poniedziałek, 3 grudnia 2012
Weekend
Bogaty weekend. Dwa treningi, w tym jeden w ciemności(bo prąd wyłączyli). Nocne wycie na ścianie przy nowej gitarze. Pieczenie muffinek, przyłożenie pierwsze- waniliowe z czekoladą. Obiad z rodziną w Raggtime. Pieczenie muffinek, przyłożenie drugie- cynamonowe z jabłkiem. Wieczorne bouldery, a na miły koniec dnia chwila z książką. Jeszcze tylko spakować się i o 6 gotowość bojowa pod domem. Co robimy w przyszły weekend?
wtorek, 20 listopada 2012
Praca.
Dwugodzinny jogging przerywany rozmowami z miłymi Ostrowiankami zaowocował odkryciem basenu, szkoły tańca, dwóch sal kinowych i malowniczego aresztu śledczego . Basen już odwiedziłem, na taniec pewnie w środę i poniedziałek (o ile znajdę jakąś parę) kino zostawiam sobie na awaryjne sytuacje (np jakbym nogę złamał) a areszt mam nadzieję podziwiać tylko z zewnątrz. Zdjęcie przedstawia moje obecne miejsce pracy 1300m2, basen, stajnie, zimno... bardzo, i daleko od jakiejkolwiek ścianki. Telefon mi się zepsuł. Wesoło.
wtorek, 13 listopada 2012
Rosa.
Mam mieszane uczucia związane z porannym wstawaniem. Kojarzy mi się z rozpoczęciem kolejnej przygody. Z początkiem coweekendowej włóczęgi. Z oczekiwaniem o szóstej rano, z pełnym plecakiem, na dworcu, na niedługie spotkanie z przyjaciółmi. Z zapowiedzią odkrywania nowych cudów świata wokoło. Chłonięcia krajobrazów. Długo wyczekiwanego deptania szlaku.
Z drugiej strony, niestety, z kieratem.
Ranek dziś był bardzo słoneczny. Słońce wyzłacało pożółkłe liście i srebrzyło rosę na trawach. Dziesięć minut szurania butami liści w parku potrafi w taką pogodę kompletnie zmienić nastrój. Dobrze mieć czasem chwilę na szuranie w liściach. Dobrze móc nie musieć, i dobrze mieć ze sobą muzykę. W uszach albo w głowie.
sobota, 10 listopada 2012
Cebula
Sposób ubierania się "na cebulę" znany jest i praktykowany przez turystów nie od dzisiaj. Może mniej wygodny w zakładaniu (chwilę zajmuje wciśnięcie się w kolejne warstwy) ale procentuje wygodą i uniwersalnością podczas aktywności. Obecnie tkaniny techniczne pozwoliły cudów dokonać i zestaw ubrań, który można zabrać na pustynię, i na Alaskę, waży i zajmuje relatywnie mało miejsca. Za to kosztuje dość sporo, szczególnie, jeśli nie chcemy rezygnować z trwałych materiałów, na rzecz zamienników.
Ostatnio zacząłem szukać kurtki zewnętrznej do mojego zestawu, bo, oczywiście, chytry dwa razy płaci, i mam już tanich, cieknących kurtek ze trzy. Na budowę
.
Zacząłem research od internetu, później wyprawa po sklepach outdoorowych (bo sezon na te kurtki (sic!) teoretycznie minął, więc wyprzedaże..).
Jako, że sezon minął, to i wybór niewielki. Ceny za porządny gore-tex od 1200 w górę. Znalazłem fajnego packlite'a (taka najlżejsza i świetnie oddychająca odmiana gore do kurtek szturmowych) za jedyne 800 a w promocji w innym sklepie nawet za 660zł.
(o taka: http://outdoorpro.pl/ produkty/ kurtki_wodoodporne/182/ marmot_minimalist_jacket_le kka_i_wygodna_kurtka_meska _gore_tex_paclite_dla_milo snikow_outdooru/2637.html)
Przymierzyłem. Fajna. Jedyny mankament to fakt, że ten materiał jest mniej odporny ma mechaniczne uszkodzenia, a moje ubrania niestety zużywają się w zastraszającym tempie. Poza tym plan był na kurtkę w góry, w śnieg, na wspin, do miasta i najlepiej żeby sama plecak nosiła
Zacząłem research od internetu, później wyprawa po sklepach outdoorowych (bo sezon na te kurtki (sic!) teoretycznie minął, więc wyprzedaże..).
