało pożółkłe liście i srebrzyło rosę na trawach. Dziesięć minut szurania butami liści w parku potrafi w taką pogodę kompletnie zmienić nastrój. Dobrze mieć czasem chwilę na szuranie w liściach. Dobrze móc nie musieć, i dobrze mieć ze sobą muzykę. W uszach albo w głowie.
sobota, 10 listopada 2012
Cebula
Sposób ubierania się "na cebulę" znany jest i praktykowany przez turystów nie od dzisiaj. Może mniej wygodny w zakładaniu (chwilę zajmuje wciśnięcie się w kolejne warstwy) ale procentuje wygodą i uniwersalnością podczas aktywności. Obecnie tkaniny techniczne pozwoliły cudów dokonać i zestaw ubrań, który można zabrać na pustynię, i na Alaskę, waży i zajmuje relatywnie mało miejsca. Za to kosztuje dość sporo, szczególnie, jeśli nie chcemy rezygnować z trwałych materiałów, na rzecz zamienników.
Ostatnio zacząłem szukać kurtki zewnętrznej do mojego zestawu, bo, oczywiście, chytry dwa razy płaci, i mam już tanich, cieknących kurtek ze trzy. Na budowę
.
Zacząłem research od internetu, później wyprawa po sklepach outdoorowych (bo sezon na te kurtki (sic!) teoretycznie minął, więc wyprzedaże..).
Jako, że sezon minął, to i wybór niewielki. Ceny za porządny gore-tex od 1200 w górę. Znalazłem fajnego packlite'a (taka najlżejsza i świetnie oddychająca odmiana gore do kurtek szturmowych) za jedyne 800 a w promocji w innym sklepie nawet za 660zł.
(o taka: http://outdoorpro.pl/ produkty/ kurtki_wodoodporne/182/ marmot_minimalist_jacket_le kka_i_wygodna_kurtka_meska _gore_tex_paclite_dla_milo snikow_outdooru/2637.html)
Przymierzyłem. Fajna. Jedyny mankament to fakt, że ten materiał jest mniej odporny ma mechaniczne uszkodzenia, a moje ubrania niestety zużywają się w zastraszającym tempie. Poza tym plan był na kurtkę w góry, w śnieg, na wspin, do miasta i najlepiej żeby sama plecak nosiła
Zacząłem research od internetu, później wyprawa po sklepach outdoorowych (bo sezon na te kurtki (sic!) teoretycznie minął, więc wyprzedaże..).
Jako, że sezon minął, to i wybór niewielki. Ceny za porządny gore-tex od 1200 w górę. Znalazłem fajnego packlite'a (taka najlżejsza i świetnie oddychająca odmiana gore do kurtek szturmowych) za jedyne 800 a w promocji w innym sklepie nawet za 660zł.
(o taka: http://outdoorpro.pl/
Przymierzyłem. Fajna. Jedyny mankament to fakt, że ten materiał jest mniej odporny ma mechaniczne uszkodzenia, a moje ubrania niestety zużywają się w zastraszającym tempie. Poza tym plan był na kurtkę w góry, w śnieg, na wspin, do miasta i najlepiej żeby sama plecak nosiła
.
Pozostał jedyny sprawdzony sposób na ubrania tanie i niezniszczalne. The Navy is here!
Amerykanie zaprojektowali dla swoich żołnierzy system ECWCS, opierający się na wspomnianych na początku założeniach, wykonany z nowoczesnych materiałów, trwały i dość tani. Dla niektórych mankamentem pewnie może być militarna kolorystyka. Mi nie przeszkadza.
