niedziela, 20 kwietnia 2014

Piaszczysta

"Na piaszczystej drodze
Chlodny we wlosach wiatr..."
   Zaczęło się od ślimaków. Najpierw minąłem jednego który wychynął z traw na mokry asfalt, potem kolejnego, następnie dwa malutkie... przestałem liczyć ale zauważałem ich trud. Niektóre wyglądały jakby dopiero ruszyły po tym równym acz niebezpiecznym szlaku, inne jakby zrezygnowane zawróciły, były też dzielne na samym środku jezdni i takie chowające już skorupkę po drugiej stronie. Brave ones. Przypomniały mi zdjęcie z zeszłorocznej wyprawy w kotlinę kłodzką z Chorwatami (22.06.2013). Ślimaka wspinającego się po zboczu. I "Ślimaka na zboczu" Strugackich też przypomniałem sobie, a po linii literatury cytat, że "każdy głupi wie, że nie ma ślimaków i ślimakowych. Są tylko zgniłe liście." Lubię Jaskra, Yarpena... "dzięki za milczenie, Geralt"...Ech, Essi. Biegłem sobie dziś po piaszczystej. Trzeci dzień z rzędu 12 km. Chłodno, na języku jakaś świeżość, może wspomnienie wczorajszych mojito virgin, zgryzanej cytryny, listków mięty i kruszonego lodu. Jeszcze 3 kilometry do domu ale zwolniłem bo tam pewnie leje się poniedziałkowo, gwar, pisk i rozgardiasz. Wesoło ale pewnie znów nic bym nie napisał. O ślimaczej drodze. O kawałku całkiem równym, twardym ale niebezpiecznym, odkrytym i obcym. Właśnie minąłem trzy ślamazary wspięte na przydrożny badyl metr od ziemi. Patrzą na drugą stronę może ;) Na "cel na końcu drogi"... Zimno trochę tu jak się nie przebiera nóżkami a przed bieganiem rozpaliłem w kominku. Pachnie wiosna a fajna blondynka śpiewała przed chwilą do ucha "I'll find someone like you". Teraz za to "I knew you were trouble" :) Samo się nie przebiegnie, i nie mam tu na myśli tych ostatnich trzech kilometrów. Dzień dobry wszystkim :D
Update.
   Dopadli mnie jak tylko wszedłem. Wyglądało że śpią jeszcze wszyscy, kominek się dopalał... a za rogiem krasnale z karabinami ;) ech. 
   Jak wreszcie doczłapałem po biegu pod prysznic to okazał się tak spreparowany że niespodzianie wystrzelił mi fontanną zimnej wody prosto w twarz. Cały ręcznik mokry. Wróg nie śpi. Z taką rodziną trzeba się strzec.
   Wczoraj naprawiłem kajak i pływaliśmy po jeziorze. Pogoda była cudna. Opchałem się mazurka, choć nie kajmakowego, i piaskowej babki od Cioci Wiesi. Skończyłem jedną książkę, zacząłem drugą. Na dodatek grillowaliśmy więc karkówka, cukinia i pievzarki :) Ekstaza. Dzieciakom zorganizowaliśmy poszukiwania zającowych pisanek, a swoją drogą przekicały dwa zające przez ogród wzdłuż brzegu, jak na zawołanie.








niedziela, 23 lutego 2014

Bo do lasu mnie..


"Ale to wcale nie jest łatwe — rzekł Puchatek do siebie, patrząc na to, co kiedyś było domem Sowy. — Bo układanie Wierszy i Piosenek to nie są rzeczy, które się łapie w powietrzu. To one cię łapią i wszystko, co można zrobić, to pójść tam, gdzie one mogłyby cię znaleźć."


   Ostatnio zastój był. Słabo było trochę to i nic mi się nie chciało. Próbowałem przezwyciężyć, to z jednej, to z drugiej strony. Zaległości znów i nawet nie wiadomo dlaczego. Biegało się źle, wspinało tragicznie, na squashu dwa razy byłem, co nawet pomogło trochę, ale nie mogłem się wyrwać z odrętwienia. Pewnie z braku magnezu.
   Wyprawy jakieś niemrawe wychodziły i na pół gwizdka. To tak gwoli wytłumaczenia. Nie chciałem zamulać. Przednówek się kończy chyba, albo nie wiem co, bo lepiej już. Albo w dobre miejsce trafiłem wreszcie.

"Jestem Misiem o Bardzo Małym Rozumku i długie słowa sprawiają mi wielką trudność."


   Przed świętem zakochanych (nie mam pojęcia czy ma to jakiś związek) koleżanka odezwała się z prośbą o opinię. Eksperyment, stwierdziła, i zapytała czym jest miłość.
Ogłuszyło mnie trochę bo jakoś nie mam gotowej definicji. Ktoś z Was ma? Pewnie istnieje, jest przecież taka dziedzina niepotrzebnej nauki która się zajmuje tego typu bzdurami ;). Tylko że pewnie nie chodziło w eksperymencie o uogólnienie maksymalne, ale właśnie o personalizację odpowiedzi. Nie bardzo w moment się wstrzeliła, to i odpowiedzi do dziś nie dostała, ale zaległości znów nadrabiam więc kolej przyszła i na tę refleksję.

"Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł" 


   Zdaje się, że zaczyna się od zauroczenia. Wiecie, o co chodzi. Zachłyśnięcie tą drugą osobą, spin aż do dreszczy, wypatrywanie możliwości ujrzenia jej/ jego choć przez chwilę, zachwyt nad każdym detalem, fascynacja osobowością, wdychanie feromonów, mega chemia.
   To fajne uczucie, acz w moim wypadku okres pełen głupich czynów, na szczęście zwykle niedostrzeganych przez ogół.

"Czasem lubi się kogoś za mocno i to się nazywa miłość."


   Taka fascynacja rozwija się może niezależnie od sympatii, ale zdaje mi się, że jednak jest powiązana mocno. Ta rosnąca sympatia powoduje troskę o drugą osobę, w połączeniu z chemicznym bzikiem skrajną czasem.

"- Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam." 


   Do wszystkiego jeszcze dochodzi przywiązanie (jak to określił jeden ze szczerych do bólu przyjaciół w moim wypadku iście psie).

"Oset nie ma żadnego pożytku z tego, kiedy się na nim siedzi. To odbiera mu życie." 


   Pewnie jest jeszcze kilka aspektów miłości które mi akurat w tej chwili do głowy nie przychodzą, ale dopowiedzcie sobie, proszę. Z pewnością nie jest to definicja zamknięta. W każdym razie, jak zauważyłem, trzeba dać pooddychać. Własne pasje, chwile dla siebie, czy w wypadku facetów sławetny "nothing box" jest ważny. To też element troski według mnie. Nie narzucanie się z szacunku dla uczuć drugiej osoby. I nie mam tu na myśli siebie- mi tam nadmiar troski nie przeszkadza bardzo.

jeśli ktoś potrzebuje wyjaśnienia, czym jest "nothing box"

To tak a propos porozumienia... ;)

no i jeszcze jedna różnica

"Więcej się ruszaj. Więcej bywaj. Wpadaj do innych. A jeśli ktokolwiek powie od progu: "Do licha!", zawsze możesz wypaść z powrotem."


