niedziela, 16 grudnia 2012

Dzikus


   "Ale się dzisiaj narąbałem!" 
Status ponoć bardzo popularny wśród młodzieży na naszym ulubionym portalu społecznościowym. 
Z nieśmiałym uśmiechem dołączam dziś to tego, z pewnością przesympatycznego, grona. 

   Przełamywanie oporu martwej materii za pomocą ciężkiego topora ma w sobie jakiś pierwotny urok. Magię. W momencie, gdy wielki pień pryska na wszystkie strony po jednym uderzeniu, czuje się wszechmoc. Chwila zaciśnięcia dłoni na stylisku przed zamachem, palec wskazujący i kciuk lekko ocierający się o głowicę, napięcie mięśni pleców w oczekiwaniu na ten jeden precyzyjny ruch... tak powinno się uczyć pojęcia "energia potencjalna". Budzi się duch woja, dzikusa walczącego na topory, nordyckiego boga.
Zdjąć koszulkę i mięśniami wygrywać pochwałę wysiłku fizycznego.
Spływając potem, zatracić się w miejscu, chwili, najprostszym z możliwych zadaniu. Unieść i uderzyć. Obrócić, unieść i uderzyć ponownie. Sęki są błogosławieństwem, powodują, że nirwana trwa, zapobiegają zbyt szybkiemu spełnieniu. Zwiększają napięcie oczekiwania na finalny trzask i deszcz szczap sypiący wokół.Potęgują zadowolenie z najmniejszego pęknięcia między splątanymi włóknami przeciwstawiającej się tkanki drzewa.

Największe pniaki skończyły się za szybko. Bez większego sensu porąbałem też te małe, które do kominka weszłyby w całości. Niedosyt. Z dwojga złego, lepszy niedosyt.

   Powdychałem jeszcze z nostalgią zapach impregnatu, obejrzałem nowe zabawki Taty, jego kilka bieżących projektów, kilka moich już prawie zapomnianych, czekających na powrót do domu... drewniany kajak od 10 lat ze zrezygnowaniem wyczekujący napływu weny... Drewnodłubanie. Lubię to!

Dobrze w domu. Ciepło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz