poniedziałek, 28 stycznia 2013

Załoga!


Sernik
   Jak już nadmieniałem na forum gremialnym weekend był dość aktywny.
W piątek w trakcie powrotu z Ostrowa dostałem wiadomość, że trening na 20.30 sie nie odbędzie.
Prawie zdążyłem zatem na ten o 18.30. Fajnie było. Po treningu sekcja Progressowców organizowała urodzinową imprezę, rozpoczętą nastrojowym pokazem slajdów od historii po spojrzenie w nadchodzący rok. Nawet nie wiedziałem, że kumpluję się z tak znakomitymi budowniczymi historii wrocławskiej wspinaczki. Łezka się ponoć niejednej
  zakręciła.
Wieczór spędziłem zatem przy kawie i gitarze- tylko musimy wreszcie zrobić jakiś śpiewnik dyżurny scianowo-pijacki... niech lezy pod ladą . Może mieć logo tarnogaju na okładce, to będzie pasował do wyposażenia:)

Zjawy
   Do domu wybrałem się chyba gdzieś koło drugiej, bo w sobotę znów impreza.
Wcześniej trening i szukanie prezentu po wrocławskich sklepach. Bardzo fajny statyw znaleźliśmy. Nie aż taki idealny jak proponował Bodzio, ale za to w budżecie się zmieścił i, wg mnie, jest super wspaniały . Siostra powiedziała, że tylko tego jej do zestawu brakowało i cieszyła się bardzo.
Wieczór upłynął przy wiśniówce, piwie, czymśtam z colą i zabawie nową zabawką. 
Robiliśmy zdjęcia duchów, ale że zaczęliśmy już po dwóch butelkach, więc od początku jakoś wyników nie było. Za to zabawa wesoła. Wika też ma nowy aparat  Sprzęci się nam wokoło. 
Resztę towarzystwa rozwiozłem do domów około 5AM. Nie opłacało się już kłaść, bo o 8 miałem się na gaju meldować po załogę.
Plan był, żeby umyć samochód jeszcze i zaopatrzyć w zdobyczną naklejkę tarnogajową, ale czasu brakło na takie pierdoły. Dziewczyny stanu środka transportowego na szczęście nie komentowały 

Popakowałem się starannie do pożyczonego plecaka na skarby, zrobiłem gorące napoje do termosów i kanapki z resztek imprezowych. Chwilkę jeszcze miałem, więc odpaliłem kompa, przez co ominęła mnie planowana na śniadanie jajecznica (bo nie zdążyłbym już jej zrobić i się wykąpać jednocześnie. Na śniadanie zatem miałem chrupiący od niedogotowania ryż z jogurtem (tak, przeterminowanym ;)) :DDD.
Za to na miejscu stawiłem się przed czasem, mimo, że oczywiście nie udało się pojechać najkrótszą drogą. Następnym razem już trafię bez problemu.

Do wozu!
   Z załogą w srebrnym czołgu, gps-em na szybie i świetnym nastrojem ruszyliśmy w góry. Po drodze zwiedziliśmy pewne przytulne mieszkanko w Dzierżoniowie, zapewniając sobie paliwo na stok, o smaku aroniowym ponoć. Uzupełniło ono zapas herbaty z rumem (lub odwrotnie- rumu z herbatą. Nie sprawdzałem, bo prowadziłem).
W Janskich zaparkowaliśmy koło oślej łączki, dziewczyny dostały klucze do auta i poszły szukać przystojnego instruktora od deski, a ja przytroczyłem narty i buty do plecaka ze skarbami i potrekkowałem w górę, do gondoli.
Troszkę obawiałem się jak to będzie po dwóch latach bez desek na nogach, szczególnie, że kompletnie nie wiedziałem jak wyglądają trasy. Opisy na tablicach organizacji ruchu narciarskiego też nieco mąciły obraz- punkty za zjazd daną trasą(i co, bramki przy każdym zjeździe?? a jak się rozgałęzia?), osobna opłata za gondolę, i takie tam. Było dobrze, i normalnie
  Zapytałem jakichś Polaków, jak to wygląda na górze. Polecili kupić pod kasą karnet do końca dnia i się nie przejmować. Oni tak zrobili.
Karnet do końca dnia kupiłem pod kasą, oczywiście od Polaka 

