Jakby ktoś się zastanawiał, co tam u mnie słychać, to proszę bardzo- oto, co:
Poniedziałek- Błazen wkracza na scenę. Spękane palce.
Czytaliście może kiedyś któryś z serii kryminałów pana Gordona o gildii błaznów? Bardzo mi się spodobał pomysł takiej organizacji. Malowniczy i intrygujący. Jak zobaczyłem w Skalniku pewne rude, zamszowe butki z maską błazna, pokochałem je. Po pierwsze dlatego, że były wygodne, całkiem jak nie wspinaczkowe. Po drugie, że mi się skojarzyły z głównym bohaterem rzeczonych powieści.
Postać z tła dworskich intryg, lekceważony akrobata, którego zawodem jest ośmieszanie się i rozśmieszanie gawiedzi. Błazen, jednym słowem. Jednocześnie szanowany członek bractwa, z ostrym umysłem, kierowany w miejsca, gdzie intelekt przysłużyć się może gildii. Fajnie byłoby mieć do kompletu jeszcze wesołe spodnie, ale buty robią robotę.
Poniedziałek- Błazen wkracza na scenę. Spękane palce.
Czytaliście może kiedyś któryś z serii kryminałów pana Gordona o gildii błaznów? Bardzo mi się spodobał pomysł takiej organizacji. Malowniczy i intrygujący. Jak zobaczyłem w Skalniku pewne rude, zamszowe butki z maską błazna, pokochałem je. Po pierwsze dlatego, że były wygodne, całkiem jak nie wspinaczkowe. Po drugie, że mi się skojarzyły z głównym bohaterem rzeczonych powieści.
Postać z tła dworskich intryg, lekceważony akrobata, którego zawodem jest ośmieszanie się i rozśmieszanie gawiedzi. Błazen, jednym słowem. Jednocześnie szanowany członek bractwa, z ostrym umysłem, kierowany w miejsca, gdzie intelekt przysłużyć się może gildii. Fajnie byłoby mieć do kompletu jeszcze wesołe spodnie, ale buty robią robotę.
.
W poniedziałek byłem na lekcji tańca. Taniec towarzyski. Skakanie po rytmach, melodiach i stylach. Raz od prawej w przód, raz od lewej w tył, wszelkie możliwe kombinacje, które ogarniam na chwilę, na bieżąco, ledwo kojarząc nazwy i nie łącząc ich z krokami, póki nie zobaczę. Jive, fokstrot, walc, merengue i jakieś tam 2 na 1(nie do zrozumienia, bo przecież grają na 4 więc czemu tańczyć na 3 ;))
Zajęcia prowadziła nieco starsza pani, ubrana w czarne lycrowe spodnie z guzikami na łydkach i takich jakby mankietach przy kostkach. Do tego miała jaskrawo żółte baletki i przerysowując tłumaczyła kolejne ruchy zabawnie, acz malowniczo stawiając kroki. Natychmiast uderzyło mnie skojarzenie z błazeńską akademią Gordona i lekcjami prowadzonymi przez podstarzałych błaznów, dla młodych adeptów tej sztuki.
Na tych zajęciach też zauważyłem ze zdziwieniem jakie mam zmasakrowane dłonie. Spękane palce od mrozu, zgrubienia na opuszkach od ściany, zaczerwienione i krwawiące kłykcie, nie mam pojęcia od czego, obgryzione paznokcie (powiedzmy, że od stresu). Nawet przeszło mi przez myśl, że trochę wstyd podawać komuś taką rękę. Jakbym na codzień zajmował się obijaniem facjat w ciemnych zaułkach. Nic to, zacząłem smarować, może się poprawi za tydzień albo dwa.
Wtorek- Mandat za głupotę. Krew z nosa.
Jak sobie przypomnę, to mi się odechciewa na chwilkę wszystkiego. Tydzień człowiek walczy na mrozie, rezygnuje z własnych zajęć, wyjeżdża z domu, od przyjaciół, pracuje żeby mieć na kolejny czynsz i na światło w lodówce, i całe to zaangażowanie w komin. Wystarczy na kilka chwil włączyć internet w komórce. Szkoda gadać
rachunek przyszedł. W poniedziałek byłem na lekcji tańca. Taniec towarzyski. Skakanie po rytmach, melodiach i stylach. Raz od prawej w przód, raz od lewej w tył, wszelkie możliwe kombinacje, które ogarniam na chwilę, na bieżąco, ledwo kojarząc nazwy i nie łącząc ich z krokami, póki nie zobaczę. Jive, fokstrot, walc, merengue i jakieś tam 2 na 1(nie do zrozumienia, bo przecież grają na 4 więc czemu tańczyć na 3 ;))
Zajęcia prowadziła nieco starsza pani, ubrana w czarne lycrowe spodnie z guzikami na łydkach i takich jakby mankietach przy kostkach. Do tego miała jaskrawo żółte baletki i przerysowując tłumaczyła kolejne ruchy zabawnie, acz malowniczo stawiając kroki. Natychmiast uderzyło mnie skojarzenie z błazeńską akademią Gordona i lekcjami prowadzonymi przez podstarzałych błaznów, dla młodych adeptów tej sztuki.