System (o ile dobrze rozkminiłem) składa się z kilku używanych zamiennie, lub łącznie warstw, a mianowicie:
1.cienka bielizna poliestrowa (w cywilu tzw termoaktywna)- komplet
2.nieco grubsza bielizna z cienkiego polaru- komplet
3.polaru chyba gdzieś koło setki- kurtka
4.wiatrówki- kurtka
5.softshella- kurtka i spodnie
6.gore-texu- kurtka i spodnie
7.Puchówki- kurtka i spodnie(właściwie z primaloftu zakładane na wierzch podczas postojów)
zestawy proponowane przez armię w instrukcji w zależności od temperatury, wilgotności i aktywności:
ACTIVE
1+2+5
1+4+5(spodnie)
1+5
1+2+3+5
STATIC
1+3+5
1+2(bez spodni)+6
2+5+7(bez spodni)
1+2+3+5+7
(link do instrukcji http://pl.scribd.com/doc/ 49929646/ECWCS-III-GEN)
Właściwie, okazało się, że po pominięciu levelu7 (na Alaskę niestety się nie wybieram narazie) od biedy wszystko mam. Braki główne to rzeczona kurtka, w następnej kolejności spodnie gore (kiedyś miałem, ale ktoś mi zutylizował chyba), spodnie softshell i podmiana polaru na sweter puchowy. Kurtka softshellowa o wymianę piszczy, ale póki działa, to działa. Z wiatrówki rezygnuję.
Tymczasowo na narty jakieś spodnie mam, ale jakby ktoś widział fajne spodnie z gore-texu o technicznym kroju, i najlepiej czerwone, to proszę o znaksygnał (hehe o ile ktokolwiek doczytał aż do tego miejsca
)Pozostał jedyny sprawdzony sposób na ubrania tanie i niezniszczalne. The Navy is here!
Amerykanie zaprojektowali dla swoich żołnierzy system ECWCS, opierający się na wspomnianych na początku założeniach, wykonany z nowoczesnych materiałów, trwały i dość tani. Dla niektórych mankamentem pewnie może być militarna kolorystyka. Mi nie przeszkadza.
System (o ile dobrze rozkminiłem) składa się z kilku używanych zamiennie, lub łącznie warstw, a mianowicie:
1.cienka bielizna poliestrowa (w cywilu tzw termoaktywna)- komplet
2.nieco grubsza bielizna z cienkiego polaru- komplet
3.polaru chyba gdzieś koło setki- kurtka
4.wiatrówki- kurtka
5.softshella- kurtka i spodnie
6.gore-texu- kurtka i spodnie
7.Puchówki- kurtka i spodnie(właściwie z primaloftu zakładane na wierzch podczas postojów)
zestawy proponowane przez armię w instrukcji w zależności od temperatury, wilgotności i aktywności:
ACTIVE
1+2+5
1+4+5(spodnie)
1+5
1+2+3+5
STATIC
1+3+5
1+2(bez spodni)+6
2+5+7(bez spodni)
1+2+3+5+7
(link do instrukcji http://pl.scribd.com/doc/
Właściwie, okazało się, że po pominięciu levelu7 (na Alaskę niestety się nie wybieram narazie) od biedy wszystko mam. Braki główne to rzeczona kurtka, w następnej kolejności spodnie gore (kiedyś miałem, ale ktoś mi zutylizował chyba), spodnie softshell i podmiana polaru na sweter puchowy. Kurtka softshellowa o wymianę piszczy, ale póki działa, to działa. Z wiatrówki rezygnuję.
Tymczasowo na narty jakieś spodnie mam, ale jakby ktoś widział fajne spodnie z gore-texu o technicznym kroju, i najlepiej czerwone, to proszę o znaksygnał (hehe o ile ktokolwiek doczytał aż do tego miejsca
Wytrwałych pozdrawiam serdecznie
środa, 7 listopada 2012
Pokochaj drogę.
Wygląda na to, że lubię wtorkowe wieczory.
Trochę nie lubię spadającego łańcucha, za to skórzane rękawiczki (nie, nie z mamuta) na rowerze spisują się świetnie.
Wrzuciłem do zena nową porcję muzyki- trochę fajnej salsy, reaggetonu i libertango w 9 wersjach. Energetycznie. Do tego stopnia, że wspinałem się również ze słuchawkami na uszach.
Z jednej strony takie odcięcie się od bodźców zewnętrznych pozwala skupić się na celu ( cytaty znad biurka?- "Tu i Teraz" i "Wstań i Biegnij") z drugiej ta muzyka i koło na wrocławskim bruku pomaga "Pokochać drogę" co prawda dosłownie, ale od czegoś trzeba zacząć.