Blondynki. Warkocze. Śnieg. 
Nordycki raj 
   Pięknie było. Specjalna kolejka dla singli (sic!) posuwała się zawsze dość szybko więc troszkę zdążyłem pojeździć. Pewnie w towarzystwie byłoby jeszcze przyjemniej, ale co zrobić. Może następnym razem.
Na początek zrobiłem czerwoną/niebieską żeby sobie w ogóle przypomnieć jak się jeździ, potem dwa razy czerwoną na rozgrzewkę (bardzo mi się spodobała) a potem wskoczyłem na czarną, pospeedować. 
Wyglebiłem się raz- przy pierwszym zjeździe czarną.
Ale ludzie pięknie jeżdżą. Ja pewnie wyglądam jak pokraka na stoku.. Co tam, ważne, że jest zabawa. Aparatu nawet nie zabrałem. Pogoda i warunki były świetne. W ostatniej godzinie zaczęło mocniej wiać i zacinać śniegiem. Do jazdy w zupełności wystarczyły okulary, gogle spokojnie spały w plecaku.
W nogi dość ciepło a przede wszystkim sucho, buty wygodniejsze niż wspinaczkowe, w plecaku wszystko co potrzebne nawet jakbym zostal na osiem godzin na stoku, albo i zgubil sie we mgle na dzien czy dwa:D, kask grzal ale nie przepacał, kominiarka i buff chronily przed zacinajacym sniegiem, IDEALNIE.
Tylko pas biodrowy w plecaku mi się troszkę popsuł, ale w zjeździe nie przeszkadzało, bo plecak wąski i wysoki.
W gondoli nie było się czym lansować, bo spodnie stare i najtańsze możliwe, softshellik styrany do rozpadu, za to może chociaż wyglądałem jak stary wyga. hehe. Wspaniałego, niebieskiego packlite'a nie ubierałem, bo sucho było, a co się ma przecierać na śniegu. W plecaku jeździł.
   Po zamknięciu wyciągu znów narty na plecy. Podobają mi się narty przy plecaku. Nowa husaria  Trekki na nogach, kije w rękach i skrzydła przy plecaku. Bieszczadzkie Anioły.
W drodze powrotnej na szczęście jechaliśmy cały czas głównymi drogami. Ślisko nie było bardzo, tylko ciemno i padało. Żeby nie przysnąć opowiedziałem Sabrinie(!) conieco o mojej przefajnej rodzince. Chwaliłem się znaczy. Dojechali, rozwieźli, rozpakowali i spać. Jak dobrze, że w poniedziałek nie musiałem wstawać.
A dziś trening na 20.30 
Aaa.. na czarnej widziałem jak gość pocinał w turach pod górke.. ciekawe jak się na tym zjeżdża. Muszę spróbować koniecznie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Rest


   Najbardziej żałuję, że nie umiem zrobić takich zdjęć, żeby pokazać jak pięknie było na szlaku. Rano inwersja spowodowała, że szczyty tonęły w słońcu. Pod chabrowo- błękitnym niebem śnieg skrzył się diamentowo i oblepiał wszystko. Każda gałązka miała kołderkę ze śnieżnobiałej pianki.
   Na początku co chwilę zatrzymywaliśmy się, bo koło takich widoków nie da się przejść obojętnym. Później, na szczęście, niebo zaciągnęło się na biało, szaro a w końcu buro.
Ścieżka do pierwszego schroniska była przetarta, i spacer z lekkim plecakiem był wyłącznie przyjemnością. Lekkim, bo okazało się, że w schronisku ciężko będzie z noclegiem i plany się nam troszkę zmieniły.
Ruszyliśmy spod Zakrętu Śmierci, zostawiwszy tam samochód i niepotrzebne graty. Niektórzy zostawili również te potrzebne, co okazało się gdy noc zapadła już głucha, a my wciąż dreptaliśmy. Na szczęście miałem dwa zapasowe źródła światła, i nie trzeba było schodzić do Świeradowa przyświecając sobie smartphonem
 ... jak cudowne urządzenie by to nie było, trochę siara  
Zdjęcia robiliśmy na początku, bo później wiatr w oczy- ciemniej, zimniej, zmęczenie dawało się trochę we znaki, no i co jakiś czas zdarzało się upaść, bądź zapaść i wygrzebywać powoli z dziury, w czym aparat troszkę przeszkadzał. 
   Dzielnie przespacerowaliśmy 23 kilometry w dziesięć godzin. Czas marny, ale... śnieg.
Na ostatnim postoju (o godzinie 19- czyli dwie godziny po zapadnięciu zmroku) byliśmy już nieźle wyrypani, a tu niespodzianka- termos mi się stłukł. Nie chciało nam się już gotować od nowa herbaty. Właściwie, nic nam się nie chciało. Zmusiłem się tylko, żeby przebrać skarpety i włożyć nowe ogrzewacze do butów, bo trzeba fason trzymać, a jak przy każdym kroku między palcami przepływa lodowata woda, to trudniejsze jest 
 Jak przepływa ciepła, całkiem inaczej.
   Ogrzewacze spisały się bardzo fajnie. Kupiłem w Decathlonie pięciopak w razie awarii na szlaku jakiejś (bo "lekki" plecak, jak zwykle, miał wewnątrz dużo skarbów dzięki którym nie odlatywałem z uniesienia na widok cudów natury) Martwiłem się tylko, czy nie będą za ciepłe. Po pierwszych piętnastu minutach marszu stwierdziłem, że moje wiosenno- jesienne, leciutkie treki gorąco polecanej firmy, nie zamieniły się w buty zimowe, i jak można się było spodziewać, są głównie wygodne. Jest to co prawda podstawowy parametr butów trekkingowych, acz nie pogardziłbym w owej chwili izolacją termiczną i przeciwwilgociową. Co do tej drugiej, z pełną świadomością przygotowany byłem na dreptanie na mokro. Jak nie bokiem, to górą, na pewno by się wlało. Paczuszka z parą ogrzewaczy w wierzchniej kieszeni- bo przecież trzeba przetestować- prawie sama się otworzyła, i od tej pory aż do zmroku (gdzieś do 17 godz.) miałem ciepło. Teoretycznie grzać miało min.5 godzin. Trudno wyczuć kiedy przestało, ale marzłem od 18 gdzieś, czyli po 7-8 godzinach dopiero.
Po dwudziestej dotarliśmy do Świeradowa, gdzie zrobiliśmy zdjęcie drzewa na skrzyżowaniu, obok Domu Zdrojowego. Obok drzewa był Lewiatan. Pod Lewiatanem w piwnicy pub (nie wiadomo dlaczego nazwali go "Pod Orłem" a to przecież całkiem różne zwierzaki są). W pubie była muzyka, dwie przestraszone młode barmanki, szef i bar. Za barem, przy herbatce poczekaliśmy na naszego ulubionego localsa, żeby nie powiedzieć autochtona- Miłkę, która pomogła w transporcie do swego uroczego przysłupowego siedliska, gdzie czekał ciepły piec, gar zupy, grzanki z blachy, herbata i gitara. Śpiewniki i piwo mieliśmy w samochodzie

 schłodzone, ale kartki się przewracały. I się przelewało.
Do rana wyschło wszystko oprócz moich butów. Wyspaliśmy się (ja napewno, w końcu całe 5 godzin, po chłopakach koty ponoć skakały), objedliśmy tradycyjną niedzielną jajecznicą i trzeba było się zbierać. Znowu nie spróbowałem, jak się jeździ na turach. Stały w sieni, razem z fokami, więc przynajmniej pomacałem. Następnym razem.. albo w Odrodzeniu.