   Wprosiłem się do Warszawy. Jakoś tak się okazało. Do licha! ;) Ale za to fajnie było na biegówkach bardzo. Aż żałuję trochę że we Wrocławiu nie ma śniegu.
   I u kumpeli z dawnych lat też tam byłem. To fajne jak można liczyć na przyjaciół z harcerstwa. Dwa słowa wystarczą. I na biegówki zabiorą ;) Biega koleżanka. Świetnie biega.
A propos biegania- widzieliście film "Czego pragną kobiety"?
Tam jest taki spot reklamowy który bardzo do mnie przemawia (choć zdecydowanie samcem jestem):

You don’t stand in front of a mirror before a run wondering what the road will think of your outfit.

You don’t have to listen to its jokes and pretend they’re funny in order to run on it.

It would not be easier to run if you dressed sexier.

The road doesn’t notice if you’re not wearing lipstick.

Does not care how old you are.

You do not feel uncomfortable because you make more money than the road.

And you can call on the road whenever you feel like it. Whether it’s been a day or even a couple of hours since your last date.

The only thing the road cares about, is that you pay it a visit once in a while.

Nike. No games…just sports.


Na przeglądzie w Lądku widzieliśmy taki film o bieganiu...
http://vimeo.com/60244021
A tu ten kawałek z Melem Gibsonem
http://www.youtube.com/watch?v=v9nQnBzBui8

"Prosiaczek był zdania, że po to, aby chodzić do rozmaitych osób, trzeba znaleźć jakiś Powód (...).
— Będziemy chodzić z tego powodu, że dziś jest Czwartek — powiedział. — Będziemy chodzić i życzyć każdemu Bardzo Szczęśliwego Czwartku. Chodźmy, Prosiaczku."


   W czwartek pojechałem na szkolenie. Cztery godziny w samochodzie umiliła nadzwyczajnie koleżanka organizatorka którą eksportowaliśmy na północ, dość niespodzianie dla mnie. Mnogość wspólnych tematów również była zaskakująca... ale korzystałem bezczelnie ;)
Tematyka szkolenia całkiem fajna, choć trochę praktyki możnaby w to wpleść jeszcze, jedzenie zabójczo dobre, tylko przy ognisku brakło gitary. Wieczorem jeszcze chwilę poczytałem i przejrzałem przewodnik po Noteckiej Puszczy z myślą o porannym bieganiu. Koleżanka zainteresowała się porannym planem i utargowała na spacer wokół jeziora.

"— Powiedz, Puchatku — rzekł wreszcie Prosiaczek — co ty mówisz, jak się budzisz z samego rana?
— Mówię: „Co też dziś będzie na śniadanie?” — odpowiedział Puchatek. — A co ty mówisz, Prosiaczku?
— Ja mówię: „Ciekaw jestem, co się dzisiaj wydarzy ciekawego”.
Puchatek skinął łebkiem w zamyśleniu.
— To na jedno wychodzi — powiedział."


   W nocy budziłem się kilka razy, i tylko spekulować mogę z jakiego powodu. Przed świtem w każdym razie zasznurowałem buty i poszliśmy zwiedzać. Bohatersko przeprawiliśmy się przez strumyk i dwa kanały po zwalonych drzewach, błogosławiliśmy mróz dzięki któremu nie musieliśmy obchodzić bagna i ponapawaliśmy się wschodem słońca na lekko zmurszałej ławeczce. Pokonywanie kanałów było obarczone obawą kąpieli... do momentu gdy odkryliśmy że lód ma jakieś 20 centymetrów, co niełatwo zauważyć z uwagi na krystalicznie czystą jego powierzchnię.

Po powrocie pyszne śniadanie (co też będzie ciekawego...;) ), budzenie niedospanych po wieczornej imprezie i znów czterogodzinna droga na południe.

"Z powiąszowaniem urorurodziurodzin"


   Tymczasem wczoraj Wika miała urodziny. Śpiewać mi się chciało i grać cały dzień ale sobie oszczędzałem na wieczór. Wieczorem szybko palce zaczęły boleć, na szczęście był Kuba ze swoją magiczną gitarą też więc trochę powyliśmy, póki sąsiadka chora nas nie przyszła uciszyć. Obiecałem sobie że dzisiaj zrobię wreszcie nowy śpiewnik, ale jak narazie daję upust grafomanii.
   Był też wczorajszy dzień dorocznym świętem harcerzy i na naszym ulubionym portalu społecznościowym pokazało się znów troszkę archiwalnych fotografii, wspomnień i ciepłych myśli skierowanych do braci. Sekta ;) Kupa radości z takich drobiazgów.

"proszę pókadź jeżlikto niehcepo rady, pro sze zwonidź jeźlikto hce po rady"


   Kumpel zaproponował podczas ostatniego spaceru na Ślężę żebym napisał jakieś porady wędrówkowe tutaj czasem, bo się chyba wymądrzałem trochę. Z pewnością dużo tego w sieci, ale co mi tam, kiedyś wysmażę posta i wrzucę. Najwyżej nie przyda się :)

"Dzień dobry!  rzekł Tygrys. Znalazłem kogoś zupełnie takiego samego jak ja. A myślałem, że więcej takich nie ma."

Chciałoby się rzec... ale wiecie jak jest ;)

Wybaczcie cytaty, nie mogłem się powstrzymać :D

"Kiedy się jest Misiem o Bardzo Małym Rozumku i myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą."


sobota, 18 stycznia 2014

Rytuał


   Wczoraj miałem bardzo podróżny nastrój. Po pracy ogarnąłem trochę i zacząłem się pakować. Uwielbiam te chwile gdy wyciągam z zakamarków wszelkie skarby, składam je na łóżku i z pietyzmem układam w plecaku. Ta ekscytacja przed drogą i oderwanie myśli od codzienności. Powrót do starych towarzyszy podróży, wydeptanych, dopasowanych, godnych zaufania. Zawsze pakuję za dużo, ale jak tu zostawić odłogiem kubek który widział tyle ognisk albo tak uniwersalny kawałek sznurka.
Spakowałem się zatem i ruszyłem na szlak. Jeszcze troszkę z głową w pracy, z wielkomiejskim tempem zasiadłem za kierownicą, wjechałem na autostradę i dopiero z czarnym niebem nad głową i wstęgą szosy przed sobą wyłaniającą się w świetle reflektorów przyszedł do mnie spokój. Radio mi się popsuło a z telefonu jakoś zniknęła muzyka co zauważyłem już w trasie, więc cisza mi towarzyszyła. Nastrój podróży zbudził wspomnienia i nawet zacząłem podśpiewywać że:
 
Cudownie jest:
Powietrze jest!
Dwie ręce mam,
Dwie nogi mam!

W chlebaku chleb,
Do chleba ser,
Do picia deszcz.

Nadchodzi noc
I zimno z nią.
Mam ręce dwie,
Obejmę się.

Ukryję się,
Utulę się
We własną sierść.

Daleko świt,
Nie widać nic.
Dwie nogi mam,
Dojdziemy tam.

