sobota, 22 czerwca 2013

Pokochaj Drogę


   Wiele fascynujących, intrygujących i niespodziewanych wydarzeń spotkało mnie ostatnio.
Mniej, lub bardziej pozytywne, wszystkie niosą ze sobą doświadczenie.
Dobrze jest doświadczać, bo w końcu to jedyne co mamy zawsze i napewno.
Siebie, ukształtowanych w dużej mierze tym, co napotkaliśmy na swej drodze (!).

"Życie cię wybrało, ale masz prawo odrzucić wyzwanie. Jaki byłby świat bez dzikich
winogron i jesiennego dżdżu? Czym stanie się droga bez pyłu i stal bez rdzy? Kim
staniesz się ty bez ludzi? Sobą.
Nie pytano nas, czy chcemy żyć. Ale tylko nam dano wybór drogi. Chwyć swoją drogę, złap swój wiatr. Nawet jeśli świat stanie się równiną, ty musisz być skałą. Dopóki jest światło, możesz rzucać cień. Dopóki jest słońce i powietrze, zawsze będzie wiatr. To dobrze, że czasem wieje w twarz." 
Księga Gór- "Lord Z Planety Ziemia"

   Chwilowo trochę więcej czasu na lekturę znalazłem, bo poturbowany nie mam szans na aktywności ruchowe. Dziś drepcząc po pokoju "żeby rozchodzić" trafiłem przed ekran, między dzieciaki próbujące wycisnąć jeszcze więcej zabawy z konsoli ze sterownikiem video. Doczekałem się komentarza, że nie mają gry o zombie. Na szczęście komentarz był od żywych, a nie od maszyny :D.

   Pisałem już, że wygrałem wspaniały weekend w Krakowie w wyśmienitym towarzystwie. Gdzieś tam nadmieniałem, że to moja pierwsza wygrana w życiu, ale fakt jest taki, że największą wygraną w moim wypadku jest wspaniała rodzina i rewelacyjni przyjaciele. Dziękuję za to często i dziwię się, że wszyscy są dla mnie tak dobrzy ciągle. Kocham was.
   Z poznaną ekipą napewno będziemy utrzymywać kontakt, choć w ten piątek nie mogłem się z Nimi spotkać. Wybaczcie, coś mi stanęło na drodze ;)

   Następny weekend też był wesoły. Koleżanka poprosiła w sobotę o asystę przy zakupie butów wędrówkowych, na co zgodziłem się z ochotą. Ostatnio coraz częściej goszczę na outdoorowym zagłębiu. Rozpoznaję ekipę, ciekawe, czy oni mnie też. Szkoda, że do Outdoorpro jest tak daleko. Fajna koleżanka tam pracuje. Na Fpince się widujemy czasem. Fajna, znaczy zajęta pewnie ;). Po wycieczce butoznawczej (owocnej, dodajmy) poszliśmy do Tralalala na superlody, ale po drodze zapachniała nam pizza. Czasem można przecież. Od słowa do słowa, kumpela zorganizowała mi niedzielę w postaci wyjazdu w góry (na rozchodzenie butów- vide poprzedni post). Dodała jeszcze, że nocuje jednego takiego Chorwata i zabierze go z nami.
   Chorwackiej braci okazało się sztuk trzy. Matej fajne fotki robi, Deni włazi gdzie się tylko da, a Zlata jest po prostu zjawiskowa. Lubię chyba blond warkocze ;). Chłopaki zawitali do Wrocławia w drodze powrotnej z Norwegii, gdzie spędzili kilka dni na dzikim noclegu w parku narodowym. Wracając postanowili odwiedzić Zlatą, kuzynkę Mateja, którą na Dolny Śląsk przywiał Erasmusowy wiatr. Nocleg załatwili sobie za pomocą couchsurfingu, i tak przecięły się nasze drogi. Oprócz zagranicznej, towarzyszyła nam również wrocławska ekipa, zgraliśmy się wszyscy i zabawa była cudowna. Świetni ludzie, mam nadzieję, że jakoś utrzymamy kontakt, a przy obecnej globalnej wiosce nie będzie to chyba trudne. A angielski sobie odświeżyłem, choć wygląda, że trzeba trochę popracować nad nim.

  Dużo jeszcze udało się upchnąć w te kilka dni. Przez chwilę miałem dwa rowery i dwa kłopoty- po pierwsze jedna zapinka to za mało, a po drugie nowszy rower ma wentylki rowerowe.Drobiazgi rozwiązują się same :D Już mam jeden rower, a dętkę muszę zmienić, to założę samochodowy ;). Dwa razy naprawiałem samochód, w tym raz własnym potem i krwią, miałem okazję podelektować się potrawami amerykańskiego grilla, odwiedzałem przyjaciół dawno i niedawno widzianych, wspin w sokołach kolejny zaliczyłem, dostałem zaproszenie na kajaki, żagle, beskidowy trekking i majsterkowanie w leśnym siedlisku. Ten tydzień zapowiada się spokojniej. Facebookowe konsultacje pozwoliły właśnie odkryć że, poza wszystkim, jeszcze obojczyk mam złamany chyba. Zrośnie się :D Siła.

   To dobrze, że czasem wieje w twarz.