   We Wrocławiu nie zdążyłem na planowane łyżwy, ale spóźniłem się jedynie pół godziny. Byłoby mniej, ale musiałem skoczyć do domu po suche buty i samochód. Za to wylazłem na lodowisko z aparatem. Gdzieś się uchowała jeszcze jedna naładowana bateria, ale z mrozu szybko się rozładowywała, tak samo jak ta w aparacie. Co chwila żonglowałem nimi kieszeń-aparat, co niestety spowodowało stratę kilku fajnych ujęć. Zima.
Po łyżwach pojechaliśmy coś zjeść/wypić. Pierwszy raz w życiu jadłem chińskie jedzenie (a przynajmniej o ile pamiętam) ..no, nie licząc ciasteczek z wróżbą, co kiedyś dostałem od Paki.
Bardzo fajne. Ciekawe, dość ostre, słodkawe. Pewnie wiecie, tylko ja taki zapóźniony.
Potem już tylko na chwilę do domu ogarnąć się i spakować, i na ściankę
  
Rekreacyjnie, w doborowym towarzystwie, nawet dużo tzw. konstruktywnej krytyki nie zebrałem. Może Marta nie w formie była tym razem, zmęczona po snowboardzie w czechach  Muszę się bardziej postarać, bo nie będzie miała na co narzekać Choć trzeba przyznać że się staraliśmy dzisiaj z Michałem na dole, jak wisiała na ścianie, i nic. Może jednak mnie lubi 
Na koniec dnia ostatnie pranie i foty na fejsa wrzucam. No i toto skrobię żebyście mieli co do porannej kawy czytać  Rano do Ostrowa. Hm. Byle do piątku.  Siła!


Tak wyglądało pierwsze pół dnia :D

czwartek, 10 stycznia 2013

Charming


Wczoraj wreszcie miałem wolną środę. Wolną w sensie braku wieczornych zajęć mniej lub bardziej wymuszonych. Nadszedł w końcu czas planowanych zajęć pozalekcyjnych. Ucieszyłem się, bo już prawie zapomniałem nawet podstawowego kroku salsy. W Ostrowie jedyna salsa jaka mi w miarę pasuje terminowo to środowa salsa solo. Oczywiście we dwoje zaawsze przyjemniej, ale jak się nie ma co się lubi, to się drepta przed lustrem.

Bardzo było miło, choć całą godzinę deptaliśmy parkiet słuchając rytmu z płyty. Wiele traci taniec bez fajnej muzyki. Podobało mi się pewnie również dlatego, że zamiast rozciągania na koniec była bachata, do skądinąd znanej melodii.
Od razu mi się mordka uśmiechnęła, gdy w półmroku wygaszonych "na wyciszenie" świateł usłyszałem pierwsze znajome frazy. Zacząłem nieśmiało w ostatnim rzędzie krok podstawowy, czekając aż instruktorka zada jakieś ćwiczenie na rozciąganie. No i ćwiczeniem tym był krok podstawowy bachaty
 . Też oczywiście dużo nie pamiętam, Znowu od zera będę musiał zaczynać...

Salsę prowadzi nam bardzo fajna dziewczyna. Nawet się wspinała trochę ponoć. No ale jak fajna, to pewnie zajęta 
 Bardzo żałuję, że jakoś się nie składało ostatnie dwa miesiące, żeby zajrzeć w środę na zajęcia.
Zajęcia z towarzyskiego, te od szkoły błaznów (vide 07.12.2012) zostały od poniedziałku zawieszone na miesiąc, bo nie mogli znaleźć zastępstwa za prowadzącą. Cóż, i tak brakowało mi na nich jakiejś fajnej pary. Przynajmniej nie będzie tego piekielnego 2 na 1.
Kolejny raz zapowiada się, że zawieszamy i my prace na wygnaniu i wracamy do dolnośląskiej stolicy. Może już od środy... Oby.

Ukłuła się w palec i zasnęła na sto lat...
W weekend jak zwykle niedospałem, w poniedziałek poprawiłem, za to Wtoooorek...! Koledzy się śmiali, że teraz już moją tygodniową normę snu odpękałem, i mam zakaz. Chyba troszkę przesadzają.
W środę postanowiłem wyrabiać normę na przyszły tydzień. Średnio wyszło, ale dziś byłem wreszcie wyspany.

...fraszkę jakąś?
W pracy pół dnia spędziłem na baszcie. Pewien czas nawet siedząc i majtając nogami. Pod szklanym dachem podczas deszczu, wśród zabytkowych murów jest uroczo. Tylko schodów nie było, a przecież "księżniczka jest tam gdzie schody... gdzieś o tym czytałem..."