Moje umiejętności taneczne niestety nie są powalające. Powiedzmy, że "ujdą w tłumie". Pracuję nad tym. Może mało intensywnie, ale niestrudzenie. Czasem tylko zapomnę się na ścianie, albo kolega/ koleżanka namówi, żeby zostać dłużej. Dzisiejszym problemem na salsie był brak tłumu.
Jak wszedłem na zajęcia, myślałem, że jakiś ważny mecz dzisiaj, bo nie było ani jednego chłopaka. Dziewczyn czekało 6, lekko licząc. Z każdym otwarciem drzwi miałem nadzieję, że ktoś przełamie mój monopol na płeć, i za trzecim, czy czwartym razem się nie zawiodłem Koniec końców, było nas chyba czterech na przynajmniej dwa razy tyle dziewcząt. Dobrze, że to ma być zabawa. Bez większego spinu i jakoś poszło. Bachata wciąż oblegana, ludzi coraz więcej na zajęciach, tu również dzisiaj Pań było więcej, ale to już tradycyjnie (na Cubanie ostatnio przeważali Panowie)
Wracając do domu pogwizdywałem znowu. Ponoć to niekulturalne jest, ale jak mam dobry humor, to coś mi gra w środku, i się wyrywa. Krótko pogwizdywałem, bo dogoniłem koleżankę, z którą pokonałem połowę drogi miło konwersując. Jak tylko ją pożegnałem, o mało nie wpadłem pod samochód, przejeżdżając przez pasy (dobra, na czerwonym) bo mi znowu spadł łańcuch.
Jutro coś z tym zrobię.
sobota, 27 października 2012
Sobotni wieczór.
Pogoda urocza. Zimno, mokro, ślisko, paskudnie, wieje, zacina i nie chce się z ciepłego wychodzić.
Skoro już i tak trzeba wyjść, to z pożytkiem.
Po drodze od siostry, zajechałem na basen. Jakoś ostatnio zaniedbałem ten przybytek na rzecz roweru, ale aura nie sprzyja kołowaniu, więc na stare śmiecie przywiało. Kolejka jedna na trzy osoby, pozostałe kasjerki uśmiechają się zachęcająco. Wewnątrz całe rzędy szafek puste, przebieralnie wolne, słowem raj. Nawet mydło w podajnikach było! Na czterech torach było nas raptem dwie osoby. Puchy!
Może fajniej by było, jakby drugą osobą była urocza blondynka, ale pewnie urocze blondynki mają ciekawsze rzeczy do zrobienia w sobotni wieczór, niż pływanie. Pewnie dlatego głównie, że są urocze.
Klimacik był przyjemny, nad wodą unosił się opar podświetlony delikatnym blaskiem reflektorów, woda kojąco falowała i lekko fosforyzowała błękitem. Cisza, spokój, ciepło, nad głową czarne niebo a powolny rytm uderzeń liczył czas do końca godziny.
Wyszedłem bardzo zrelaksowany, w ostatniej minucie. Nie chciałem jeszcze iść, i nawet nie przez pogodę. Po drodze z samochodu do domu pogwizdywałem wesoło. Sąsiadka, która snuła się z psem pod klatką- byle bliżej- popatrzyła na mnie jak na wariata.
Pogoda urocza, jak mówiłem! A! Zdjęcie- puchy i blondyna. Mam nadzieję, że Andy się nie obrazi
Skoro już i tak trzeba wyjść, to z pożytkiem.
Po drodze od siostry, zajechałem na basen. Jakoś ostatnio zaniedbałem ten przybytek na rzecz roweru, ale aura nie sprzyja kołowaniu, więc na stare śmiecie przywiało. Kolejka jedna na trzy osoby, pozostałe kasjerki uśmiechają się zachęcająco. Wewnątrz całe rzędy szafek puste, przebieralnie wolne, słowem raj. Nawet mydło w podajnikach było! Na czterech torach było nas raptem dwie osoby. Puchy!
Może fajniej by było, jakby drugą osobą była urocza blondynka, ale pewnie urocze blondynki mają ciekawsze rzeczy do zrobienia w sobotni wieczór, niż pływanie. Pewnie dlatego głównie, że są urocze.