Szczekają psy!
Fruwają mgły!
Niech pani śpi!

Powietrze jest:
Cudownie jest!

Mgły pojawiły się w okolicy zjazdu na Złotoryję, co, swoją drogą, kolejne wspomnienia na myśl przywiodły. Ech, takie podróże po jeden uśmiech całkiem fajne były. Samotne włóczęgi by wkręcić się na jakiś rajd, pobyć przez weekend z przyjaciółmi, uśmiechnąć się do druhny z iskierkami w oczach. Ech.
Nocne podróże w ogóle kojarzą mi się specyficznie. Z możliwie najpóźniejszymi powrotami z weekendowych rajdów. Z całodobowymi dojazdami na Mazury. Z piątkowonocnym pociągiem wiozącym na początek szlaku gdzie w sobotę rano buty zaczną deptać rozmoknięte wiosennym bądź wrześniowym deszczem ścieżki.
U celu czekał strzelający i huczący kominek, domowe wygody i gastronomiczne specjały.
Dzisiaj pół dnia sprzątałem samochód, nawiedziłem zgorzelecki basen i a wieczorem znów spasłem się na kuchni przyjaciół. Dobrze że nie piję, bo bym chyba nigdy nie pozbył się świątecznych zapasów tłuszczu. Za to jestem nadwornym kierowcą na każdej imprezie :D
Uciekam spać tymczasem bo rano na wspinanie się umówiłem, a może wcześniej zdążę pobiegać coś.

sobota, 4 stycznia 2014

Ogry



   Ciemności. Wilgoć i chłód ciągnące od kamiennych ścian. Pośrodku pomieszczenia mały płomień ledwo rozpraszający mrok. Mlaskanie i siorbanie. Wysłuchiwanie neandertalskich opowieści o żądzach, niesmacznych żartów i historii z których wyziera w każdym słowie prymitywizm i ograniczenie. Dobrze że chociaż kości nie ogryzają i nie ciskają ich za siebie bekając głośno. Staram się codziennie odkryć w tym jakąś poetykę, zobaczyć że świat jest piękny, ale udaje mi się na razie głównie przez kontrast.

   :D Naprawdę tak miałem w pracy codziennie przy śniadaniu. Te kilka zdań kiedyś wklepałem po wybitnie słabym dniu, ale stwierdziłem że są mało pozytywne więc nie rozwinąłem myśli. Po świętach do kin wszedł drugi Hobbit i jakoś mi się pozytywniej skojarzyły, grunt to nie tracić humoru ;) Swoją drogą (choć jeszcze nie widziałem) zawiedziony jestem brakiem "całe mnóstwo i ani na lekarstwo" włamyhobbitów. Ostatnio ekipa firmowa się zmieniła (tzn wróciła stara) i jest kultury więcej troszkę, to i w pracy mi weselej. Dziś było gorzej bo jeszcze bardziej sobie telefon popsułem i chyba nawet zrezygnuję z naprawy. Widocznie smartphone to nie sprzęt budowlany. Żeby głupiego gwoździa telefonem nie można było wbić. Pff.

    Dawno, dawno temu sięgnąłem po książkę. Zaczynała się opisem wędrówki dwóch steranych żołnierzy przez pustynię. Lubię takie powiedzmy fantasy militarne. Nieprzesłodzone, trzeźwe i konkretne ale jednak z ukrytym romantyzmem i idealizmem. Bo to o porządnych ludziach zwykle ;) Tak "sierżant" Zambocha jak i "Wiedźmin" Sapka czy "Achaja" Ziemiańskiego mają tę samą nutkę. Wiele zresztą takich. Nic odkrywczego, ale ciepło i nadzieja że jednak nie skończy się źle. Lubię też Kressa wszystkie te grombelardzkie opowieści o żołnierzach tylko że tam już zakończenia zwykle poruszające są a niekoniecznie szczęśliwe. Życie ;)
Wracając do opowieści- fabuła była wciągająca między innymi przez reminiscencje :) bo opowiadała o faktach znanych już z innej trochę bardziej popularnej lektury. W każdym razie opowieść była o wojnie. O państwie nauki które wojuje z zabobonem i intrygami, o dzielnych, walecznych saperach i specjalistach od techniki walczących z przeciwnikiem chcącym zburzyć uniwersytety i patrzyć jak na ich gruzach rosną mlecze :D Łatwo było się utożsamiać z głównym bohaterem i kibicować mu w przygodach i walce. Wystarczyło troszkę zmienić spojrzenie. Przeciwnikiem bowiem były wredne elfy a dzielnymi saperami orki. Książkę pod tytułem "Ostatni Władca Pierścienia" napisał pan Yeskov. Zakończenia nie zdradzę, ale fajna książka. Takie kolejne skojarzenie do tej mojej jaskini.

   Dawno temu trafiłem na jakąś grafikę Muchy. Alfonsa. Czeskiego artysty, twórcy Art Noveau. Od pewnego czasu zzaafascynowany byłem już kreską, piórkiem. Secesja z bogatą ornamentyką roślinną dobrze się w to wpisywała. No i te kobiety. Poruszające kompozycje. Kreska i kolor. Pewnie za to lubię też komiks do dziś. Nie każdy oczywiście, właściwie zrezygnowałem juz z kontaktu z tą formą opowieści głównie z powodu nadmiaru szmiry. Zalew tandety albo pseudoartystycznego nieładu. Nie mogłem dotrzeć do dobrych historii z dobrą kreską. CZasem z nostalgią przejrzę coś dowcipnego albo po prostu ładnego co jeszcze leży na dysku. Kilka albumów zaniosłem siostrzenicy żeby się uwolniła ze szponów kaczora donalda. Jesienią byliśmy w Pradze i w końcu udało mi się pójść do muzeum Muchy, choć okazało się że część płócien jest całkiem gdzie indziej- pretekst do kolejnej wyprawy. Za to kupiłem sobie wielki plakat "Muzyka" i powiesiłem na środku ściany.

   Jakiś czas temu trafiłem (za rekomendacją kumpla) na bloga. Kilka fajnych tekstów na nim znalazłem. Motywujących ale tak nienachalnie. Mądrze i życiowo. Kilka było też nachalnych albo kompletnie do mnie nie trafiających. Niestety nie mogę polecić bo już go nie ma. Szkoda mi bardzo bo naprawdę polubiłem te teksty. Błąd, że nie skopiowałem sobie. Zostało tylko kilka haseł w pamięci i nad biurkiem. No! Pierwszy raz w życiu- serio!- trafiły do mnie takie hasła że wypisałem je sobie na ścianie! Wiązały się one z naprawdę fajnymi historiami.
Może i nic odkrywczego, ale pozwólcie że zacytuję, bo mam z czego ;) :

Resetuj umysł- tu i teraz.
Żyj niewygodnie.
Bądź nierozsądny.
Pokochaj drogę.
CEL- wstań i biegnij.

Może jeszcze kiedyś znajdę te teksty, a może ktoś z Was je ma?
Blog był umieszczony pod adresem www.muchanascianie.com
Chwilowo zostały mi tylko te pięć wersów i lekko zatarte w pamięci przypowiastki ich tyczące. No i oczywiście Mucha na ścianie. Muzyka :)
   Więc tak sobie mówię w jaskini że cebula ma warstwy ;)


A tak na wieczór- four stars by Mucha

niedziela, 22 grudnia 2013

Dreszcze


   Wczoraj mieliśmy z przyjaciółmi mikołajkowo- wigilijne spotkanie. Jak zawsze ciepłe, odprężające i wesołe. Pewnie wstyd, ale nawet się troszkę wyspałem i odmarzłem. Nie wziąłem gitary, ale cały wieczór w głośnikach królowała muzyka Rodrigueza.. no prawie, bo na początku był jeszcze "New York" pasujący do wystroju wnętrza a na koniec (jak już się obudziłem) jakiś dość delikatny elektroniczny rytm. Perypetii i historii trochę było, ale udało się wrócić do domu przed budzikiem. Po śniadaniu zaplanowałem weekend rozpocząć wreszcie i zasiadłem do książki, herbaty i kaloryfera, ale fejsowe okienko na świat przypomniało o rzeczonym Rodriguezie więc zmieniłem medium na dziesiątą muzę.
   Fajny człowiek z tego pana. Wyszukujący poezję w prozie życia, ciężko pracujący fizycznie a jednak jednocześnie bystry obserwator zamrażający swe spostrzeżenia w linijkach tekstu. Niepoddający się otaczającej nędzy i niedoli malarz przeciśniętych przez śródmiejskie pejzaże i zdarzenia uczuć. Niestrudzony wędrowiec. Zachwyca mnie ta poetyka. Przypominam sobie o co jakiś czas obserwowanych miejscach naszego miasta do których obiecywałem sobie wrócić z cyfrówką. Z pewnością zdjęć intrygujących, tak ładnie brzydkich zapomnianych zaułków są tysiące ale te będą moje. Bo nie chodzi o obrazek starej ściany tylko o uczucie jakie masz patrząc na nią, i to sobie kiedyś uwiecznię, jak już zmienię aparat. Film oglądałem z dreszczami choć to pewnie też głupie. Ach, być tak, umieć tak, dziwne tęsknoty się odzywają. Cóż, grunt to pokochać swoją drogę. A do śpiewnika może "Cause" na razie, może "I'll slip away".
   Film, jakby ktoś nie wiedział, nosi tytuł "Searching for Sugar Man" a płyty  "Cold Facts" i "Coming From Reality"

czwartek, 5 grudnia 2013

Kamienista

   Zimno. Ciemno w drodze do pracy. Ciemno na fajrant.
Bywają pracownicy budowlani inteligentni. Bywają interesujący. Bywają otwarci na świat. Bywają potrafiący się wysłowić. Nieograniczeni.
Sciąłem się parę razy. Mam generalnie zmniejszoną tolerancję na wypitych. Nie że alergię totalną, ale jakoś średnio. Monologi zwykle bywają słabe, dialogi kończą się westchnieniem z mojej strony a obstawanie przy swoim prowadzi do kłótni które nie prowadzą nigdzie. Te prawidłowości przekładają się na nieczęste na szczęście sytuacje w pracy, gdzie jednak nie można tylko westchnąć. Staram się rozumieć ludzi, ale czasem nie potrafię. Naprawdę. Dawanie drugiej szansy zawsze się mści a jednak jeszcze się nie nauczyłem. Szkoda gadać. A nerwy psuję sobie tylko ja, bo druga strona albo znieczulona, albo zlewa. Powroty o zachodzie słońca z brygadą wywołują często bąble. ledwo docierają do mnie, często pocieszne, stwierdzenia pasażerów a myśli błądzą daleko w przodzie, albo właśnie z tyłu jeszcze, w pracy. Ostatnio musieliśmy zawrócić i przepiękny kolor nieba bił po oczach. Dla kontrastu załoga była w bardzo kiepskim stanie i zaciskałem usta w cienką kreskę by nie powiedzieć już nic więcej. W końcu i tak nie zapamiętają a co miało być "powiedziane"- zostało. Głośno i wyraźnie. A dyskusje prowadzą do kłótni które.. ;) Niniejsze wtręty pracowe mam nadzieję zobrazują kontrast. Irytacja więc, zniesmaczenie, noga na gazie, zaciśnięte na kierownicy dłonie i skrzywienie twarzy. Zmęczenie materiału po poprzedniej drugiej szansie. Kropla przelewająca czarę. I w tym wszystkim czarne kontury drzew przydrożnych na tle czerwonego nieba migające co chwilę. Światła z naprzeciwka i znów drzewa. Mgnienie oka. Dwa potężne ptaki z rozłożonymi na całą szerokość skrzydłami. Czarne jak kontury drzew. Lotki na końcach skrzydeł podgięte do góry od nacisku powietrza. Widoczne w detalach. Wyraźne jak wykreślone rapidographem czarnym tuszem na pomarańczowym kartonie. Wypalają się na siatkówce i trwają w powidoku jeszcze długą chwilę, a we wspomnieniach już parę dni. Ach, umieć to narysować. Kolejny raz-jak od lat- marzę o rejestratorze w oku. I lepiej mi się zrobiło. Dystansu nabrałem. Bo piękna jest droga, choć kamienista czasem.
A jak już nie mogę to jest ukochana rodzina, wspaniali starzy przyjaciele, rewelacyjni nowi, weseli, życzliwi ludzie, dobrzy, normalni..choć może właśnie nienormalni, bo standardy dziś inne. Więc nie wstyd być nienormalnym, innym niż ogół. "Dziwnym" :) Lubię Was. Dobrze że jest książka, muzyka, herbata, gitara, ulubiony kubek, kakao, rower i nieskończona plątanina ścieżek biegowych. Ciastko podarowane z życzliwości, chwila rozmowy, telefon do przyjaciela. Film. Nawet ten zapomniany kawałek internetu. Dobrze że jest. Lepiej. Dzięki Wam.

wtorek, 26 listopada 2013

Skostnienie


   Brak mi ciepła ostatnio. Może przez pogodę, może przez pracę. Może to po prostu niewyspanie albo odwodnienie. Może z braku magnezu.
W każdym możliwym momencie tulę się do puchówki, parzę gorącą, czarną i przesłodką herbatę albo przytulony do kaloryfera próbuję powstrzymać się przed wypiciem w jednej chwili całego kubka kakao z cynamonem.
Zakochuję się w każdej dziewczynie, która się do mnie usmiechnie... na chwilkę, z nadzieją na jeden ciepły uścisk ramion. Chłonę przez telefoniczne druty rodzinne ciepło ze zbyt rzadkich rozmów z rodzicami. Zaglądam do siostry posiedzieć w gwarze i akceptacji. Nie mogę przejść obojętnie obok stoiska ze słodyczami. W poszukiwaniu ciepła zwiedzam, odwiedzam. Tyję. Marnieję. Jednocześnie.
Tak sobie chciałem ponarzekać  bo mi w palce zimno :-) Rower naprawię to się rozruszam. Obiecuję. I pisał będę. Tymczasem pozdrawiam ze szczękiem i zgrzytem.

niedziela, 3 listopada 2013

Śpiewnik


   Dawno, dawno temu wśród moich przyjaciół panował zwyczaj zostawiania po sobie śladów w cudzych śpiewnikach. Czasem przy ulubionej piosence, a czasem po prostu na losowo wybranej stronie, by kiedyś właściciel natrafił z zaskoczeniem na kilka miłych słów i uśmiechnął się do wspomnień.
Z biegiem czasu śpiewniki puchły a miejsce na teksty utworów okazywało się najmniej istotnym ze składników tych styranych, poklejonych zeszytów. Do dziś, grając niektóre piosenki, mam przed oczami równe literki pozdrowień od którejś z druhen, mimo, że śpiewnika już dawno nie ma, a i druhna ma męża i dziecko :D
   Czasem natrafiam na muzykę, która po prostu zostaje w głowie, czasem z nostalgią wracam do młodzieńczych fascynacji, a czasem po prostu lubię posłuchać. Nie jestem melomanem, znawcą z wysublimowanym gustem. Niestety, zapewne. Prosty ze mnie człek i prymitywne do mnie przemawiają nuty. Podzielę się z Wami nimi, bo to przecież wiele mówi o człowieku. Jeśli będziecie chcieli swój ślad gdzieś tu zostawić, to wiecie, miło będzie mi kiedyś zajrzeć między te strony i przypomnieć sobie Was ;)

niedziela, 13 października 2013

Set Sails


   Dziś rano zapowiadało się że zmoknę. Chmurnie było a nie wiało prawie wcale. Na nabrzeżu byliśmy skoro świt o 9,30 bo tak obwołano zbiórkę na regaty. Właściwie to wstałem jak jeszcze słonka na niebie nie było, a wręcz ciemno że oko wykol. Śniadania zjadłem dwa przez to, bo najpierw sam a potem w towarzystwie. Jak już dotarliśmy, to czekać nam przyszło godzinę prawie na resztę załogi. Czas ten umililiśmy sobie najpierw rozgrzewając się grą we freesby a później zatrzaskując kluczyki w samochodzie.
   Dzięki zapasowi czasu udało się zdążyć na start, a że się rozwiało nawet w końcu do 15 węzłów, pościgaliśmy się fajnie, jak powiedział skipper- technicznie, bo przy słabym wietrze trzeba było się starać. Dwa krótkie wyścigi zrobiliśmy, w przerwie konsumując kanapki i suche prowianty w postaci ciastek.
Nie padało, zafalowanie minimalne, dzięki czemu suchą stopą na pirs wróciłem a nawet słońce pod koniec wyścigu się pokazało.
   Po pływaniu krótkie spotkanie w lokalnym klubie żeglarskim przy guinessie i herbacie z mlekiem. Ze sobą zabraliśmy do naprawy lekko uszkodzonego spinakera i kilka fajnych zdjęć. W domu przepyszny obiad a potem wspólne pichcenie crumbli z jabłkami i śliwkami, orzechami, migdałami i rodzynkami. Do tego duużo cynamonu oczywiście bo cynamon pomaga w regeneracji mięśni, a troszkę jeszcze po czwartkowym body pumpie przypominają o sobie. W zestawie były jeszcze kominek, lody i film. Obejrzeliśmy "Twardzieli", jakby ktoś miał okazję to polecam, choć może kategorie "komedia" i "kryminalny" nie do końca trafiona. Obsada dobra a i historia niezła. Hollywoodzka ale fajna.
   Walczyłem dziś jeszcze z gps-em w telefonie, zresetować się udało, to może zadziała jutro i wreszcie pobiegam z prędkością i dystansem. Pożyczyłem od Kuby kubek (nomen omen) więc na ściance może jakąś parę znajdę do asekuracji. Znów bez jakichś przemyśleń głębszych, ale w końcu wakacje mam i z myślenia zwolniony się czuję. Wypoczywam przecież.
   Aaaa, właśnie, wczoraj wspinałem się pierwszy raz tak naprawdę na tradzie. Kości jeszcze nie osadzałem, na razie zbierałem tylko, ale pierwszy raz na połówkowych linach zaliczyłem. Klify irlandzkie zapraszają, tylko troszkę sprzętu zwieźć i można walczyć. Jest gdzie. Jak się dowiedziałem, jeden z rozdziałów topo okolicznego napisali Polacy, a w skale spotkaliśmy kolegę, który w rzeczonej książeczce wstawia się na fotce na początek rozdziału. 


 Regatowe fotki i wszechobecny bluszcz- tutaj akurat z wczorajszego wspinania na klifach koło Ailwee cave
 Miejscowy klub żeglarski
Desant

czwartek, 10 października 2013

Zielono

No i jesień na całego.
   Słońce rozświetla cudne kolory przebarwionych liści, rozprasza poranne mgły i próbuje jeszcze niezbyt skutecznie przezwyciężyć chłody. Czasem tylko uda się w południe przysiąść w plamie światła i napawać się ostrymi promieniami palącymi przez koszulkę. Od wczoraj urlopuję. Spakowałem lekki plecak i ruszyłem w drogę. Wieczorem nostalgicznie i cicho wypłakała gitara spokojne ballady i wędrówkowe pieśni. Od rana na zielonej wyspie słońce. Pobiegałem trochę i ściankę odwiedziłem lokalną. W ramach związanych z powyższym ciekawostek- zależało mi, żeby bagaż mieć maksymalnie skompresowany a dwie pary butów zajmują trochę miejsca. Buty do biegania mam dopasowane, buty do wspinu też wcale nie za małe. Ogromne zdziwienie i radość odczułem gdy okazało się że jedne mieszczą się w drugich :D. W powrotnej drodze spróbuję jeszcze do środka skarpetki wetknąć ;) Tymczasem w planie jeszcze dziś rower chyba i może wieczorne bieganie z przyjacielem, w niedzielę regaty na oceanie a po weekendzie wspin na irlandzkich klifach. Jeśli się rozwieje to jeszcze na plażę pojedziemy na kite'a. Biegać nad oceanem mi się nie udało, bo gps znów szwankuje a mój wewnętrzny kompas wskazał idealnie najkrótszą drogę w stronę oceanu, która niestety okazała się ślepą uliczką. Czasu było troszkę mało bo ściana czekała, więc wróciłem pod dom, z niewielkimi problemami, bo domki dość podobne na osiedlach tu.
   Nic to, zaraz wsiądę na rower i nad wielką wodę pojadę, wsłuchać się w szum fal, pochłonąć troszkę spokoju tego niewzruszonego i niezależnego od człowieka żywiołu. Po drodze mam plan zahaczyć o ruiny, nadbrzeżny cmentarz i twierdzę. Szkoda trochę, że aparatu nie wziąłem.
   Na panelu było bardzo fajnie, swojsko, jak przyszliśmy to byliśmy sami (dwóch Polaków i kilkumiesięczny szkrab w foteliku), potem zawitała sympatyczna Belgijka, następnie Irlandczyk, kolejny znajomy Polak i jeszcze jeden rudy Irlandczyk. Mała robiła furorę wisząc w foteliku na dwóch karabolach i taśmie i ciesząc się bujaniem. Po wspinie uraczony zostałem świetną wege-zupą po czym odwieziony do domu. Słonko praży ciągle a bateria w lapku pada więc wskakuję na koło, choć troszkę się obawiam tego lewostronnego ruchu. Dziwni ci Rzymianie ;)
Update.
   Jednak na rowerze nie byłem. Wylądowałem na zajęciach z "body pump" i nie da się ukryć że przy ćwiczeniach na nogi musiałem odłożyć hantle na chwilę. Po zajęciach zajrzałem na ściankę pozwiedzać Irlandczyków jeszcze, ale mimo że ludzi było trochę, wspinały się tylko dwie pary. W jednej z nich była poznana rano Belgijka. Po powrocie do domu porelaksowaliśmy się jeszcze przy kabaretach chwilę i usnęliśmy snem strudzonego wędrowca. Rano ciężko było wstać bo nos zmarznięty troszkę, ale zwlokłem się i rozgrzałem dobrym śniadaniem. Teraz już musowo na rower idę. Do plecaka ze skarbami buty wrzucę, to może przystanek na ścianie zrobię, potrawersuję. Klify może jednak w sobotę będą. Trochę nie wieje, więc kite pod znakiem zapytania, ale będzie dobrze. :D
Update II
   Fajnie było porowerować, posiedzieć nad morzem i się powspinać. Na ścianie tym razem poznałem Brazylijczyka, Francuzkę, Amerykankę i Irlandkę. Z tego wszystkiego zapomniałem, że w Irlandii w piątki pracują godzinę krócej i dałem przyjaciołom odpocząć od siebie troszkę... nie za długo.
 Basenik zdaje się że do chrztów w oceanie
Czerwone żagle hookerów z Galway i czerwone róże z nadbrzeżnego cmentarza
Dzikie gąszcze Merlin Park i urocze zakątki centralnego deptaka
Relaks nad oceanem