Z bajkowych tematów to jeszcze fryzurę zapuszczam godną księcia z bajki, choć może gargamela, byłoby bliższe prawdy... Troszkę to niekomfortowe dla człowieka nawykłego do czesania się gąbką. Jak się obetnę, to mi będzie zimno. Prawda?

Lemony na święta sprawili mi wielką frajdę. Dwie. Trzy właściwie

 Dobrze mieć takich przyjaciół, nawet jak są tak daleko. Teraz bilety do Irlandii tanie, ukradnę sobie trochę czasu i wreszcie zrealizuję odkładaną przez perypetie pracowe i inne wyprawę. Jak ten rok szybko minął... Rude zabiorę, bo ponoć ściankę mają. Nad zimowym oceanem posiedzę. Pospaceruję klifami. Posłucham skocznej muzyki w pubie. Pogrzeję się przy kominku, niekoniecznie opalanym torfem. Pomilczę sobie z Nimi. Albo pogadam. Nieważne. I pośpiewamy z Kicią. Trzeba się Kubowych piosenek nauczyć bo mały rośnie jak na drożdżach.

Biurka mi brakuje mojego. Wielkiego. Projektów zostawionych w szufladach i na półkach. Niepomalowanych koszulek w szafie. Kubka czekającego na wspinowe uszko, zapomnianych exlibrisów, pudła z narzędziami. Zegar do renowacji chwilowo wylądował pod łóżkiem
  jacht czeka na naprawę od pamiętnego 13 września. A ja tu siedzę, i nawet książek co czekają w kolejce, mi się nie chce czytać. Może dlatego, że jestem w połowie takiej smutnej, a nie chcę się smucić.

Wrócę w piątek i pobiegnę na trening. Taki weekend- trening/pranie/spanie/jedzenie x2- z jednej strony wyczekuję z utęsknieniem, z drugiej.. czegoś tu brakuje.
Fajnie, że w niedzielę udało się pójść na Hobbita. Dzięki za towarzystwo, Dziewczyny  Ja nie jestem zawiedziony ani trochę. Brakowało mi tylko kilku piosenek z książki i bardziej rozbudowanej muzycznie ścieżki dźwiękowej. Ale Bonda bym obejżał. Za późno.

I tak to dzisiaj nostalgiczny list do Was, Przyjaciele, kończę, z nadzieją na szybkie nadejście piątku. Jakby ktoś nie zauważył, deszcz pada.

czwartek, 20 grudnia 2012

Bakcyl


Jakie to dziwne. Zadzwoniła Taka Jedna. Do kina się nie dała zaprosić, a zadzwoniła. Po co, tego nie wie nikt. Pogadać pewnie. Albo co. 

   Przedwczoraj pracowaliśmy na rusztowaniu 6 metrów nad ziemią, nad nami stalowe kratownice konstrukcji dachowej. Tak zwana Sala Balowa. Przerwa. Kiero jak zwykle odpala. Śmierdzi. 
Troszkę nabrałem dystansu i oparłem się o (jakby wam to w skrócie...) ...rurę. 
Moc drzemie, dłonie zaciskam, i się zgina (w sensie, że się podciągam ;)). 
"A wymyk zrobisz?" bucha na mnie kiero. "Ja, jak miałem 45 to robiłem"
Nie wiem, w liceum nigdy nie zrobilem. To robie. Zrobilem. Pff. O co tyle hałasu. Przecież on sam się robi. No to zrobiło się kilka.
Chłopaki żądni rozrywki, ale jednemu łokieć, drugi ma buty za ciężkie, trzeci jutro rano spróbuje. Się nie zgina.

   Mi dzisiaj też się nie zgina, po wtorkowym basenie chyba mnie przewiało trochę, i kuruję się pod czujnym białym okiem pani Polopiryny. Do jutra przejdzie. Dziś nie trenuję.

   Golić mi się nie chce, a jak zbój wyglądam już. Wypakować plecaka też- wyciągnąłem tylko na bieżąco potrzebne graty. W ogóle to jak plecak otwieram po tygodniu na wygnaniu, to bucha z niego kłąb dymu. Nie wiem co pali kiero, ale śmierdzi jak (fachowe określenie budowlane którego zdarza mi się użyć w pracy).
W pokoju przechowalnia się robi. Rower z ulicy przywędrował chwilowo w ciepło i oparł się pedałem o kanapę. Statyw celuje rybim okiem w drzwi do sąsiada.
Kawał sklejki do zrobienia campusa stoi jak wyrzut sumienia.
Na biurku przytulają się do siebie kubki po herbacie z miodem i cytryną.
Na nocnej szafce wielki słój miodu z prawdziwej pszczoły.
Zakładam, że to Wina Choroby i zlewam dzisiaj. Jutro się zerwę bo po co odsypiać, i ogarnę.
I powspinam.
I kurtkę odbiorę co już zaklepana.
A dzisiaj hoduję bakcyla.
Byle do Piątku.

niedziela, 16 grudnia 2012

Dzikus


   "Ale się dzisiaj narąbałem!" 
Status ponoć bardzo popularny wśród młodzieży na naszym ulubionym portalu społecznościowym. 
Z nieśmiałym uśmiechem dołączam dziś to tego, z pewnością przesympatycznego, grona. 

   Przełamywanie oporu martwej materii za pomocą ciężkiego topora ma w sobie jakiś pierwotny urok. Magię. W momencie, gdy wielki pień pryska na wszystkie strony po jednym uderzeniu, czuje się wszechmoc. Chwila zaciśnięcia dłoni na stylisku przed zamachem, palec wskazujący i kciuk lekko ocierający się o głowicę, napięcie mięśni pleców w oczekiwaniu na ten jeden precyzyjny ruch... tak powinno się uczyć pojęcia "energia potencjalna". Budzi się duch woja, dzikusa walczącego na topory, nordyckiego boga.
Zdjąć koszulkę i mięśniami wygrywać pochwałę wysiłku fizycznego.
Spływając potem, zatracić się w miejscu, chwili, najprostszym z możliwych zadaniu. Unieść i uderzyć. Obrócić, unieść i uderzyć ponownie. Sęki są błogosławieństwem, powodują, że nirwana trwa, zapobiegają zbyt szybkiemu spełnieniu. Zwiększają napięcie oczekiwania na finalny trzask i deszcz szczap sypiący wokół.Potęgują zadowolenie z najmniejszego pęknięcia między splątanymi włóknami przeciwstawiającej się tkanki drzewa.

Największe pniaki skończyły się za szybko. Bez większego sensu porąbałem też te małe, które do kominka weszłyby w całości. Niedosyt. Z dwojga złego, lepszy niedosyt.

   Powdychałem jeszcze z nostalgią zapach impregnatu, obejrzałem nowe zabawki Taty, jego kilka bieżących projektów, kilka moich już prawie zapomnianych, czekających na powrót do domu... drewniany kajak od 10 lat ze zrezygnowaniem wyczekujący napływu weny... Drewnodłubanie. Lubię to!

Dobrze w domu. Ciepło.

niedziela, 9 grudnia 2012

Obcy.


   Wczoraj wymieniliśmy się ze szwagrem koszulami. Wreszcie mam kilka prawie dobrych, bo jakoś poprzednie wiszą na mnie jak na strachu na wróble  Dzisiaj ten cały nabój zacząłem rozwieszać na wieszaki.. i stwierdziłem, że przymierzę, a co! Dawno nie stałem przed lustrem. Może i stałem, ale nie patrzyłem.. patrzyłem, ale nie widziałem  
   Zmieniłem się. Koleżanka na wczorajszej imprezie powiedziała, że nie poznałaby mnie na ulicy. Może coś w tym jest. Zrobiłem sobie zdjęcie. Faktycznie jakiś obcy facet. Nawet w okularach, a co dopiero jakbym soczewki założył. Dodam nieskromnie, że ze zdjęcia w samych spodenkach jestem zadowolony  no.. zdjęcie jak zdjęcie  ale model..  Żeby tylko te ściany puszczały wyżej.. O 16 na panel  
   Miłego dnia!

czwartek, 6 grudnia 2012

Błazen


Jakby ktoś się zastanawiał, co tam u mnie słychać, to proszę bardzo- oto, co:

Poniedziałek- Błazen wkracza na scenę. Spękane palce.

Czytaliście może kiedyś któryś z serii kryminałów pana Gordona o gildii błaznów? Bardzo mi się spodobał pomysł takiej organizacji. Malowniczy i intrygujący. Jak zobaczyłem w Skalniku pewne rude, zamszowe butki z maską błazna, pokochałem je. Po pierwsze dlatego, że były wygodne, całkiem jak nie wspinaczkowe. Po drugie, że mi się skojarzyły z głównym bohaterem rzeczonych powieści.

Postać z tła dworskich intryg, lekceważony akrobata, którego zawodem jest ośmieszanie się i rozśmieszanie gawiedzi. Błazen, jednym słowem. Jednocześnie szanowany członek bractwa, z ostrym umysłem, kierowany w miejsca, gdzie intelekt przysłużyć się może gildii. Fajnie byłoby mieć do kompletu jeszcze wesołe spodnie, ale buty robią robotę.

.

W poniedziałek byłem na lekcji tańca. Taniec towarzyski. Skakanie po rytmach, melodiach i stylach. Raz od prawej w przód, raz od lewej w tył, wszelkie możliwe kombinacje, które ogarniam na chwilę, na bieżąco, ledwo kojarząc nazwy i nie łącząc ich z krokami, póki nie zobaczę. Jive, fokstrot, walc, merengue i jakieś tam 2 na 1(nie do zrozumienia, bo przecież grają na 4 więc czemu tańczyć na 3 ;))
Zajęcia prowadziła nieco starsza pani, ubrana w czarne lycrowe spodnie z guzikami na łydkach i takich jakby mankietach przy kostkach. Do tego miała jaskrawo żółte baletki i przerysowując tłumaczyła kolejne ruchy zabawnie, acz malowniczo stawiając kroki. Natychmiast uderzyło mnie skojarzenie z błazeńską akademią Gordona i lekcjami prowadzonymi przez podstarzałych błaznów, dla młodych adeptów tej sztuki.

Na tych zajęciach też zauważyłem ze zdziwieniem jakie mam zmasakrowane dłonie. Spękane palce od mrozu, zgrubienia na opuszkach od ściany, zaczerwienione i krwawiące kłykcie, nie mam pojęcia od czego, obgryzione paznokcie (powiedzmy, że od stresu). Nawet przeszło mi przez myśl, że trochę wstyd podawać komuś taką rękę. Jakbym na codzień zajmował się obijaniem facjat w ciemnych zaułkach. Nic to, zacząłem smarować, może się poprawi za tydzień albo dwa.

Wtorek- Mandat za głupotę. Krew z nosa.

Jak sobie przypomnę, to mi się odechciewa na chwilkę wszystkiego. Tydzień człowiek walczy na mrozie, rezygnuje z własnych zajęć, wyjeżdża z domu, od przyjaciół, pracuje żeby mieć na kolejny czynsz i na światło w lodówce, i całe to zaangażowanie w komin. Wystarczy na kilka chwil włączyć internet w komórce. Szkoda gadać
  rachunek przyszedł. 

Już dawno zauważyłem, że gdy jestem przemęczony, a szczególnie niewyspany, muszę się spodziewać krwotoków z nosa. Oczywiście chodzi o sytuacje ekstremalne. Najczęściej zdażało się mi to na kilkudniowych wyczerpujących rajdach, na których bawiłem się świetnie i intensywnie. Od rana do rana. Poza drobnym mankamentem powodującym rdzawe zacieki na ubraniach, nie tracę formy, można powiedzieć nawet, że jestem w trybie bojowym. Miło wspominam te intensywne przeżycia (rajdy znaczy), a do krwotoków jakoś przywykłem. 

Nie, żeby zdarzały się często, ale wiem że bywają 

Luzik, do kieszeni po chusteczki, szybkie zrolowanie tamponu i spacerowym krokiem w stronę łazienki, żeby ochłodzić kark i umyć twarz. 

Po ostatnim aktywnym weekendzie nie było kiedy odespać. Wręcz kumulowało się niewyspanie, choć nie odczuwałem znużenia. Kolejne 3 dni po niepełne 5 godzin snu. Jak za starych, dobrych czasów. 
Oprócz tego aktywności wszelakie i praca fizyczna. No i się doczekałem. Można powiedzieć że swoją krwawicę zostawiam na budowie. Wkładam w pracę, to co mam najcenniejsze, i w ogóle pracuję całym sercem. Może dzisiaj wreszcie odeśpię, bo jutro znowu trening po pracy, a w weekend.. wiecie jak jest 


Środa- Mikołajkowy ekspres wieczorny. Dieta.

W środę pojechałem do Wrocławia. Mamy taką tradycję ostatnio, że organizujemy sobie mikołajki. Wylosowanej osobie robi się własnoręcznie jakiś prezent, na zadany temat. Tematy fajne, inwencja kwitnie, zabawa przednia i pamiątki od przyjaciół wspaniałe. Ci, którzy nie mogą się zjawić (bo na przykład siedzą w Anglii albo innym Heimacie) przysyłają swoje dzieła, a jeśli nie zdążą, to na czas jest zawsze przynajmniej zdjęcie prezentu, który wędruje przez europę.
Bardzo chciałem być, choć na budowie koledzy się w czoło pukali.. jeden wieczór.. taki zmęczony.. bilet drogi.. w piątek pojedziesz.. itp.
Przecież to tylko 100 kilometrów. Wyjechałem pociągiem o 18.30 a wróciłem do Ostrowa o 2.15. Na imprezie byłem jakieś 2 i pół godziny.
Fajnie było. Kolejny niewyspany dzień.
Postanowiłem chwilowo zmienić dietę. Pewnie, gdyby nie to, zasnąłbym na przerwie śniadaniowej.
Dostarczyłem organizmowi kilka zastrzyków energii i pobudzającej kofeiny. Z nosa mi nie leci, dłonie powoli się goją, spać nadal się nie chce..za bardzo. Podziałało. Nawet przez chwilę myślałem, czy nie iść jednak dzisiaj na basen.
Na szczęście jestem racjonalny. Wiem, że muszę odespać. Zaraz pójdę
  Tylko skończę zdanie 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Weekend

Bogaty weekend. Dwa treningi, w tym jeden w ciemności(bo prąd wyłączyli). Nocne wycie na ścianie przy nowej gitarze. Pieczenie muffinek, przyłożenie pierwsze- waniliowe z czekoladą. Obiad z rodziną w Raggtime. Pieczenie muffinek, przyłożenie drugie- cynamonowe z jabłkiem. Wieczorne bouldery, a na miły koniec dnia chwila z książką. Jeszcze tylko spakować się i o 6 gotowość bojowa pod domem. Co robimy w przyszły weekend? 

wtorek, 20 listopada 2012

Praca.


   Dwugodzinny jogging przerywany rozmowami z miłymi Ostrowiankami zaowocował odkryciem basenu, szkoły tańca, dwóch sal kinowych i malowniczego aresztu śledczego . Basen już odwiedziłem, na taniec pewnie w środę i poniedziałek (o ile znajdę jakąś parę) kino zostawiam sobie na awaryjne sytuacje (np jakbym nogę złamał) a areszt mam nadzieję podziwiać tylko z zewnątrz. Zdjęcie przedstawia moje obecne miejsce pracy  1300m2, basen, stajnie, zimno... bardzo, i daleko od jakiejkolwiek ścianki. Telefon mi się zepsuł. Wesoło.

wtorek, 13 listopada 2012

Rosa.


   Mam mieszane uczucia związane z porannym wstawaniem. Kojarzy mi się z rozpoczęciem kolejnej przygody. Z początkiem coweekendowej włóczęgi. Z oczekiwaniem o szóstej rano, z pełnym plecakiem, na dworcu, na niedługie spotkanie z przyjaciółmi. Z zapowiedzią odkrywania nowych cudów świata wokoło. Chłonięcia krajobrazów. Długo wyczekiwanego deptania szlaku. 

   Z drugiej strony, niestety, z kieratem.
Ranek dziś był bardzo słoneczny. Słońce wyzłacało pożółkłe liście i srebrzyło rosę na trawach. Dziesięć minut szurania butami liści w parku potrafi w taką pogodę kompletnie zmienić nastrój. Dobrze mieć czasem chwilę na szuranie w liściach. Dobrze móc nie musieć, i dobrze mieć ze sobą muzykę. W uszach albo w głowie.

sobota, 10 listopada 2012

Cebula


   Sposób ubierania się "na cebulę" znany jest i praktykowany przez turystów nie od dzisiaj. Może mniej wygodny w zakładaniu (chwilę zajmuje wciśnięcie się w kolejne warstwy) ale procentuje wygodą i uniwersalnością podczas aktywności. Obecnie tkaniny techniczne pozwoliły cudów dokonać i zestaw ubrań, który można zabrać na pustynię, i na Alaskę, waży i zajmuje relatywnie mało miejsca. Za to kosztuje dość sporo, szczególnie, jeśli nie chcemy rezygnować z trwałych materiałów, na rzecz zamienników.

Ostatnio zacząłem szukać kurtki zewnętrznej do mojego zestawu, bo, oczywiście, chytry dwa razy płaci, i mam już tanich, cieknących kurtek ze trzy. Na budowę
.

Zacząłem research od internetu, później wyprawa po sklepach outdoorowych (bo sezon na te kurtki (sic!) teoretycznie minął, więc wyprzedaże..).
Jako, że sezon minął, to i wybór niewielki. Ceny za porządny gore-tex od 1200 w górę. Znalazłem fajnego packlite'a (taka najlżejsza i świetnie oddychająca odmiana gore do kurtek szturmowych) za jedyne 800 a w promocji w innym sklepie nawet za 660zł.
(o taka: http://outdoorpro.pl/produkty/kurtki_wodoodporne/182/marmot_minimalist_jacket_lekka_i_wygodna_kurtka_meska_gore_tex_paclite_dla_milosnikow_outdooru/2637.html)
Przymierzyłem. Fajna. Jedyny mankament to fakt, że ten materiał jest mniej odporny ma mechaniczne uszkodzenia, a moje ubrania niestety zużywają się w zastraszającym tempie. Poza tym plan był na kurtkę w góry, w śnieg, na wspin, do miasta i najlepiej żeby sama plecak nosiła

.
Pozostał jedyny sprawdzony sposób na ubrania tanie i niezniszczalne. The Navy is here!

Amerykanie zaprojektowali dla swoich żołnierzy system ECWCS, opierający się na wspomnianych na początku założeniach, wykonany z nowoczesnych materiałów, trwały i dość tani. Dla niektórych mankamentem pewnie może być militarna kolorystyka. Mi nie przeszkadza.

System (o ile dobrze rozkminiłem) składa się z kilku używanych zamiennie, lub łącznie warstw, a mianowicie:

1.cienka bielizna poliestrowa (w cywilu tzw termoaktywna)- komplet
2.nieco grubsza bielizna z cienkiego polaru- komplet
3.polaru chyba gdzieś koło setki- kurtka
4.wiatrówki- kurtka
5.softshella- kurtka i spodnie
6.gore-texu- kurtka i spodnie
7.Puchówki- kurtka i spodnie(właściwie z primaloftu zakładane na wierzch podczas postojów)

zestawy proponowane przez armię w instrukcji w zależności od temperatury, wilgotności i aktywności:
ACTIVE
1+2+5
1+4+5(spodnie)
1+5
1+2+3+5

STATIC
1+3+5
1+2(bez spodni)+6
2+5+7(bez spodni)
1+2+3+5+7
(link do instrukcji http://pl.scribd.com/doc/49929646/ECWCS-III-GEN)

Właściwie, okazało się, że po pominięciu levelu7 (na Alaskę niestety się nie wybieram narazie) od biedy wszystko mam. Braki główne to rzeczona kurtka, w następnej kolejności spodnie gore (kiedyś miałem, ale ktoś mi zutylizował chyba), spodnie softshell i podmiana polaru na sweter puchowy. Kurtka softshellowa o wymianę piszczy, ale póki działa, to działa. Z wiatrówki rezygnuję.

Tymczasowo na narty jakieś spodnie mam, ale jakby ktoś widział fajne spodnie z gore-texu o technicznym kroju, i najlepiej czerwone, to proszę o znaksygnał (hehe o ile ktokolwiek doczytał aż do tego miejsca
  )
Wytrwałych pozdrawiam serdecznie 

środa, 7 listopada 2012

Pokochaj drogę.


   Wygląda na to, że lubię wtorkowe wieczory. 
Trochę nie lubię spadającego łańcucha, za to skórzane rękawiczki (nie, nie z mamuta) na rowerze spisują się świetnie. 
Wrzuciłem do zena nową porcję muzyki- trochę fajnej salsy, reaggetonu i libertango w 9 wersjach. Energetycznie. Do tego stopnia, że wspinałem się również ze słuchawkami na uszach. 
Z jednej strony takie odcięcie się od bodźców zewnętrznych pozwala skupić się na celu ( cytaty znad biurka?- "Tu i Teraz" i "Wstań i Biegnij") z drugiej ta muzyka i koło na wrocławskim bruku pomaga "Pokochać drogę"  co prawda dosłownie, ale od czegoś trzeba zacząć. 