Jako, że sezon minął, to i wybór niewielki. Ceny za porządny gore-tex od 1200 w górę. Znalazłem fajnego packlite'a (taka najlżejsza i świetnie oddychająca odmiana gore do kurtek szturmowych) za jedyne 800 a w promocji w innym sklepie nawet za 660zł.
(o taka: http://outdoorpro.pl/
Przymierzyłem. Fajna. Jedyny mankament to fakt, że ten materiał jest mniej odporny ma mechaniczne uszkodzenia, a moje ubrania niestety zużywają się w zastraszającym tempie. Poza tym plan był na kurtkę w góry, w śnieg, na wspin, do miasta i najlepiej żeby sama plecak nosiła
.
Pozostał jedyny sprawdzony sposób na ubrania tanie i niezniszczalne. The Navy is here!
Amerykanie zaprojektowali dla swoich żołnierzy system ECWCS, opierający się na wspomnianych na początku założeniach, wykonany z nowoczesnych materiałów, trwały i dość tani. Dla niektórych mankamentem pewnie może być militarna kolorystyka. Mi nie przeszkadza.
System (o ile dobrze rozkminiłem) składa się z kilku używanych zamiennie, lub łącznie warstw, a mianowicie:
1.cienka bielizna poliestrowa (w cywilu tzw termoaktywna)- komplet
2.nieco grubsza bielizna z cienkiego polaru- komplet
3.polaru chyba gdzieś koło setki- kurtka
4.wiatrówki- kurtka
5.softshella- kurtka i spodnie
6.gore-texu- kurtka i spodnie
7.Puchówki- kurtka i spodnie(właściwie z primaloftu zakładane na wierzch podczas postojów)
zestawy proponowane przez armię w instrukcji w zależności od temperatury, wilgotności i aktywności:
ACTIVE
1+2+5
1+4+5(spodnie)
1+5
1+2+3+5
STATIC
1+3+5
1+2(bez spodni)+6
2+5+7(bez spodni)
1+2+3+5+7
(link do instrukcji http://pl.scribd.com/doc/ 49929646/ECWCS-III-GEN)
Właściwie, okazało się, że po pominięciu levelu7 (na Alaskę niestety się nie wybieram narazie) od biedy wszystko mam. Braki główne to rzeczona kurtka, w następnej kolejności spodnie gore (kiedyś miałem, ale ktoś mi zutylizował chyba), spodnie softshell i podmiana polaru na sweter puchowy. Kurtka softshellowa o wymianę piszczy, ale póki działa, to działa. Z wiatrówki rezygnuję.
Tymczasowo na narty jakieś spodnie mam, ale jakby ktoś widział fajne spodnie z gore-texu o technicznym kroju, i najlepiej czerwone, to proszę o znaksygnał (hehe o ile ktokolwiek doczytał aż do tego miejsca
)Pozostał jedyny sprawdzony sposób na ubrania tanie i niezniszczalne. The Navy is here!
Amerykanie zaprojektowali dla swoich żołnierzy system ECWCS, opierający się na wspomnianych na początku założeniach, wykonany z nowoczesnych materiałów, trwały i dość tani. Dla niektórych mankamentem pewnie może być militarna kolorystyka. Mi nie przeszkadza.
System (o ile dobrze rozkminiłem) składa się z kilku używanych zamiennie, lub łącznie warstw, a mianowicie:
1.cienka bielizna poliestrowa (w cywilu tzw termoaktywna)- komplet
2.nieco grubsza bielizna z cienkiego polaru- komplet
3.polaru chyba gdzieś koło setki- kurtka
4.wiatrówki- kurtka
5.softshella- kurtka i spodnie
6.gore-texu- kurtka i spodnie
7.Puchówki- kurtka i spodnie(właściwie z primaloftu zakładane na wierzch podczas postojów)
zestawy proponowane przez armię w instrukcji w zależności od temperatury, wilgotności i aktywności:
ACTIVE
1+2+5
1+4+5(spodnie)
1+5
1+2+3+5
STATIC
1+3+5
1+2(bez spodni)+6
2+5+7(bez spodni)
1+2+3+5+7
(link do instrukcji http://pl.scribd.com/doc/
Właściwie, okazało się, że po pominięciu levelu7 (na Alaskę niestety się nie wybieram narazie) od biedy wszystko mam. Braki główne to rzeczona kurtka, w następnej kolejności spodnie gore (kiedyś miałem, ale ktoś mi zutylizował chyba), spodnie softshell i podmiana polaru na sweter puchowy. Kurtka softshellowa o wymianę piszczy, ale póki działa, to działa. Z wiatrówki rezygnuję.