Wpasowany w krajobraz i tradycję

wtorek, 3 września 2013

Bąble



   Wczoraj była jesień. Pani w sklepie powiedziała, że to nie może być prawda, ale fakt faktem. Zimno, mokro, wiatr silny i porywisty. Burzowo.
W niedzielę niefrasobliwie wszedłem do "Taniej książki" i jak zwykle nie powstrzymałem się od odciążenia portfela. Wyszedłem z sześcioma dość pokaźnymi pozycjami, które teraz w formie wieży zdobią starą wojskową skrzynię stojącą przy łóżku. Poza tym skorzystałem z fajnej promocji na audioteka.pl i całkiem za darmo dostałem kilka bardzo fajnych audiobooków. Wszystkie już kiedyś czytałem, ale chętnie wrócę.
   Wczoraj zatem, w ten ziąb i słotę zaparzyłem kubek mocnej, słodkiej herbaty, do której dorzuciłem jak nigdy plasterek cytryny i zasiadłem przy biurku.
Podelektowałem się chwilą spokoju i gorącym naparem po czym postanowiłem przezwyciężyć. Właśnie że nie jesień, właśnie że pójdę i wakacje się skończyły! Nie ma lenia.
Poszedłem pobiegać. Pojechałem znaczy. Rower błotniki ma przełożone jeszcze ze starego podtramwajowego więc kałuże niestraszne.
   Ciemno się zrobiło już jak skończyłem muzykę wrzucać i playlisty tworzyć. Jakoś nie ogarniam w samsungach tego, mogłoby się automatyzować jakoś, albo interfejs przez pc-ta jakiś być mógłby.
Plan był żeby po bieganiu jeszcze na basen skoczyć, więc plecak ze skarbami skompresowałem maksymalnie, zieloną strzałę zakotwiczyłem pod latarnią i ruszyłem na ścieżki. Skrócone całkowicie szelki i pas biodrowy przykleiły mi backpacka do ciała. Softshella przytroczyłem z boku a czołówkę wsunąłem na wszelki wypadek do kieszeni. Energetyczna muzyka w uszach współgrała z niespokojną przyrodą, wiatr burzył krew i na bieżąco suszył koszulkę a lekka mżawka chłodziła rozgrzaną skórę. Czułem się całkowicie samowystarczalny fizycznie i psychicznie, ze spokojem w głowie kontrastującym z otoczeniem oglądałem świat jak z wielkiego bąbla. To oderwanie potęgowały psujące się słuchawki, wydające dość nieziemskie dźwięki, aranżujące na swój sposób znane utwory, zwykle udostępniające moim uszom jakiś tylny kanał bez wokalu, albo tylko z sekcją rytmiczną. Jak na złość nie słychać było też informacji z gps-a więc tempo i dystans były wielką niewiadomą. Na ostatnim kółku wydłużyłem krok, żeby ten mój świński truchcik cokolwiek zaczął przypominać i nagle zrobiło się całkiem nieziemsko. Zacząłem płynąć nad ścieżką lekko bujającym rytmem, czułem jak wszystkie mięśnie pracują w takt kroków i łykam metry ciemnych dróżek. Do tego słuchawki, plecak, ciemność, wiatr, deszcz. Bąbel.
   Z chłodnego prysznica podjechałem do aquaparku wchłonąć nieco ciepła. Na torach zewnętrznych pustki, woda ciepła, wiatr chłodny, aż się przypomniały magiczne nocne kąpiele w jeziorach na obozach harcerskich. Generalnie basen to fajne miejsce do myślenia. Monotonne ruchy mojego rekreacyjnego pływania pozwalają myślom błądzić w przeróżne zakamarki jestestwa. Płytko na szczęście bo i niewiele do zgłębiania. W wodzie bąbel wytwarza się automatycznie. Woda tłumi większość zmysłów, stępia wrażenia i dystansuje od wszystkiego. Może dlatego jakoś nie widzę większego sensu w chodzeniu na basen grupowo. Owszem, miło bardzo, można w przerwach kilka słów zamienić, ale ciągi myślowe mi to zaburza i w rozmowach, możliwe, bywa to widoczne. Palnę coś wynikającego z przemyśleń trwających kilka długości basenu, a że skojarzenia miewam niestandardowe, to i ciągi bywają zaskakujące.
Generalnie pływanie z interakcjami mi się mało kojarzy. Kiedyś w Ostrowie pracowałem chwilowo, więc tam na basen chodziłem i zdarzyło się tak, że na sąsiednim torze jakieś rozszczebiotane panny pływały. Dwie ich było, i jak poniewczasie się zorientowałem, zainteresowane chyba. W każdym razie jedna z koleżanek "zgubiła" zegarek do szafki na głębi przed moimi oczami. Kompletnie nie zarejestrowałem faktu jako zaproszenia do konwersacji, akurat w ciągu byłem, możliwe że myślowym nawet, więc zanurkowałem, wyciągnąłem rzeczony i przypiąłem do słupka startowego zanim koleżanka nawrót zdążyła zrobić. Wróciłem na tor i kontynuowałem pływanie. Szkoda w sumie, bo jakoś tam samotnie było, nawet pary na kursie tańca który zapełniał mi wieczory nie miałem. Jak widać, w kontaktach z piękniejszą częścią społeczeństwa jestem nieogarnięty, bez refleksu, niezdarny i generalnie niemrawy. Zwykle jak mi zależy żeby było fajnie, to niechcący depczę po nogach, gadam głupoty (duużo głupot), albo żeby nie gadać głupot, nie mówię nic :D Wybaczcie i weźcie pod uwagę ;).
   Bąble miewa każdy chyba. Czasem obserwuję, szczególnie u bliższych znajomych. Fajni ludzie, z którymi nawet mi po drodze światopoglądowo, ale jakoś się nie składa, żeby rozwinąć przyjacielską relację- zwykle ze względu na czas, odległość czy tym podobne czynniki zewnętrzne. Szkoda mi bardzo, zdaje się, że wzajemnie równoległość naszych bąbli wyczuwamy, ale... ostrożność wygrywa. Są na szczęście też ludzie których bąble wręcz zasysają a w każdym razie przenikają się z moimi a to ze względu na specyfikę danej osoby, a to na długoletnią znajomość, czy intensywne wspólne przebywanie.
Chyba głupoty piszę, więc kontynuując...
   Po basenie mżawka z przyjemnie chłodzącej zrobiła się obrzydliwie zimna, więc czym prędzej schroniłem się w siostrzanym domu, gdzie dostałem kolację, a potem podśpiewując w duchu "do ciepła, do ciepła" popedałowałem do siebie.
Rękawiczki chyba wyciągnę, choć sterane do cna. Może rzucą w carrefour nową dostawę pseudoskórzanych za 15 złotych to zafunduję sobie znowu. Poprzednie wytrzymały dwa lata, i mają dość. W domu wlazłem pod polarowy koc, przełożyłem wszystkie pozostałe aktywności na dzień kolejny i zasnąłem.
   Dziś relaks i książki. Dla odmiany. ;)