   Moje umiejętności taneczne niestety nie są powalające. Powiedzmy, że "ujdą w tłumie". Pracuję nad tym. Może mało intensywnie, ale niestrudzenie. Czasem tylko zapomnę się na ścianie, albo kolega/ koleżanka namówi, żeby zostać dłużej. Dzisiejszym problemem na salsie był brak tłumu. 
Jak wszedłem na zajęcia, myślałem, że jakiś ważny mecz dzisiaj, bo nie było ani jednego chłopaka. Dziewczyn czekało 6, lekko licząc.  Z każdym otwarciem drzwi miałem nadzieję, że ktoś przełamie mój monopol na płeć, i za trzecim, czy czwartym razem się nie zawiodłem  Koniec końców, było nas chyba czterech na przynajmniej dwa razy tyle dziewcząt. Dobrze, że to ma być zabawa. Bez większego spinu i jakoś poszło. Bachata wciąż oblegana, ludzi coraz więcej na zajęciach, tu również dzisiaj Pań było więcej, ale to już tradycyjnie (na Cubanie ostatnio przeważali Panowie)

   Wracając do domu pogwizdywałem znowu. Ponoć to niekulturalne jest, ale jak mam dobry humor, to coś mi gra w środku, i się wyrywa. Krótko pogwizdywałem, bo dogoniłem koleżankę, z którą pokonałem połowę drogi miło konwersując. Jak tylko ją pożegnałem, o mało nie wpadłem pod samochód, przejeżdżając przez pasy (dobra, na czerwonym) bo mi znowu spadł łańcuch. 
Jutro coś z tym zrobię.

sobota, 27 października 2012

Sobotni wieczór.


   Pogoda urocza. Zimno, mokro, ślisko, paskudnie, wieje, zacina i nie chce się z ciepłego wychodzić.
Skoro już i tak trzeba wyjść, to z pożytkiem.

   Po drodze od siostry, zajechałem na basen. Jakoś ostatnio zaniedbałem ten przybytek na rzecz roweru, ale aura nie sprzyja kołowaniu, więc na stare śmiecie przywiało. Kolejka jedna na trzy osoby, pozostałe kasjerki uśmiechają się zachęcająco. Wewnątrz całe rzędy szafek puste, przebieralnie wolne, słowem raj. Nawet mydło w podajnikach było! Na czterech torach było nas raptem dwie osoby. Puchy!
   Może fajniej by było, jakby drugą osobą była urocza blondynka, ale pewnie urocze blondynki mają ciekawsze rzeczy do zrobienia w sobotni wieczór, niż pływanie. Pewnie dlatego głównie, że są urocze.
Klimacik był przyjemny, nad wodą unosił się opar podświetlony delikatnym blaskiem reflektorów, woda kojąco falowała i lekko fosforyzowała błękitem. Cisza, spokój, ciepło, nad głową czarne niebo a powolny rytm uderzeń liczył czas do końca godziny.
   Wyszedłem bardzo zrelaksowany, w ostatniej minucie. Nie chciałem jeszcze iść, i nawet nie przez pogodę. Po drodze z samochodu do domu pogwizdywałem wesoło. Sąsiadka, która snuła się z psem pod klatką- byle bliżej- popatrzyła na mnie jak na wariata.
  Pogoda urocza, jak mówiłem! A! Zdjęcie- puchy i blondyna. Mam nadzieję, że Andy się nie obrazi 

piątek, 26 października 2012

Cool


   Trzeci dzień słucham "Libertango" w przeróżnych wykonaniach. O dziwo, co odkryłem przed chwilą, temperamentem największym wykazała się KAYAH. Chwała, Sława  Przekonany byłem, że to jakaś grubymi milionami zmotywowana sława międzynarodowa do Bondowego filmu kawałek nagrała. Polecam, jeśli klimat wam odpowiada. 

   Dziś byłem na koncercie tanga argentyńskiego w synagodze. 
Jak zwykle akustyk musiał na głowie stawać a i tak na początku było ciężko. Zespół za to rewelacyjny. Klimat świetny. Grali trochę swoich autorskich, i trochę aranży tradycyjnego tanga- nie żebym się znał... cytuję Fajnie pocinali na czterech akordeonach, poza tym silna ekipa smyczkowa i fortepian. 
Jak dla mnie wokal bardziej do teatru się nadawał trochę, ekspresję w każdym razie miał dużą Dziewczynom się podobało ponoć. Zresztą.. taki pan macho prosto z Buenos Aires w czerwonej koszulce i czarnych spodniach.. klimatycznie się na scenie prezentował. 
Ogólnie malowniczy byli, i oko się cieszyło wespół z uchem.
Zdjęć nie robiłem, pooglądacie se w gazetach  tak tylko, żeby było do czego opis zrobić kliknąłem w telefon. 

   Fajnie bo tanio, a nawet miejsce siedzące miałem.
Śmiesznie, bo prosto ze ściany na kulturę pojechałem, dobrze, że na Fpince warun jest sanitarny 

   Wcześniej zrobiłem ostatnie zakupy w ramach urodzin moich, i mam mikrofon, statyw i interfejs nowy  tylko o słuchawkach na dużego Jacka nie pomyślałem, nagrałbym wam coś na nowym sprzęcie  I znowu- nie żebym umiał, ale sprzęt jest to pomęczę. Kto nie chce, może nie słuchać, prawda?  To już jutro.. chyba że po treningu ruszyć ręką nie będę mógł. 

   Nie wiem jak Wy, ale ja z niecierpliwością czekam jutra.. czyli dzisiaj właściwie  Jak co dzień. Bo jutro zawsze jest tyle świata do odkrycia, nie? Tyle do stworzenia i do zepsucia (ech!) Takie życie. Się zepsuje, to się naprawi. Kto, jak nie my. Positive way!

środa, 24 października 2012

Stuk!


No i klamka zapadła. Własny Breedlove całkiem niezużyty, piękny, dźwięczny, z kabelkiem i stroikiem, najdroższymi strunami i całkiem fajnym firmowym pokrowcem. Strach zabierać gdzieś bo zepsują!