Jest jak jest. Raz lepiej, raz lepiej. :D

sobota, 8 czerwca 2013

Dysonans


   Byłem dziś w klubie.
Zdarza się czasem. Przyjaciele zaproszą, to miło spędzimy wspólnie czas. Pogadamy, pouśmiechamy się do siebie, powydurniamy na parkiecie. Zwykle doceniam bardzo te chwile, ale dziś miałem obniżoną tolerancję.
Niewyspanie pewnie. Przez ostatnie półtora tygodnia średnia dobowa długość mojego snu wyniosła około 5 godzin. Dziś rano obudziłem się bez budzika, po ośmiu godzinach, fizycznie wypoczęty. Tylko mózg domagał się jeszcze trochę relaksu.
   Efekt tego niedopasowania psyche do physis nasilał się cały dzień. Jadąc rowerem przez miasto, miałem ochotę włączyć autopilota i pedałować do końca drogi. Bez myślenia, rozmów, kakofonii dźwięków. Zresetować umysł i po prostu chłonąć otaczający świat, będąc obok, w pędzie, za jedyne obciążenie głowy mając zadanie zmuszenia mięśni do ruchu. Skręciłem do domu. Kupiłem ser na sernik, ale przypomniałem sobie, że za dwie godziny impreza. Odpocząłem trochę, z rozkoszą współdzieliłem posiłek z przyjaciółmi, przy czym dowiedziałem się, że u nas też impreza wieczorem. Do "Nietoty" pojechałem rowerem, chcąc jeszcze trochę relaksu zażyć, ale za blisko.
   Na miejscu kumple, przyjaciółki, znajomi i nieznajomi. Ładne dziewczyny, głośna muzyka, drinki. Dziś to nie mój klimat. Te prasowane koszule, skórzane kurteczki, sterczenie przed kontuarem w czapeczce. Ekipy z wieczorów panieńskich i kawalerskich. Lans i pozerka. Dziś chciałbym naturalności. Ciepła. Iskierek w oczach i rozmowy. Dudnienie muzyki w uszach zniechęcało. Zmęczenie głowy wywoływało pieczenie oczu i ukradkowe ziewanie. Podzieliłem się z ekipą kilkoma opowieściami, póki jeszcze muzyka była na tyle niegłośna, że dało się coś usłyszeć. Popodziwiałem chwilę ładną dziewczynę siedzącą dwa stoliki dalej, gdy już nie dało się rozmawiać. Zamiast na parkiet, poszedłem do domu, szukać jakiejś oazy spokoju.
   "Do lasu mnie. I do gór. Bardzo."  Dziś. Dobrze, że jutro w góry idę. Na klatce schodowej minąłem się z naszą domową imprezą, która eksportowała się na miasto. I tak: "Na zachód, w góry ruszyć, jestem gotów".
 Dobrej Nocy.

piątek, 7 czerwca 2013

W sieci



   Sieć to bagno, mówią. Bagno wciąga. Łatwo w nim natrafić na zapomniane skarby, gmachy starożytnej wiedzy, chatki wiedzących, zapierające dech w piersi widoki, ale pełno jest też niewartych uwagi gór śmieci. Tereny jak z bajki. Można tam spotkać zadziwiające indywidua. Rozwydrzone dzieciaki, którym coś wyżarło zrobioną z cukierków ścieżkę, zagubione istoty, szukające same nie wiedzą czego, brodzące w błocie grupki zielonych chłopców z wirtualnymi maszynkami do zabijania, a wreszcie przechodzących własną ścieżką wędrowców, chętnie obserwujących cuda które rozwiną im się przed oczami, ale dążących w swoją stronę, z jakimś celem na horyzoncie. Właściwie, dla mnie, chyba właśnie ludzie stanowią największą wartość internetu.
   Portale społecznościowe to te najbardziej klejąco- mlaskające i wypuszczające banieczki metanu zakątki grzęzawiska. Jak już omsknie Ci się noga na śliskim mchu i wpadniesz, ciężko wyjść. Najgorzej, że wydeptane ścieżki rozgałęziają się coraz bardziej, mnożą i właściwie wszystkie na końcu mają ikonkę "polub nas na facebooku". Jak już wpadniesz, robi się ciepło i swojsko. Natykasz się na najbliższych przyjaciół, znajomych, którzy mają akurat trochę czasu, żeby pogadać albo po prostu ciekawych ludzi, dzielących się chętnie swoimi pasjami, obserwacjami świata, wiedzą lub humorem. Jakoś oni wszyscy zasłaniają cel będący kiedyś na końcu ścieżki. Ciężko jest przejść najkrótszą drogą wśród tylu ludzi, na drugą stronę. Podziwiam tych, którzy to potrafią, ale jednocześnie im współczuję. Ludzie są wspaniali. Tak łatwo jest wreszcie utrzymać kontakt z przyjaciółmi. Czasem jesteśmy zapracowani, zajęci Bardzo Ważnymi Sprawami, ale głupi drobiazg, parę słów lub przypomniana piosenka wrzucona na tablicę daje sygnał: jestem z Wami. Pamiętam, że Wy jesteście ze mną. Bo mimo swoich spraw, przecież kradniemy kilka minut na zerknięcie, co nowego u Przyjaciół. Okropna kawa? Urodził nam się synek? Nieporównywalne? Jestem z Wami.