Klimacik był przyjemny, nad wodą unosił się opar podświetlony delikatnym blaskiem reflektorów, woda kojąco falowała i lekko fosforyzowała błękitem. Cisza, spokój, ciepło, nad głową czarne niebo a powolny rytm uderzeń liczył czas do końca godziny.
Wyszedłem bardzo zrelaksowany, w ostatniej minucie. Nie chciałem jeszcze iść, i nawet nie przez pogodę. Po drodze z samochodu do domu pogwizdywałem wesoło. Sąsiadka, która snuła się z psem pod klatką- byle bliżej- popatrzyła na mnie jak na wariata.
piątek, 26 października 2012
Cool
Trzeci dzień słucham "Libertango" w przeróżnych wykonaniach. O dziwo, co odkryłem przed chwilą, temperamentem największym wykazała się KAYAH. Chwała, Sława Przekonany byłem, że to jakaś grubymi milionami zmotywowana sława międzynarodowa do Bondowego filmu kawałek nagrała. Polecam, jeśli klimat wam odpowiada.
Dziś byłem na koncercie tanga argentyńskiego w synagodze.
Jak zwykle akustyk musiał na głowie stawać a i tak na początku było ciężko. Zespół za to rewelacyjny. Klimat świetny. Grali trochę swoich autorskich, i trochę aranży tradycyjnego tanga- nie żebym się znał... cytuję Fajnie pocinali na czterech akordeonach, poza tym silna ekipa smyczkowa i fortepian.
Jak dla mnie wokal bardziej do teatru się nadawał trochę, ekspresję w każdym razie miał dużą Dziewczynom się podobało ponoć. Zresztą.. taki pan macho prosto z Buenos Aires w czerwonej koszulce i czarnych spodniach.. klimatycznie się na scenie prezentował.
Ogólnie malowniczy byli, i oko się cieszyło wespół z uchem.
Zdjęć nie robiłem, pooglądacie se w gazetach tak tylko, żeby było do czego opis zrobić kliknąłem w telefon.
Fajnie bo tanio, a nawet miejsce siedzące miałem.
Śmiesznie, bo prosto ze ściany na kulturę pojechałem, dobrze, że na Fpince warun jest sanitarny
Wcześniej zrobiłem ostatnie zakupy w ramach urodzin moich, i mam mikrofon, statyw i interfejs nowy tylko o słuchawkach na dużego Jacka nie pomyślałem, nagrałbym wam coś na nowym sprzęcie I znowu- nie żebym umiał, ale sprzęt jest to pomęczę. Kto nie chce, może nie słuchać, prawda? To już jutro.. chyba że po treningu ruszyć ręką nie będę mógł.
Nie wiem jak Wy, ale ja z niecierpliwością czekam jutra.. czyli dzisiaj właściwie Jak co dzień. Bo jutro zawsze jest tyle świata do odkrycia, nie? Tyle do stworzenia i do zepsucia (ech!) Takie życie. Się zepsuje, to się naprawi. Kto, jak nie my. Positive way!
środa, 24 października 2012
Stuk!
No i klamka zapadła. Własny Breedlove całkiem niezużyty, piękny, dźwięczny, z kabelkiem i stroikiem, najdroższymi strunami i całkiem fajnym firmowym pokrowcem. Strach zabierać gdzieś bo zepsują!
wtorek, 23 października 2012
Sernik.
Taka mnie naszła refleksja z rana: znam tylu wspaniałych ludzi i oni wszyscy są mi życzliwi. Mówiłem wam już, że jesteście fajni? Kocham Was wszystkich! Podkarmianie sernikiem co prawda uważam za dywersję, ale pójdzie w mięśnie, nie? Gorące kakao! Buziaki.
piątek, 19 października 2012
High five!
Dziś po drodze z pracy spotkałem kilku przyjaciół. Zaprosiłem ich do mnie, powspominamy, jakie przygody razem przeżyliśmy. Zdawało mi się co prawda, że zostawiałem porządnie posegregowane w pudłach, ale może to złudzenie było. Łatwiej za to dało się wejść na trzecie piętro. Gdzie ja ich pousadzam teraz...
czwartek, 11 października 2012
Mamuty
Podsumowanie dzisiejszego dnia- Koło! Siła! Kolacja....