wtorek, 27 sierpnia 2013

Misie

   Zima się zbliża i misie szykują zapasy izolacji podskórnej. Dziś nabrałem ochoty na garowanie, naleśniki dokładniej, a że ze wspinowego weekendu we frankenjurze zostały jakieś dziwne zapasy w konserwach, ogarnąłem je i wyszło nadzienie hiszpańsko- meksykańskie. Gdy ostatnio robiłem chimichangas strasznie mi się łamały placki. Teraz, z naleśnikami nie było tego problemu, ale też wielkość patelni nie pozwalała na szaleństwa. Zawijanie musiałem ograniczyć do minimum więc wyglądają całkiem jak tradycyjne od-mamowe naleśniki z serem podsmażane na maśle. Zapiecze się z serem i będzie git :D
   W trakcie kucharzenia podczytywałem "Lesia" któryś kolejny raz i poparskując śmiechem przypalałem kolejne naleśniki. Ponoć na humor Chmielewskiej nie można być obojętnym- albo się go kocha, albo nienawidzi. Mi bardzo odpowiada. "Dzikie białko", "Wszystko Czerwone", serie o Janeczce i Pawełku, historie Joanny, Tereska i Okrętka, wszystkie lubię.
   Tłuszczyk spalę jutro na panelu, mam nadzieję. Wracam ostatnio z pracy późno i brak mi trochę spokoju, odprężenia i snu. Wczoraj włączyłem nową płytę ZAZ a chcąc się podelektować wyciągnąłem się na łóżku... nie pamiętam nawet jednego utworu. Obudziłem się rano.
   Mądrość żadna do mnie nie przyszła więc nie mam się czym dzielić. Spostrzeżenia codzienne też przez niemrawy żywot jakoś nieobecne. Może przez te oczka napuchnięte i zaspane. Postanawiam zatem iść spać dziś, aby móc znów chłonąć świat bez filtra. Miłego wieczoru zatem Wam wszystkim, zaległości ponadrabiam wkrótce... goni mnie świat :D

Jak w życiu

   Jest taki moment zawsze, że robi się ciężko. Choćby nie wiem jak się człowiek asekurował, przychodzi taka chwila, gdy trzeba zaryzykować żeby nie utknąć na środku drogi. Wspiąć się ponad zapewniające bezpieczeństwo punkty i przeć do kolejnego, błyskającego z chropowatej skały ringa. Ciężko pożegnać się z czasem iluzoryczną pewnością bezpieczeństwa i ruszyć w nieznane, gdzie może nie być czego się chwycić a wycofanie z trudności często jest bardziej wymagające niż droga w górę.
   Na dodatek latanie w skale zawsze wiąże się z ryzykiem. Łatwo uderzyć w coś głową, trudno kontrolować upadek. Świadomość tego wszystkiego wywołuje lęk który usztywnia ruchy, zagina palce w szpony i powoduje mimowolny przykurcz ramion. Oddech przyspiesza a napięte mięśnie zaczynają drżeć jeszcze przed wejściem w trudny odcinek. Ja w każdym razie tak mam, boję się jak cholera gdy wyjdę nad wpinkę. Zaczynam w panice obmacywać skałę szukając wsparcia dla dłoni i stóp. Hiperwentyluję prawie. Ale idę, bo co tam, i tak łatwiej niż w życiu.
   To taki zaległy pościk z doświadczeń frankenjurajskich, gdzie wspinanie wymaga silniejszej psychiki ze względu na specyficzne rozmieszczenie punktów asekuracyjnych.



 Bawarskie śniadanie, w zestawie kufel piwa.Obok widoczki jurajskie, ożywiona i nieożywiona pcha się drzwiami i oknami, tylko podziwiać...

wtorek, 6 sierpnia 2013

Biec pod słońce...

...Kochać mocniej
Chłonąć każdy dzień...