   Fajnie poznawać ciekawych ludzi. W pracy, na ścianie, imprezie czy aerobiku. W górach albo w parku. Na rowerze i w sklepie. Na kursie tańca albo ceramiki. W internecie. Nawet narzędzia do tego wymyślili. Serwisy takie jak choćby sport42, zaktywowani czy randkowa sympatia. Czasem ciężko od nadmiaru, czasem wręcz przeciwnie, ludzie otwarci albo zamknięci w sobie, dusze towarzystwa i samotnicy, weseli albo skwaszeni, chętni do kontaktów, albo nie do końca wiedzący co tu robią.
   Ostatnio było łatwiej :) Ktoś wybrał za mnie i na dodatek zaprosił nas wszystkich, zafundował świetną kolację i mega zabawę w pozowanie przed obiektywem. Dużo wolnego czasu pozwoliło zgodnie z własnymi preferencjami ustalić plan imprezy, a że ekipa energetyczna i pozytywna, gruszek w popiele nie zasypywaliśmy. Właściwie nie wiem, kto wybierał, ale trafił świetnie. Czuliśmy się wszyscy jak na spotkaniu starych przyjaciół, a nie ludzi znanych sobie od kilku zaledwie godzin. Rozmowy i zabawa, znów rozmowy i spacery, wszędzie dużo uśmiechu i serdeczności. Akceptacja. To, czego człowiek potrzebuje od drugiej osoby. Każdy był inny, miał ciekawe opowieści na kompletnie obce pozostałym tematy, a jednocześnie wyczuwało się więź. Dziwne i zastanawiające, ale wspaniałe. Noc okazała się za krótka, a czas powrotu nadszedł niespodzianie, zmuszając wręcz do biegu ku środkom komunikacji. Ja, w każdym razie, musiałem biec :).



wtorek, 21 maja 2013

Pięknie we Wrocławiu!




   Kilka miłych doświadczeń ostatnio miałem.
Na sobotniej nocy muzeów posłuchałem sobie sambowych występów żeńskiego zespołu perkusyjnego, niedzielę spędziliśmy na ciepłej skale delektując się wspaniałym towarzystwem i kuchnią niebiańską, a dziś po pracy na styk zdążyłem skorzystać z zaproszenia koleżanki na zajęcia fitness (i, kto by się spodziewał, znów żeński zespół, poza jednym rodzynkiem) :D
Oparzenia słoneczne już prawie nie bolą, budowa w górach nad wodą i w słońcu, dziś na śniadanie ryż z jabłkami, sorbet jabłkowy wychodzi jak marzenie, choć może nie jak sorbet :D
   Z ciekawostek sobotniej nocy jeszcze- znalazłem dwa fajne miejsca na artystycznym Nadodrzu. Planuję ponowne odwiedziny w pracowni ceramiki, żeby wreszcie zrobić wymarzony kubeczek ze wspinaczkowym uchem, a w drugim studio upgrade moich koszulkowych eksperymentów planuję do sitodruków.
Zapowiada się świetna zabawa.
Warsztaty ceramiczne w niedzielę o 12.30
Aaa, kurs bachaty jakiś w niedzielę na 22.30 jeszcze od przyszłego tygodnia.
Salsy wróciły też, dla odmiany w czwartki.
Układa się powolutku tydzień. Normalnieje świat znowu. Miłej nocy :D


środa, 15 maja 2013

Spalony!



Dziś cały dzień na słońcu.

Praca przyjemna. Dwie przymusowe przerwy pozwoliły pobyczyć się na trawie, za to do domu wróciłem o 19 dopiero. W poszukiwaniu mrożonych truskawek na wymarzony sorbet odwiedziłem trzy okoliczne sklepiki. W tym najbardziej znajomym pani ekspedientka z uśmiechem spytała czy mnie kark nie boli, a druga ze zrozumieniem kiwając głową nabiła na kasę dwa jogurty naturalne.. To co im będę mówił, że na sorbet Truskawek nie było. W najbliższej z bliskich przyszłości planuję sorbet jabłkowy- jak tylko jabłka się zamrożą.

Poszedłbym na ścianę ale jutro wczesna pobudka, kark mi świeci tak, że światełka tylnego nie potrzebuję na rowerze, no i ten sorbet.. ile mogą zamarzać jabłka krojone w kostkę?
Poćwiczę w domu trochę. Jak wskoczyłem pod prysznic po robocie, to myślałem, że wrzątek mi ktoś do wylewki podłączył, ale jakoś dało radę. Chyba krem z filtrem muszę nabyć drogą kupna.

Jutro jedziemy do Marciszowa, a to już prawie sokoliki... ciekawe o której skończymy.

Aaa.. plan jest!

Wyjazd weekendowy, pod namiot, w okolice Jawora, do znajomych na ich hektarowy ogródek przydomowy (czyli zaplecze socjalne zacne), nocne ognisko z szykanami, wspinanie w piachach ale świetnie obitych, gęsto, taki wyjazd na zwiedzanie. Topo na stronie http://www.piachy.eu/

Przemyślcie, coś zaplanujemy.

Tymczasem idę sprawdzić jabłka.

niedziela, 12 maja 2013

Skarby.