Tymczasowo na narty jakieś spodnie mam, ale jakby ktoś widział fajne spodnie z gore-texu o technicznym kroju, i najlepiej czerwone, to proszę o znaksygnał (hehe o ile ktokolwiek doczytał aż do tego miejsca
Wytrwałych pozdrawiam serdecznie
środa, 7 listopada 2012
Pokochaj drogę.
Wygląda na to, że lubię wtorkowe wieczory.
Trochę nie lubię spadającego łańcucha, za to skórzane rękawiczki (nie, nie z mamuta) na rowerze spisują się świetnie.
Wrzuciłem do zena nową porcję muzyki- trochę fajnej salsy, reaggetonu i libertango w 9 wersjach. Energetycznie. Do tego stopnia, że wspinałem się również ze słuchawkami na uszach.
Z jednej strony takie odcięcie się od bodźców zewnętrznych pozwala skupić się na celu ( cytaty znad biurka?- "Tu i Teraz" i "Wstań i Biegnij") z drugiej ta muzyka i koło na wrocławskim bruku pomaga "Pokochać drogę" co prawda dosłownie, ale od czegoś trzeba zacząć.
Moje umiejętności taneczne niestety nie są powalające. Powiedzmy, że "ujdą w tłumie". Pracuję nad tym. Może mało intensywnie, ale niestrudzenie. Czasem tylko zapomnę się na ścianie, albo kolega/ koleżanka namówi, żeby zostać dłużej. Dzisiejszym problemem na salsie był brak tłumu.
Jak wszedłem na zajęcia, myślałem, że jakiś ważny mecz dzisiaj, bo nie było ani jednego chłopaka. Dziewczyn czekało 6, lekko licząc. Z każdym otwarciem drzwi miałem nadzieję, że ktoś przełamie mój monopol na płeć, i za trzecim, czy czwartym razem się nie zawiodłem Koniec końców, było nas chyba czterech na przynajmniej dwa razy tyle dziewcząt. Dobrze, że to ma być zabawa. Bez większego spinu i jakoś poszło. Bachata wciąż oblegana, ludzi coraz więcej na zajęciach, tu również dzisiaj Pań było więcej, ale to już tradycyjnie (na Cubanie ostatnio przeważali Panowie)
Wracając do domu pogwizdywałem znowu. Ponoć to niekulturalne jest, ale jak mam dobry humor, to coś mi gra w środku, i się wyrywa. Krótko pogwizdywałem, bo dogoniłem koleżankę, z którą pokonałem połowę drogi miło konwersując. Jak tylko ją pożegnałem, o mało nie wpadłem pod samochód, przejeżdżając przez pasy (dobra, na czerwonym) bo mi znowu spadł łańcuch.
Jutro coś z tym zrobię.
sobota, 27 października 2012
Sobotni wieczór.
Pogoda urocza. Zimno, mokro, ślisko, paskudnie, wieje, zacina i nie chce się z ciepłego wychodzić.
Skoro już i tak trzeba wyjść, to z pożytkiem.
Po drodze od siostry, zajechałem na basen. Jakoś ostatnio zaniedbałem ten przybytek na rzecz roweru, ale aura nie sprzyja kołowaniu, więc na stare śmiecie przywiało. Kolejka jedna na trzy osoby, pozostałe kasjerki uśmiechają się zachęcająco. Wewnątrz całe rzędy szafek puste, przebieralnie wolne, słowem raj. Nawet mydło w podajnikach było! Na czterech torach było nas raptem dwie osoby. Puchy!
Może fajniej by było, jakby drugą osobą była urocza blondynka, ale pewnie urocze blondynki mają ciekawsze rzeczy do zrobienia w sobotni wieczór, niż pływanie. Pewnie dlatego głównie, że są urocze.