Na tych zajęciach też zauważyłem ze zdziwieniem jakie mam zmasakrowane dłonie. Spękane palce od mrozu, zgrubienia na opuszkach od ściany, zaczerwienione i krwawiące kłykcie, nie mam pojęcia od czego, obgryzione paznokcie (powiedzmy, że od stresu). Nawet przeszło mi przez myśl, że trochę wstyd podawać komuś taką rękę. Jakbym na codzień zajmował się obijaniem facjat w ciemnych zaułkach. Nic to, zacząłem smarować, może się poprawi za tydzień albo dwa.
Wtorek- Mandat za głupotę. Krew z nosa.
Jak sobie przypomnę, to mi się odechciewa na chwilkę wszystkiego. Tydzień człowiek walczy na mrozie, rezygnuje z własnych zajęć, wyjeżdża z domu, od przyjaciół, pracuje żeby mieć na kolejny czynsz i na światło w lodówce, i całe to zaangażowanie w komin. Wystarczy na kilka chwil włączyć internet w komórce. Szkoda gadać
Już dawno zauważyłem, że gdy jestem przemęczony, a szczególnie niewyspany, muszę się spodziewać krwotoków z nosa. Oczywiście chodzi o sytuacje ekstremalne. Najczęściej zdażało się mi to na kilkudniowych wyczerpujących rajdach, na których bawiłem się świetnie i intensywnie. Od rana do rana. Poza drobnym mankamentem powodującym rdzawe zacieki na ubraniach, nie tracę formy, można powiedzieć nawet, że jestem w trybie bojowym. Miło wspominam te intensywne przeżycia (rajdy znaczy), a do krwotoków jakoś przywykłem.
Nie, żeby zdarzały się często, ale wiem że bywają .
Luzik, do kieszeni po chusteczki, szybkie zrolowanie tamponu i spacerowym krokiem w stronę łazienki, żeby ochłodzić kark i umyć twarz.
Po ostatnim aktywnym weekendzie nie było kiedy odespać. Wręcz kumulowało się niewyspanie, choć nie odczuwałem znużenia. Kolejne 3 dni po niepełne 5 godzin snu. Jak za starych, dobrych czasów.
Oprócz tego aktywności wszelakie i praca fizyczna. No i się doczekałem. Można powiedzieć że swoją krwawicę zostawiam na budowie. Wkładam w pracę, to co mam najcenniejsze, i w ogóle pracuję całym sercem. Może dzisiaj wreszcie odeśpię, bo jutro znowu trening po pracy, a w weekend.. wiecie jak jest
Środa- Mikołajkowy ekspres wieczorny. Dieta.
W środę pojechałem do Wrocławia. Mamy taką tradycję ostatnio, że organizujemy sobie mikołajki. Wylosowanej osobie robi się własnoręcznie jakiś prezent, na zadany temat. Tematy fajne, inwencja kwitnie, zabawa przednia i pamiątki od przyjaciół wspaniałe. Ci, którzy nie mogą się zjawić (bo na przykład siedzą w Anglii albo innym Heimacie) przysyłają swoje dzieła, a jeśli nie zdążą, to na czas jest zawsze przynajmniej zdjęcie prezentu, który wędruje przez europę.
Bardzo chciałem być, choć na budowie koledzy się w czoło pukali.. jeden wieczór.. taki zmęczony.. bilet drogi.. w piątek pojedziesz.. itp.
Przecież to tylko 100 kilometrów. Wyjechałem pociągiem o 18.30 a wróciłem do Ostrowa o 2.15. Na imprezie byłem jakieś 2 i pół godziny.
Fajnie było. Kolejny niewyspany dzień.
Postanowiłem chwilowo zmienić dietę. Pewnie, gdyby nie to, zasnąłbym na przerwie śniadaniowej.
Dostarczyłem organizmowi kilka zastrzyków energii i pobudzającej kofeiny. Z nosa mi nie leci, dłonie powoli się goją, spać nadal się nie chce..za bardzo. Podziałało. Nawet przez chwilę myślałem, czy nie iść jednak dzisiaj na basen.
Na szczęście jestem racjonalny. Wiem, że muszę odespać. Zaraz pójdę