   Schowek mi się w samochodzie nie domykał. Od nadmiaru.

Ignorowałem, ile mogłem, ale w końcu przyszedł ten czas, że trzeba było przetrzebić zawartość. Większość- oczywiście- śmieci, ale wśród stosów wydruków, rysunków, notatek i rachunków, schował się plik złożonych w pół kartek. Takie tam. Niby nic szczególnego.
   Słyszeliście kiedyś o restauracjach, w których serwuje się dania w ciemności?
Idea polega na tym, że wraz z utratą jednego zmysłu, wyostrzają się pozostałe. Tak niecodzienny posiłek spożywa się palcami, by doświadczyć kulinarnych wrażeń w zupełnie odmienny sposób, a z przygody tej wynieść nie tylko niezapomniane smaki ale i zaskakujące wnioski o konsystencjach, lepkościach czy strukturach potraw. Może też trochę, żeby oka widelcem sobie nie wybić.
Ponoć elementem zabawy jest również zgadywanie co się jadło, bo dania są niespodzianką szefa kuchni. Gości obsługują niewidomi kelnerzy, albo tacy w noktowizorach. Ciemności kompletne. Romantyczne ponoć. Do wyobraźni w każdym razie przemawia.

   Research robiłem, strasznie daleko i drogo, z tego co pamiętam, ale przecież czego się nie robi..
Głupie to było i oczywiście nie wyszło, z różnych względów, ale starałem się
Nawet taki śmieszny dywan był z, jakby, dwucentymetrowych dredów, i stolik okrągły jak w restauracji o co niełatwo jak się okazuje. Jedzenie za to...
Jak dla mnie, było boskie. Nawet dość malownicze w świetle, zagadkowe i pyszne. Fakt, że pracochłonne trochę, ale efekt do dziś pamiętam jako najlepszy obiad jaki przygotowałem. Ever! Może i źle pamiętam. Pamięć różne cuda wyczynia. Wczoraj usłyszałem, że wspomnienia najmocniej wiążą się z wrażeniami węchowymi. No więc może mi dobrze pachniał, i zapamiętałem.

   A te kartki to były notatki z przygotowań. Przepisy, z których po twórczej syntezie powstały wspaniałości na talerzach. Plan. Żenujące lekko, ale takie już są wspomnienia czasem. Moje dość często chyba nawet. Naiwne do ścisku gardła.
Schowam je głęboko. Kiedyś się przydadzą może. I może znowu coś ugotuję. Pewnie jakieś okazje będą.

piątek, 3 maja 2013

Coś puszcza.



   Ostatnio sunąłem sobie przez wrocławską korporację windą. Ze mną dwóch wyrobników sukcesu, w wieku produkcyjnym (czyli w okolicach mojego) tocząc lekką dyskusję o jeździe tramwajami. 
Ujęło mnie stwierdzenie na temat wiosennych studentek brzmiące "ja w drodze do pracy kilka razy zdążę się zakochać!" 
Wiosna. Niby nic, ale zieleni się wszystko.
   Dziś stałem sobie na murach twierdzy z zamierzchłych czasów (swoją drogą taki tekst na tablicy informacyjnej powala, mój głód wiedzy historycznej został.. podrażniony ;)) podziwiając górski krajobraz i moknąc w deszczu.
Niby mury wysokie, niby wszystko spływa, bo kurtka nowa, niebieska i szczelna, ale jakoś tak..
Rozprasza się człowiek. W trakcie spaceru na zamek ponosiłem sobie aparat a jedynym efektem był ubaw, gdy okazało się, że chcę zrobić zdjęcie nie mając karty w środku.
   Pewnie jeszcze większy ubaw byłby, gdyby aparat nie mówił, że karty nie ma, co było standardem w oprogramowaniu seryjnym. Już ze trzy lata temu wrzuciłem zhackowany software, a przydało się dopiero teraz.
Wiosna.

piątek, 26 kwietnia 2013

Poszedłem Na Dziób!


Popłynęli koledzy w rejs
Fale ich kołyszą gdzieś...

Właściwie popłyną jutro.
Jedni do Włoch, drudzy w Chorwackie rejony, a mi tęskno.
Kumpel poprosił o wsparcie merytoryczne w formie drukowanej. Zajrzałem do morskiej biblioteczki. Wysłużony "Sternik i Żeglarz..." i prawie nieużywany "Instruktor" popłyną służyć radą. Namokną od słonego powietrza. Przedmucha je i ochlapie na pokładzie, a mnie nie.
Oj, jak mi się chce. Do wiatru, do lin, do żagla. Do steru a nawet do kopcącego diesla. Do stuku fałów o maszty i do samotności na dziobie. Do cichego portu i morskich ballad nad ranem. Wyciągnąłem z regału "Ceremoniał morski" i przeczytałem ze dwa rozdziały. Przeszukałem wszystkie półki, ale "Szanty i Szantymeni" pewnie wywędrowali do kogoś w odwiedziny. Może ktoś, wertując ich kartki, szykuje prawdziwe karaibskie drinki, albo eksperymentuje w kuchni z osiemnastowiecznymi marynarskimi potrawami.
Może jednak rzucić to wszystko i iść na morze... papiery wyrobić, Alfa o kajutkę ciepłą poprosić. Po oceanach się powłóczyć.