Klimacik był przyjemny, nad wodą unosił się opar podświetlony delikatnym blaskiem reflektorów, woda kojąco falowała i lekko fosforyzowała błękitem. Cisza, spokój, ciepło, nad głową czarne niebo a powolny rytm uderzeń liczył czas do końca godziny.
Wyszedłem bardzo zrelaksowany, w ostatniej minucie. Nie chciałem jeszcze iść, i nawet nie przez pogodę. Po drodze z samochodu do domu pogwizdywałem wesoło. Sąsiadka, która snuła się z psem pod klatką- byle bliżej- popatrzyła na mnie jak na wariata.
Pogoda urocza, jak mówiłem! A! Zdjęcie- puchy i blondyna. Mam nadzieję, że Andy się nie obrazi
Skoro już i tak trzeba wyjść, to z pożytkiem.
Po drodze od siostry, zajechałem na basen. Jakoś ostatnio zaniedbałem ten przybytek na rzecz roweru, ale aura nie sprzyja kołowaniu, więc na stare śmiecie przywiało. Kolejka jedna na trzy osoby, pozostałe kasjerki uśmiechają się zachęcająco. Wewnątrz całe rzędy szafek puste, przebieralnie wolne, słowem raj. Nawet mydło w podajnikach było! Na czterech torach było nas raptem dwie osoby. Puchy!
Może fajniej by było, jakby drugą osobą była urocza blondynka, ale pewnie urocze blondynki mają ciekawsze rzeczy do zrobienia w sobotni wieczór, niż pływanie. Pewnie dlatego głównie, że są urocze.
Klimacik był przyjemny, nad wodą unosił się opar podświetlony delikatnym blaskiem reflektorów, woda kojąco falowała i lekko fosforyzowała błękitem. Cisza, spokój, ciepło, nad głową czarne niebo a powolny rytm uderzeń liczył czas do końca godziny.
Wyszedłem bardzo zrelaksowany, w ostatniej minucie. Nie chciałem jeszcze iść, i nawet nie przez pogodę. Po drodze z samochodu do domu pogwizdywałem wesoło. Sąsiadka, która snuła się z psem pod klatką- byle bliżej- popatrzyła na mnie jak na wariata.
piątek, 26 października 2012
Cool
Trzeci dzień słucham "Libertango" w przeróżnych wykonaniach. O dziwo, co odkryłem przed chwilą, temperamentem największym wykazała się KAYAH. Chwała, Sława Przekonany byłem, że to jakaś grubymi milionami zmotywowana sława międzynarodowa do Bondowego filmu kawałek nagrała. Polecam, jeśli klimat wam odpowiada.
Dziś byłem na koncercie tanga argentyńskiego w synagodze.
Jak zwykle akustyk musiał na głowie stawać a i tak na początku było ciężko. Zespół za to rewelacyjny. Klimat świetny. Grali trochę swoich autorskich, i trochę aranży tradycyjnego tanga- nie żebym się znał... cytuję Fajnie pocinali na czterech akordeonach, poza tym silna ekipa smyczkowa i fortepian.
Jak dla mnie wokal bardziej do teatru się nadawał trochę, ekspresję w każdym razie miał dużą Dziewczynom się podobało ponoć. Zresztą.. taki pan macho prosto z Buenos Aires w czerwonej koszulce i czarnych spodniach.. klimatycznie się na scenie prezentował.
Ogólnie malowniczy byli, i oko się cieszyło wespół z uchem.
Zdjęć nie robiłem, pooglądacie se w gazetach tak tylko, żeby było do czego opis zrobić kliknąłem w telefon.
Fajnie bo tanio, a nawet miejsce siedzące miałem.
Śmiesznie, bo prosto ze ściany na kulturę pojechałem, dobrze, że na Fpince warun jest sanitarny
Wcześniej zrobiłem ostatnie zakupy w ramach urodzin moich, i mam mikrofon, statyw i interfejs nowy tylko o słuchawkach na dużego Jacka nie pomyślałem, nagrałbym wam coś na nowym sprzęcie I znowu- nie żebym umiał, ale sprzęt jest to pomęczę. Kto nie chce, może nie słuchać, prawda? To już jutro.. chyba że po treningu ruszyć ręką nie będę mógł.
Nie wiem jak Wy, ale ja z niecierpliwością czekam jutra.. czyli dzisiaj właściwie Jak co dzień. Bo jutro zawsze jest tyle świata do odkrycia, nie? Tyle do stworzenia i do zepsucia (ech!) Takie życie. Się zepsuje, to się naprawi. Kto, jak nie my. Positive way!