Przywiozłem biurko nowe, wypasione takie, że mi się mordka cieszy na myśl o ustawianiu tego grzmota i zapełnianiu skarbami. Ledwo się zmieściło do mojego ładownego samochodu- ale teraz mam blatu na jakieś 3 kompy i obiad jednocześnie (160x85cm). Nie spodziewałem się tylko że będzie tyle ważyć. Pakowanie do wozu jakoś poszło, wnoszenie na 3piętro zajęło 10 minut walki.Siła!
Byłem na Grunwaldzie w zagłębiu rowerem, a potem na ścianie. Rezultat- nowa zajefajna czapka w sam raz na baldy i nadchodzącą aurę. Wracałem już w czapce, i doceniam.. Dzięki Monia.
Znacie ten tekst?: "A czy Natura w kolebce Myślała o tym dokładnie Po co jej wielkie mamuty? Ani wygląda to ładnie, Ani z nich skóra na buty. Nie ma co pytać kolego, Robiła i tak jej wyszło..." (cytat z pamięci więc może być niedokładnie)
Tak mi się skojarzyło, bo lubię, śpiewamy go czasem Mamie naszej (czyli Mamutowi kolokwialnie) a tak serio oczywiście i Mama i Czapka są rewelacyjne (Mama nawet jeszcze lepsza). Czapka też Mammuta
Biurko kwalifikuje się do mamutów z racji rozmiaru, wagi i, być może, wieku. Przywiozłem biurko nowe, wypasione takie, że mi się mordka cieszy na myśl o ustawianiu tego grzmota i zapełnianiu skarbami. Ledwo się zmieściło do mojego ładownego samochodu- ale teraz mam blatu na jakieś 3 kompy i obiad jednocześnie (160x85cm). Nie spodziewałem się tylko że będzie tyle ważyć. Pakowanie do wozu jakoś poszło, wnoszenie na 3piętro zajęło 10 minut walki.Siła!
Byłem na Grunwaldzie w zagłębiu rowerem, a potem na ścianie. Rezultat- nowa zajefajna czapka w sam raz na baldy i nadchodzącą aurę. Wracałem już w czapce, i doceniam.. Dzięki Monia.
Znacie ten tekst?: "A czy Natura w kolebce Myślała o tym dokładnie Po co jej wielkie mamuty? Ani wygląda to ładnie, Ani z nich skóra na buty. Nie ma co pytać kolego, Robiła i tak jej wyszło..." (cytat z pamięci więc może być niedokładnie)
Tak mi się skojarzyło, bo lubię, śpiewamy go czasem Mamie naszej (czyli Mamutowi kolokwialnie) a tak serio oczywiście i Mama i Czapka są rewelacyjne (Mama nawet jeszcze lepsza). Czapka też Mammuta
Wracając z panelu odwiedziłem siostrę na chwilę. Nie pograliśmy co prawda na Wii, ale zjadłem pomidora, 3 śliwki, jabłko i jedną bardzo chudą drobiową kiełbaskę.
Generalnie wieje już na rowerze i trzeba w rękawiczkach jeździć Najlepiej futrzanych, z mamuta
sobota, 8 września 2012
KOŁO!
Dawno nie czułem takiej lekkości bytu jak dzisiejszego popołudnia, przemierzając wrocławskie ulice na wysłużonym góralu. Może to ten wiatr we włosach, może dobra muzyka w uchu, może dlatego że na ściankę, a może rześkie powietrze po deszczu. Może też dlatego, że dość już miałem całotygodniowego kieratu.
Wolność. I to bez tankowania .
Czyste piękno wysiłku. Napieranie z całej siły na pedały. Pęd. Zgrzyt hamulców. Przechyły na zakrętach. Wokół rynku, koło Uniwerku, nad Odrą, tysiąc mostów, parki, skwerki i uśmiechający się do siebie członkowie tajnego bractwa- Rowerzyści. Kolega wie jak dojechać, kolega pyta gdzie dworzec, koleżanka co prawda zajechała drogę, ale tak ujmująco się przy tym uśmiechnęła...
Rezultat, w każdym razie, przerósł oczekiwania. Lubię To!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