...Dla nich dobry los lub zły
Im się sen na jawie śni
Dla mnie zwykłe, szare dni

Na jachcie nie ma wiele miejsca. Mało jest prywatności. Ważne jest, by dobrze się dobrać z ekipą, ale czasem niestety się nie udaje. Wtedy jest jeszcze dziób.
Idąc na dziób dajemy sygnał, że chcemy być sami. Że potrzebujemy izolacji, odrobiny wytchnienia od.. od reszty. Nieważne od czego. I nawet gdy fordek jest mikroskopijny, gdy znajdzie się tam kilku kolejnych spragnionych samotności, znajdziemy ją. Taka magia. Siedzenie samotnie ramię w ramię pomaga. Może nawet bardziej niż siedzenie samotnie samotnie. Bo efekt potęgowany jest przez to uszanowanie tradycji. Szacunek. I współczucie, czy wspólne czucie raczej, empatię.
Taka ciekawostka z wody, jakby ktoś nie wiedział
  
Dobrze posiedzieć samotnie ramię w ramię.

...Przyjdą te dni,
A na razie...
Popłynęli koledzy w rejs...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Ciepło.



   Wracając z panelu dziś tęskniłem sobie. 
Jechałem przez wieczorne miasto, rozświetlone latarniami i neonami. Zaglądałem kątem oka w witryny sklepów i lokali, patrzyłem na ludzi niespiesznych, niektórych wyczekujących końca pracy, innych wracających do domów, i tych spacerujących, i tych walczących o oddech na joggingowych ścieżkach. Łapałem migawki twarzy, spokojnych i optymistycznych, odprężonych wreszcie po długiej walce z zimą.

   Nie czułem dziury w kolanie, otarcia na biodrze, nie żal chwilowo było ulubionych spodni rozdartych i zakrwawionych trochę przy wczorajszym przyziemieniu. Od czasu do czasu kropla deszczu kapnęła na twarz, a chłodniejszy powiew wiatru przypominał o wiszącej nad miastem burzowej chmurze. Takiej jak te nad jeziorem, gdy już zawiniesz do portu i cieszysz się że zwinąłeś wciąż suche żagle, a zaraz na wodzie będzie warte obejrzenia przedstawienie. Takiej co zapowiada uroczy wieczór pod połą namiotu, gdy gitarowe ballady mruczane są w takt dudniących o dach kropel, a potem wygrzewanie się z ciepłą herbatą w śpiworze, bo zajęcia odwołane.

   Nie chciało się wracać. Raczej jechać w dal wśród tych ludzi i świateł, w ciepłym wiosennym powietrzu, w ciągle zmieniających się zapachach. W tę burzę nawet. Może to przez muzykę, bo przerzuciłem się znów na salsę i jakoś tak zachciało się znowu pouśmiechać do koleżanek. Na parkiecie.
Tęskniłem za ciepłem. Fajnie zimą, ale teraz lepiej. Może najlepiej nawet.
I tak sobie tęsknię dziś, bo jest do czego.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Piękne, ale czy prawdziwe?



   Są takie chwile że chciałbym być człowiekiem sukcesu. Kimś lepszym niż jestem. Żeby dziewice mdlały i w ogóle 
 Zwykle właśnie wtedy wszystko idzie odwrotnie.
Ogromne starania,długie godziny walki z materią bądź niematerią nie doprowadzają nawet do celu minimum, a co dopiero do powalających efektów. To pewnie jak z pływaniem, im szybciej próbujesz płynąć, tym większy opór wody. Widocznie nie jestem stworzony do pływania.
   Czerpiąc z takich doświadczeń, zwykle staram się być po prostu sobą. Jakoś mniej niepowodzeń, może dlatego też że już długo ćwiczę. Takim tam niepozornym, wesołym ludkiem, sympatycznym, kolorowym i ciepłym, bez znaczących osiągnięć na polu intelektualnym, ekonomicznym, socjalnym czy profesjonalnym. Pierdzikółkiem mijanym przez bolidy sukcesu.
   Uśmiechnijcie się, gdy w pędzie po nagrody będziecie mijać mojego kolorowego garbuska. Bo uśmiech jest dobry, radość drugiego człowieka daje mi ogromną pozytywną energię, a wszelkie przejawy humoru, choćby te mocno siermiężne (tak, na panelu się zdarza, ale dziewczyny tam odporne i wybaczają łatwo), potrafią uratować nawet całkiem skopany dzień. Może dlatego bardzo lubię pomagać ludziom, żeby się mogli uśmiechnąć...

    Jestem więc sobą, choć chciałoby się czasem... ech,wiosna.

czwartek, 28 marca 2013

Być.


   Lubię skanseny. Lubię niebieski. Lubię robić ładne zdjęcia. 


Może niedużo, taki kartonik z obrazkiem, ale przynajmniej JEST. I stymuluje do myślenia o tym, co dobre było, piękne i warte zapamiętania. Bo trzeba patrzeć w przód, co, paradoksalnie, prowadzi do patrzenia wstecz. Trzeba mieć co opowiadać na starość, więc trzeba jednak coś zapamiętać. Na szczęście już taka natura, że lepiej pamiętamy to co dobre.