środa, 24 października 2012
Stuk!
No i klamka zapadła. Własny Breedlove całkiem niezużyty, piękny, dźwięczny, z kabelkiem i stroikiem, najdroższymi strunami i całkiem fajnym firmowym pokrowcem. Strach zabierać gdzieś bo zepsują!
wtorek, 23 października 2012
Sernik.
Taka mnie naszła refleksja z rana: znam tylu wspaniałych ludzi i oni wszyscy są mi życzliwi. Mówiłem wam już, że jesteście fajni? Kocham Was wszystkich! Podkarmianie sernikiem co prawda uważam za dywersję, ale pójdzie w mięśnie, nie? Gorące kakao! Buziaki.
piątek, 19 października 2012
High five!
Dziś po drodze z pracy spotkałem kilku przyjaciół. Zaprosiłem ich do mnie, powspominamy, jakie przygody razem przeżyliśmy. Zdawało mi się co prawda, że zostawiałem porządnie posegregowane w pudłach, ale może to złudzenie było. Łatwiej za to dało się wejść na trzecie piętro. Gdzie ja ich pousadzam teraz...
czwartek, 11 października 2012
Mamuty
Podsumowanie dzisiejszego dnia- Koło! Siła! Kolacja....
Przywiozłem biurko nowe, wypasione takie, że mi się mordka cieszy na myśl o ustawianiu tego grzmota i zapełnianiu skarbami. Ledwo się zmieściło do mojego ładownego samochodu- ale teraz mam blatu na jakieś 3 kompy i obiad jednocześnie (160x85cm). Nie spodziewałem się tylko że będzie tyle ważyć. Pakowanie do wozu jakoś poszło, wnoszenie na 3piętro zajęło 10 minut walki.Siła!
Byłem na Grunwaldzie w zagłębiu rowerem, a potem na ścianie. Rezultat- nowa zajefajna czapka w sam raz na baldy i nadchodzącą aurę. Wracałem już w czapce, i doceniam.. Dzięki Monia.
Znacie ten tekst?: "A czy Natura w kolebce Myślała o tym dokładnie Po co jej wielkie mamuty? Ani wygląda to ładnie, Ani z nich skóra na buty. Nie ma co pytać kolego, Robiła i tak jej wyszło..." (cytat z pamięci więc może być niedokładnie)
Tak mi się skojarzyło, bo lubię, śpiewamy go czasem Mamie naszej (czyli Mamutowi kolokwialnie) a tak serio oczywiście i Mama i Czapka są rewelacyjne (Mama nawet jeszcze lepsza). Czapka też Mammuta
Biurko kwalifikuje się do mamutów z racji rozmiaru, wagi i, być może, wieku. Przywiozłem biurko nowe, wypasione takie, że mi się mordka cieszy na myśl o ustawianiu tego grzmota i zapełnianiu skarbami. Ledwo się zmieściło do mojego ładownego samochodu- ale teraz mam blatu na jakieś 3 kompy i obiad jednocześnie (160x85cm). Nie spodziewałem się tylko że będzie tyle ważyć. Pakowanie do wozu jakoś poszło, wnoszenie na 3piętro zajęło 10 minut walki.Siła!
Byłem na Grunwaldzie w zagłębiu rowerem, a potem na ścianie. Rezultat- nowa zajefajna czapka w sam raz na baldy i nadchodzącą aurę. Wracałem już w czapce, i doceniam.. Dzięki Monia.
Znacie ten tekst?: "A czy Natura w kolebce Myślała o tym dokładnie Po co jej wielkie mamuty? Ani wygląda to ładnie, Ani z nich skóra na buty. Nie ma co pytać kolego, Robiła i tak jej wyszło..." (cytat z pamięci więc może być niedokładnie)
Tak mi się skojarzyło, bo lubię, śpiewamy go czasem Mamie naszej (czyli Mamutowi kolokwialnie) a tak serio oczywiście i Mama i Czapka są rewelacyjne (Mama nawet jeszcze lepsza). Czapka też Mammuta
Wracając z panelu odwiedziłem siostrę na chwilę. Nie pograliśmy co prawda na Wii, ale zjadłem pomidora, 3 śliwki, jabłko i jedną bardzo chudą drobiową kiełbaskę.