   W Piątek pojechałem na wieś. W dzikie ostępy i leśne gąszcze. Jako że ostatnio obiecałem nie grać na gitarze przed dziewiątą, spakowałem do plecaka buty do biegania. Oczywiście obudziłem się wcześnie, ale nie mogę powiedzieć, że byłem na nogach pierwszy. Przy ognisku zastałem trzy osoby zagadane od wieczora jeszcze. Poszli spać dopiero jak wróciłem z przebieżki, czyli po siódmej. Biegałem trochę pomiędzy świeżo skoszonymi rżyskami, gdzie sterty złotej słomy błyszczały w słońcu i pachniały wakacjami, głównie jednak zwiedzałem leśne dukty. Cisza, migotanie promieni pomiędzy gałęziami, pajęcze sieci porozpinane w poprzek szlaku, chłodne powiewy w cienistych zakątkach i dotyk ciepła na skórze na przecinkach i polankach.
   Zwykle biegam wieczorami. To jedyna możliwość przy wstawaniu o 5.30 do pracy. Zaskoczył mnie w związku z tym brak buntu organizmu na trzecim kilometrze. Zaspał, pomyślałem i oczekiwałem lada chwila kolki, skurczu, zadyszki chociaż. Okazało się że nic z tego. Mimo, że pogubiłem się trochę i zrobiłem prawie cztery kilometry więcej niż miałem w planie, jedyne czego się nabawiłem to otarcie na udzie. Fajnie. Po bieganiu wskoczyłem do basenu a potem długo wysychałem na rozgrzanych deskach huśtawki, która ukołysała mnie do drzemki. Jeszcze w piecu napaliłem, żeby reszta miała ciepłą wodę pod prysznicem i śniadanie zjadłem zdrowe.
   Cały weekend w ogóle był wesoły i leniwy. Jedzenie pyszne, towarzystwo bajeczne, przejechałem się na ścigaczu i pograłem w siatkę pierwszy raz od lat. Popuszczałem latawca, robiąc sobie znów apetyt na Leninowy kurs kitesurfingu. Objadłem się pysznym ciastem, furą sałatek i mięsem z grilla, przy każdej porcji obiecując sobie że to już ostatnia. Struny w gitarze zmieniłem na bardziej miękkie i pograłem trochę. Z głupia frant wziąłem też kilka zamków treningowych i bawiliśmy się w otwieranie, gdy część obsady grała w planszówki. Książkę poczytałem w drodze powrotnej nawet, więc mimo braku skały w okolicy odczułem pełną satysfakcję. Troszkę mi tylko żal było wyprawy z ekipą w Jurę, która odbywała się równolegle. Trudno, skała nie zając chyba. Tylko zając zając, cytując klasyka.
   Muszę śpiewnik nowy jakiś złożyć i wydrukować bo wstyd z tą hałdą kartek się ludziom pokazać ;). I aparat wymienić chyba jednak na lepszy, bo w pomieszczeniach słabo mu idzie. Kiedyś przyjdzie taki dzień.
Tymczasem buduję sobie, choć gorąco niemożebnie. Dziś zostawiłem wodę na słońcu, a na fajrant prawie mogłem w niej herbatę zaparzyć. Żeby to się jeszcze tłuszcz od tego wytapiał chociaż :D
Zakupiłem tony owoców i tym się będę żywił. Howgh!

Słowo, to nie photoshop, sam nie wiem skąd mam takie bary. :D
Sezon grillowy :D Lubię to!
Pajęczyny- giganty na szlaku

środa, 24 lipca 2013

Lipą pachnie.

 
 

   Poruszanie się rowerem po mieście ma wiele nieprzecenialnych zalet. Oprócz tego, że polują na Ciebie tramwaje, to już same plusy pozostają. Moje wieczorne, niespieszne kołowanie w stronę domu okraszone jest od wiosny feerią zapachów... taka naturalna terapia relaksacyjna na koniec dnia. Najpierw był bez, potem akacja, teraz pachną lipy. Ostatnio budowaliśmy w Bielawie, przy lipowej alejce. Przez całe ogromnie słoneczne dni zapach sosnowych wiórów mieszał się z aromatem lipowych kwiatów. W rozgrzanym powietrzu poruszanym powiewem od gór brzęczały pszczoły, przysiadając czasem na złotym drewnie konstrukcji. Sympatyczna psina chowała się w cieniu, wyszukując resztki nocnego chłodu, ale na przerwach przychodziła umilić nam czas ruchliwym nosem i miękkim jęzorem i wyprosić jakiś kawałek śniadania. Inwestor znajomy, więc dopieszczani byliśmy codziennie. Pierogi z jagodami, lody albo miska zimnych, słodkich wiśni w te upalne dni spowodowały, że czułem się jak na wakacjach u przyjaciół, a nie w pracy.
   Nabrałem znów ochoty, żeby jednak dom zbudować. Kilka kubików drewna, parę narzędzi i już można mieć swój wymarzony kąt. Z warsztatem pełnym skarbów, biblioteką, kątem do muzycznych eksperymentów, pracy i relaksu. Z ogrodem dla wielkiego psa, składzikiem na sprzęty sportowe, ze ścianką wspinaczkową i tyrolką dla dzieciaków. Z wielkim piecem w kuchni, z ławeczką przed domem i miejscem na ognisko. Z grillem i piecem chlebowym. Z ziemianką. Z miejscem dla przyjaciół. Z pełnym barkiem dla przyjaciół. Z kruszarką do lodu i całym trawnikiem mięty na mojito. Z wielką kuchnią na wspólne gotowania, salonem na śpiewogrania i rzutnikiem na wieczorki filmowe. Dużo bym tak mógł jeszcze wymieniać. Chciałbym.
   Wracam do formy powoli. Biegać zacząłem znów i nawet nie ma tragedii. Ze wspinaczką chirurg kazał poczekać jeszcze trochę, ale podciągam się czasem na próbę i jest coraz lepiej. Chyba basen pomógł dużo. Może w weekend już powalczę. Tymczasem miły wypad na trekking w Karkonosze przyjaciel zaproponował, fajnie było. W niedzielę prawie 40 kilometrów na rowerku po szutrach zrobiliśmy jeszcze, a doliczając wieczorny wypad na bachatę to nawet 50 mi się uzbierało. Nie zdążyliśmy zwiedzić skały koło jego domu, co planujemy już od wiosny, ale może i lepiej. Zrosnę się trochę jeszcze.
   Od piątku żywiłem się grillami. Piątkowy wieczór nad Odrą pamiętny będzie z pewnością ze względu na hordy krwiożerców, złamany obojczyk i nieplanowaną kąpiel nieumiejącej pływać koleżanki. W sobotę u kumpla (swoją drogą miejscowość się Lipa nazywa) pod czereśnią magiczna noc pod księżycem przy ognisku. Niedziela wolna od węgla drzewnego była, ale w poniedziałek za to znów spotkanie, tym razem w pobliżu wody strzeżonej, żeby się Sylwia bezpieczniej czuła (bo to ekipa piątkowa znów była). Kolegi z uszkodzonym obojczykiem nie było, bo obie ręce ma unieruchomione. Zagadaliśmy się do późna i znów niewyspany byłem w pracy. Jak mi pszczoły zabrzęczały przy śniadaniu to prawie zasnąłem.
   Gdy wracałem w niedzielę z tańca, minąłem taką parę. Trochę starsza pani prowadziła pod rękę chudego, pijanego faceta. Gość czerwony, z postury powiedziałbym, nałogowiec. Ubrany czysto i letnio, tylko pionu utrzymać nie mógł. Dba o niego ktoś widocznie. Pani wyraz twarzy miała zagadkowy dla mnie. Może tak się odbijają na mięśniach mimicznych tak zwane mieszane uczucia. Tak mnie to zastanowiło trochę i rozmyślania moje skierowało w stronę ludzkich potrzeb. Bo czemu ona to robi? I czemu on to robi? Jak to jest? Tak sobie pogdybałem dla rozrywki na temat różnych aspektów ludzkiego charakteru, tych pozytywnych i tych nie. Jak łatwo można swoje problemy zrzucić na głowę komuś innemu. Temu dobremu. Odpowiedzialnemu. Z takim nastrojem dojechałem pod latarnię przy której rower parkuję. Ciasno było trochę bo motocykle sąsiad z sąsiadką też tam dopięli tym razem, ale zaparkowałem i poszedłem prawie spać.
   Lipą pachnie.
A to rozbudowa jaką robimy w Bielawie. Bardzo sympatyczny domek. Po tygodniu pracy, z kawałkiem :D
Grill pierwszy

Grill drugi

 
Wędrówkowe
Rowerowe