   Oczywiście, że pięknych, epickich zdjęć jest ogrom. W dobie internetu możnaby całe życie spędzić kontemplując obrazy dostępne na wyciągnięcie ręki, we wspaniałej jakości, gdzie zaklęty moment, specyficzny kadr czy wyciągnięty z tłumu detal przemawia może nawet bardziej, niż oryginalne, doświadczone w biegu i po łebkach przeżycie. Bo często nie ma czasu na pełne chłonięcie chwili. Bo trzeba coś. Albo natłok bodźców. Albo lenistwo nie pozwala schylić się i docenić. Czasem wpadam w tę pułapkę, jak każdy. Im bardziej szary dzień, tym mocniej cieszy oko dobra fotografia, obraz, szkic, historia ukryta wśród liter lub kolorowych obrazków. Doceniam to, że ktoś chce się podzielić przeżyciem czy ideą, i to że umie.


   Kiedyś zabrałem się za rysowanie bo nie mogłem znaleźć tego, co mi się podobało. Chyba takie wychowanie- jak chciałem zjeść coś dobrego, to sobie gotowałem/piekłem/smażyłem. Nie widziałem nic dziwnego, że wymarzone stroje czy pokrowce na sprzęt trzeba uszyć. Przecież nikt inny nie wiedział, jakie mają być. Grałem na gitarze tylko to co lubiłem i tak jak lubiłem. Pisząc, też starałem się sprawić, by dobrze mi się czytało. W miarę możności komunikatywnie zawrzeć ładunek emocjonalny wypływający z mojej głowy istniejący obok treści wypowiedzi.


   Teraz, w natłoku łatwo pozyskiwalnych produktów, adekwatnych do moich potrzeb, spełniających wszelkie warunki estetyczne i użytkowe (no dobra, czasem są za drogie, wtedy podwijam rękawy i robię ;)) została chęć stworzenia Czegoś.
Złożyć z części coś więcej niż przypadkową całość. Niezaprzeczalnie istniejącą. Moją.
Z drugiej strony dokumentowanie doświadczeń, przeżyć, notowanie rzeczywistości na poczet wspomnień. Na koniec radość zrobienia czegoś, co zyska uznanie innych. Potwierdzenie, że nie jestem sam z moją estetyką, że coś warte jest to dłubanie, że się podoba troszkę bardziej obiektywnie. 


Że komuś się chce przeczytać
 .

wtorek, 26 marca 2013

Bo lubię.



   Lubię herbatę.
Rodzinne przyzwyczajenie, takie sączenie gorącego, mocnego i słodkiego naparu.
Wciąż pamiętam smak najlepszej na świecie sypanej Earl Grey z kwiatami bergamotki którą mama przywiozła kiedyś z pracy.
   Ponoć wraz z wiekiem traci się wrażliwość na smak, więc mało prawdopodobne, żeby jakaś mieszanka jeszcze tak mi smakowała.. ale zdaje się, że to nie tylko wina kubków smakowych.
W herbacie coraz mniej herbaty, pijemy bursztynową farbkę zaprawioną odrobiną garbnika.
W kawie nie jestem tak rozsmakowany, ale uczę się.
Chętnie sięgam, jeśli ktoś z gościnnych przyjaciół zaproponuje, chwaląc, że ma dobrą (albo nowy ekspres który trzeba przetestować). Może nawet nauczę się poznawać, która jest dobra.
Utrudniam to sobie jak mogę, pijąc głównie białą, z naprawdę dużą ilością mleka.
Bo mleko też jest w porządku.
Bardzo zimne mleko zagryzione mleczną czekoladą na przykład. Kolejny ze smaków dzieciństwa. Albo jeszcze ciepłe mleko, prosto od krowy, spienione na wierzchu i smakujące bitą śmietaną, za to pachnące.. no.. krową. Trudno

   Teraz się już tak nie da. Kubki smakowe? Normy unijne? Może krowy za chude.
Herbatę z mlekiem też pijam często. Niestety czasem okazuje się że wychodzi bursztynowa farbka rozpuszczona w wodzie z dodatkiem białej farbki.
Bo dobrze jak życie jest kolorowe. 
   Lubię dobre jedzenie. Od małego mieliśmy dostęp do kuchennych utensyliów i zabawa na całego wśród kłębów mąki i rozgrzanych piekarników pozwoliła nabrać wprawy. Ze względu na nieuchronne ubożenie języka (o kubki) staram się nie ograniczać za bardzo w doświadczeniach smakowych. Bo dobre jedzenie daje szczęście . Z drugiej strony, całotygodniową walkę o mniejsze obciążenie na ścianie bardzo szybko niweczy pobłażanie przy stole. A sport daje szczęście. W takim układzie tkwię ostatnio, nie mogąc ruszyć w żadną stronę. 
Lubię gotować. Eksperymentować w kuchni. Przygotować coś fajnego, czym mogę podzielić się z przyjaciółmi. Choćby w ten sposób poprawić ten świat. Czasem na poprawę humoru najlepsze jest upichcenie niebiańskiej bomby kalorycznej.
   Tylko ktoś to potem musi zjeść..