Generalnie wieje już na rowerze i trzeba w rękawiczkach jeździć Najlepiej futrzanych, z mamuta
sobota, 8 września 2012
KOŁO!
Dawno nie czułem takiej lekkości bytu jak dzisiejszego popołudnia, przemierzając wrocławskie ulice na wysłużonym góralu. Może to ten wiatr we włosach, może dobra muzyka w uchu, może dlatego że na ściankę, a może rześkie powietrze po deszczu. Może też dlatego, że dość już miałem całotygodniowego kieratu.
Wolność. I to bez tankowania .
Czyste piękno wysiłku. Napieranie z całej siły na pedały. Pęd. Zgrzyt hamulców. Przechyły na zakrętach. Wokół rynku, koło Uniwerku, nad Odrą, tysiąc mostów, parki, skwerki i uśmiechający się do siebie członkowie tajnego bractwa- Rowerzyści. Kolega wie jak dojechać, kolega pyta gdzie dworzec, koleżanka co prawda zajechała drogę, ale tak ujmująco się przy tym uśmiechnęła...
Rezultat, w każdym razie, przerósł oczekiwania. Lubię To!
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Biesy.
Bieszczady krainą wilka są. I krainą turysty. Pieszego dodajmy .
Fascynujące jest to braterstwo szlaku. Wspaniali ludzie tworzący specyficzny klimat. Pewnie, że ludzie są różni. Mądrzy, głupi, pyszałkowaci, nieśmiali, w zdeptanych do niemożliwości trampkach, w trekach za 700 zł które słynne bieszczadzkie błoto widziały ocierając się o sąsiada w kolejce po lody w Cisnej.
Ważne, że są. Szlak jednoczy. Schroniska są jego przedłużeniem. Już tęsknię za domem w plecaku, jedzeniem z ogniska i uśmiechami o poranku ludzi, których nie rozpoznałbym inaczej bo dosiedli się do ognia w środku nocy, gdy oczy wpatrzone były już dawno w zawsze zbyt drobny druk śpiewników.
Te uśmiechy są dla mnie ważne. Cenne.
Pouśmiechałbym się do kogoś
sobota, 11 sierpnia 2012
Starocie
Natknąłem się dziś wieczorem przy przeglądaniu dysku.
Jordana 12
Miałem kiedyś ducha dzikiego, a wesołego.
Wypełniał mnie znienacka, krzyczał głośno, od czasu do czasu podskoczył i trzasnął obcasami, tu puknął, tam stuknął, dawał o sobie znać.
Tłamsiłem go w sobie i przykrawałem do granic normalności by nie wyjść na furiata. Dobrze mi z nim było.
Aż pewnego razu duch mój wesoły, a dziki dostał tęgiego kopa w tyłek. Naprawdę niespodzianie.
Teraz chodzę cicho i konkretnie. Pijam ciepłą herbatę. A on siedzi skulony w cieniu mojej głowy i drży. Boi się, nie rozumie, nie wierzy, że może już wyjść.
Czasem wołam go głośno, od czasu do czasu podskakuję i trzaskam obcasami, tu puknę, tam stuknę, bo dobrze mi z nim było. Nie wierzy.
Ostatnio stłukłem kubek. Niespecjalnie. Przypadkiem. Może on ma już dość herbaty... i ...niedługo wyjdzie????
Jordana 12
Miałem kiedyś ducha dzikiego, a wesołego.
Wypełniał mnie znienacka, krzyczał głośno, od czasu do czasu podskoczył i trzasnął obcasami, tu puknął, tam stuknął, dawał o sobie znać.
Tłamsiłem go w sobie i przykrawałem do granic normalności by nie wyjść na furiata. Dobrze mi z nim było.
Aż pewnego razu duch mój wesoły, a dziki dostał tęgiego kopa w tyłek. Naprawdę niespodzianie.
Teraz chodzę cicho i konkretnie. Pijam ciepłą herbatę. A on siedzi skulony w cieniu mojej głowy i drży. Boi się, nie rozumie, nie wierzy, że może już wyjść.
Czasem wołam go głośno, od czasu do czasu podskakuję i trzaskam obcasami, tu puknę, tam stuknę, bo dobrze mi z nim było. Nie wierzy.
Ostatnio stłukłem kubek. Niespecjalnie. Przypadkiem. Może on ma już dość herbaty... i ...niedługo wyjdzie????
środa, 11 lipca 2012
Poziomki
30 stopni upału codziennie, 104 kilometry i piekielne roje GZÓW.. brrr
nadawały tempo.
Było po prostu rewelacyjnie!
Najdłużej pewnie będę pamiętał poziomki, prysznic pod wodospadem i rozkładanie się na cmentarzu.
Bo jak to zapomnieć:
Wieczór upłynął jak zwykle przy gitarze, i nie do końca jak zwykle przy wiśniówce i jagodówce- w związku z czym wstałem rano pierwszy.
Wprosiłem się koleżance na spacer.
Poszliśmy szukać zasięgu (mało romantyczne ;)) który ponoć objawiał się koło cmentarza. Cmentarzy w okolicy jak mrówek, ale trafiliśmy na bardzo sympatyczny, położony w 1/3 łagodnego zbocza porośniętego wysoką trawą. Zasięg był, ale okazało się że musimy godzinkę poczekać na odpowiedź.
Poranne słońce suszyło resztki rosy, drewniane krzyże z charakterystycznymi daszkami rzucały wyraźne cienie, a my dla zabicia czasu poszliśmy szukać poziomek.
Poziomki rosły wyżej, przed nami roztaczał się widok na dolinę, dołem wiła się dróżka a horyzont zamykały brzuchy beskidzkich grzbietów.
Szukanie aromatycznych, czerwonych drobin wśród zieleni wciągało. Czasem zawiał wiaterek, słonko prażyło, poziomki rozpływały się na języku.
W pewnym momencie dobiegł nas głos. Ba! żeby to.. Zaśpiew łemkowski niósł się doliną i zbliżał do nas klęczących w trawie. Z góry dobiegać zaczął brzęk dzwonka i beczenie stada owiec. Śpiew umilkł niestety gdy baca nas zobaczył, ale te kilka chwil było magiczne.
Zresztą dalej też było fajnie. Wesoło posłuchać jak się sympatyczna krakowianka przegaduje z chłopkiem zaciągającym góralskim akcentem
Zostaliśmy jeszcze chwilę, a potem zeszliśmy w ślad za owcami w dolinę. Dogoniliśmy je nawet i miło się szło patrząc na to kłębowisko młodych i dorosłych, już nie do końca białych zwierząt. Było po prostu rewelacyjnie!
Najdłużej pewnie będę pamiętał poziomki, prysznic pod wodospadem i rozkładanie się na cmentarzu.
Bo jak to zapomnieć:
Wieczór upłynął jak zwykle przy gitarze, i nie do końca jak zwykle przy wiśniówce i jagodówce- w związku z czym wstałem rano pierwszy.
Wprosiłem się koleżance na spacer.
Poszliśmy szukać zasięgu (mało romantyczne ;)) który ponoć objawiał się koło cmentarza. Cmentarzy w okolicy jak mrówek, ale trafiliśmy na bardzo sympatyczny, położony w 1/3 łagodnego zbocza porośniętego wysoką trawą. Zasięg był, ale okazało się że musimy godzinkę poczekać na odpowiedź.
Poranne słońce suszyło resztki rosy, drewniane krzyże z charakterystycznymi daszkami rzucały wyraźne cienie, a my dla zabicia czasu poszliśmy szukać poziomek.
Poziomki rosły wyżej, przed nami roztaczał się widok na dolinę, dołem wiła się dróżka a horyzont zamykały brzuchy beskidzkich grzbietów.
Szukanie aromatycznych, czerwonych drobin wśród zieleni wciągało. Czasem zawiał wiaterek, słonko prażyło, poziomki rozpływały się na języku.
W pewnym momencie dobiegł nas głos. Ba! żeby to.. Zaśpiew łemkowski niósł się doliną i zbliżał do nas klęczących w trawie. Z góry dobiegać zaczął brzęk dzwonka i beczenie stada owiec. Śpiew umilkł niestety gdy baca nas zobaczył, ale te kilka chwil było magiczne.
Zresztą dalej też było fajnie. Wesoło posłuchać jak się sympatyczna krakowianka przegaduje z chłopkiem zaciągającym góralskim akcentem
Baardzo fajny spacer. Poziomki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