środa, 20 lutego 2013

Leszczu


Generalnie staram się być dobrym i pomocnym człowiekiem.
Kilka dni temu przejeżdżałem przez skrzyżowanie wśród tłumu pieszych na pasach. Przed samym przejściem mrugał awaryjnymi niewielki, czerwony samochód, a pan kierowca próbował rzeczony wehikuł zepchnąć na zjazd do Carrefour'a, bo tam z górki się jakoś potoczy, by nie blokować przejazdu spieszącym się niewiadomo dokąd podróżnym. Niewiele, a wręcz nic nie myśląc (bo jak się jedzie rowerem, to nie ma czasu na myślenie;)) zeskoczyłem z pedałów, oparłem rower o słup i pomogłem panu pchać, a właściwie ja pchnąłem, on pokierował.
Taka mnie wczoraj naszła refleksja, że po pierwsze nikt z tłumu przechodniów się nawet nie zająknął, żeby pomóc, a po drugie, że przecież którykolwiek z przechodzących ludzi mógł wskoczyć na mojego wysłużonego góralka i odjechać w siną dal.
Cynicznie patrzącym na świat pewnie wydaję się leszczem do kwadratu, w sam raz, by wypchnąć do najgorszej roboty, a najlepiej jeszcze na koniec kopnąć w tzw. rzyć. No cóż, "niebo gwiaździste nade mną..." jak mawiał jeden pan
  i od razu człowiek się lepszy czuje, a przez ramię nie ma się co oglądać. A, że się nie dorobię w życiu, to i tak pewne jest 
.

Z innych przygód rowerowych, wczoraj po drodze na basen zaliczyłem piękny slide na prawym biodrze. Wychyliłem się nieco za bardzo na zakręcie i koła straciły przyczepność. Jako, że zakręt ostry i wyłożenie głębokie, to do ziemi blisko było, więc nawet nie poczułem. Jeansy tylko zmokły trochę, ale depnąłem potem mocniej, to się rozgrzałem. Cały dzień zresztą mi jakoś tylne koło się ślizgało, pogoda taka. Spodnie zapasowe miałem w plecaku, ale ciągle nie mam błotników w rowerze, więc szkoda było się w czyste przebierać. Zaliczyłem więc najpierw jeszcze salsę i dopiero na imprezie u Wiki się przebrałem.

Osiągnięć ciekawych niestety nie udało mi się dokonać. Co zrzucę trochę balastu poświątecznego, to znajdzie się jakaś impreza z tortem, ciastka "bo-się-zeschną", wizyta, podczas której na stole raczej powinno być coś, albo inna okazja, by sobie życie uprzyjemnić. A miał być ryż i owsianka. Ech..

W sobotę jedziemy do Czech. W planach narty, biegówki, wieczorne granie i nagrywanie. Oczywiście ciężarówka jedzenia będzie
  Ale tiramisu zrobimy. Ostatnio jak ze stoku zeszliśmy, to takie tiramisu w nagrzewającym się samochodzie było po prostu BOSKIE. Nawet bez alkoholu i popite chłodną herbatą.
Wiecie, że istnieje firma Thermos robiąca wciąż termosy? Trzymają ciepło 24 godziny, serio, sprawdzone. Muszę sobie taki sprawić.

Tymczasem sprawiłem sobie nowy telefon, dzięki czemu wiem że mam brudne paluchy 
 Wczoraj do 4 nad ranem wgrywałem cuda na kiju i mam nawigację ze szlakami turystycznymi (jakby jednak busola i mapa to było mało-a zimą łatwo zabłądzić), aplikacje treningowe, listę zakupów do współdzielenia z całą ekipą wyjeżdżającą na narty (chwilowo 34 pozycje w ilościach hurtowych, np. 50 jajek :)), ski czech zawierający mapy rejonów narciarskich i prognozę pogody na nich, a dzięki Anuli oprogramowanie do optymalizacji snu i lusterko
  
Poza tym udało mi się niechcący zadzwonić do szwagra i całkiem chcący do rodziców. Przymusiło mnie również do założenia konta na gmailu. 
Oczywistej oczywistości facebookowej obecności w komórce nie muszę nawet nadmieniać. 
Wziąłem się również i pomieszałem kablami w amplitunerze, uzyskując wreszcie dźwięk w subwooferze. Aż podłoga drży czasem 
Jeszcze Tacie nowe mapy wgrałem, korzystając z okazji, że mam jego gps-a u siebie. Krok o 6 lat do przodu, pewnie będzie widoczny.
Tymczasem świeży puch za oknem, więc jadę się poślizgać, bo plan jest, żeby uszyć pokrowiec na aparat w formie bocznej sakwy plecakowej, może i niebezpieczne miejsce, ale jakoś trzeba tego olbrzyma wozić i wyciągać w miarę szybko. Zatem do Surtexu po cordurę 

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
Awizo właśnie przyszło do Zofika! Mój softshell!!! A surtex po drodze 
(Z softshellem też historia, ale to może później :D)

Pewnie się domyśliliście, ale na wszelki wypadek tłumaczę że na zdjęciu jest leszczu i Pierwsza Zimowa Wywrotka 

wtorek, 12 lutego 2013

Blacha


   Odkryłem kolejną przyjemność w życiu.
Bieganie w śnieżycy.
W uszy grała nienatarczywa gitarka a śpiewała sympatyczna, delikatna blondynka, nie kłócąc się z rytmem kroków. Utwory były ciepłe, wręcz kominkowe, a zaraz za krawędzią kaptura zaczynała się zawierucha. Monumentalne pnie wynurzały się zza chmur białych płatków pozwalając odgadnąć którędy biegną ścieżki. Co jakiś czas zieleniły się kudłate iglaki, jeszcze nie obsypane śniegiem, kontrastując z wszechobecną bielą, oferując schronienie pomiędzy gęstymi gałęziami.
   Zostawianie na szlaku pierwszych odcisków stóp to zabawa, która nigdy się nie nudzi. Czy na piasku plaży, czy na śnieżnej płaszczyźnie, po chwili kontemplacji nienaruszonego piękna, wielka satysfakcja postawienia tego właśnie pierwszego kroku, usprawiedliwiona tylko tym, że przecież zaraz śnieg i tak napada a wiatr zwieje ślady z piasku. Gdzieniegdzie zresztą ścieżki były przetarte, minąłem kilku wariatów w adidasach i biegowych ciuszkach. Jednego nawet rozebranego do rosołu, gdy wycierał się ręcznikiem po ciężkim biegu, i pakował do samochodu.

   Nie mogę doczekać się nowych softshellowych spodni- będą rewelacyjne na takie aktywności, a teraz u mnie z dresami bieda. Się zużyły.
Jutro powinny dojść.
Buty super. Świetnie trzymają kostkę, wygodne od pierwszego założenia, amortyzują, dobrze trzymają się nawierzchni a samoczyszcząca podeszwa nie zbiera nic z drogi. W domu ani plamki nie ma, bo cały śnieg został na schodach. Sznurówki świetnie się zaciskają i luzują, haczyki trzymają sznurówkę a nie zaczepiają o nic innego.  
Jak narazie bomba.

   Jak wróciłem do roweru, pokrywała go oczywiście już solidna warstwa puchu. myślałem nad zapięciem go pod choinką, ale nie starczyło linki, bo choinka wiekowa była.
Zrobiłem jeszcze krótkie kółko po parku i ruszyłem w stronę domu. Przejechałem obok knajpki, gdzie kiedyś dość często zaglądałem na gyrosa- bo tanio a porcje ogromne. Dawno nie jadłem gyrosa.. lubię niestety
 . Pachniało niezrównanie, ale nawet nie zwolniłem, w końcu w domu czeka woreczek pysznego, chrupiącego ryżu .
Pod domem wpadłem tylko na chwilę do sklepu po mleko i składniki na pełnobiałkowy, beztłuszczowy i bezcukrowy sernik. Ciekawe, czy mamy w domu jakąkolwiek blachę 
Zdjęcie na życzenie  Nowy grip i "nowa" fryzura. Poznajecie? 

czwartek, 7 lutego 2013

Norwegian wood


   Rano poszedłem znów się narąbać. Gdy w watowanej kurtce ciąłem kłody w kącie koło drewnianego kajaka czułem się jak.. w Norwegii. Lekki mróz szczypał w policzki a aromatyczne wióry sypały się na buty. A gdy było już troszkę cieplej i w czapce-dokerce i spodniach dresowych zacząłem machać toporem, dosłownie poczułem, jak fiordy mnie w tyłek podszczypują.

   Później rodzice odżyli i mama wyekspediowała mnie po zakupy.
Można powiedzieć, że ludzie ludziom zgotowali ten los


Pączki serowe obtaczane w cynamonie i cukrze waniliowym.
Takie prosto z patelni, gorące, pachnące, rumiane i chrupiące.
Nie dało się zjeść mało. Na szczęście były niezbyt duże.

   W związku z tą rozpustą musiałem iść pobiegać. Zrobiłem całkiem sympatyczną rundkę wokół Sulikowa, nie skręciłem nogi po ciemku ale po lesie mało biegałem. Czarny las oprószony na biało ma swój urok. Wąskie, znane od lat ścieżki. Nawet słuchawki zdjąłem, żeby słuchać skrzypienia śniegu. Z nieba leciały duże, puszyste i zimne płatki, śmiesznie łaskoczące w nos.
Przebiegłem kawałek kopalnianymi drogami i wróciłem na oświetlone szlaki. Pusto na ulicach i spokojnie. Po zgiełku Wrocławia miło wrócić na stare śmieci.

   W międzyczasie (między rąbaniem a bieganiem) korzystając z wielkiego ekranu w salonie nadrobiłem zaległości kulturalne. "Samsarę" zobaczyłem nieco nieuważnie, Bonda nowego drugi raz (dla towarzystwa) i "Whisky dla Aniołów" (gorąco polecam). Tato długo się zastanawiał, w jakim języku mówią w tym filmie
  bo akcja dzieje się w Glasgow. Klimatyczny akcent mają szkoci, Aye?
Love Irn-Bru  
Jeszcze "Niemożliwe" obejrzeliśmy patrząc czasem przez palce, bo troszkę czuli jesteśmy na krzywdę ludzką, a dość naturalistycznie oddana została. Film jednakże również wart zobaczenia.

To co, organizujemy jakiś maraton filmowy?  Kto robi sernik?