"...Taki to i bez skrzydeł poleci
Stuknie głową w horyzont, polata i wróci..."
Od rana siedzę w pustej chatce nad brzegiem morza.
Budziki starały się zaanonsować kolejny dzień przygód, ale z premedytacją je zignorowałem. W ten sposób świętuję zakończenie pierwszego tygodnia w nowej pracy.
Jeszcze wczoraj planowałem zerwać się z samego rana i spróbować złowić samodzielnie rybę na obiad. W porównaniu z wędkowaniem w Polsce łowienie w zatoce to sport ekstremalny. Rzuca się i ciągnie, rzuca i ciągnie.. coś się dzieje. I co najważniejsze ryby biorą. Chłopaki raz na jakiś czas po 8- 10 sztuk wyciągają dorodnych makreli. Trochę boję się zepsuć albo zerwać cudzy sprzęt więc poczekam jednak na demonstrację. Tymczasem dziś makaron z mielonką będzie. Jeśli już przy tematach gastronomicznych jesteśmy to jedyne co znalazłem w sklepie w podobnej cenie do naszych sklepów to muesli. Nawet płatki owsiane są dwa razy droższe. Świetnie się złożyło bo i tak na śniadanie zawsze ziarenka jadałem. Dokupiłem tylko owoców trochę i co rano zalewałem termos pełen płatków i jabłek lub bananów. W czasie przeszłym bo piątkowy upał wymusił drobną zmianę. Z kraju przywiozłem dwa termosy- jeden, wypróbowany już w boju, na napoje i drugi, prezent wyjazdowy od przyjaciół, w sam raz na te moje śniadaniowe specjały. Poza tym kilka pudełek na żywność również przetestowanych wielofunkcyjnie na niejednym wyjeździe. W piątek z nieba lał się żar. Ruchu powietrza zero, cienia niewiele, praca dość intensywnie fizyczna więc do przerwy śniadaniowej o 12.00 w termosie ukazało się dno. Dotrwać do końca pracy czyli kolejne pięć godzin było męczarnią, a wokoło dzicz i pustka, nawet samochodu nie miałem żeby gdzieś podskoczyć bo tak się poskładało. Nauczony doświadczeniem zatem przeznaczam niniejszym oba termosy na napoje chwilowo a i butelkę wody do plecaka wrzucę na wszelki wypadek. Muesli będzie siedziało w pudełkach. Howgh.
Niespodzianek jeszcze kilka się objawiło- po pierwsze nie ma internetu w domu. Kupię sobie telefon norweski to załatwię ten problem, mam nadzieję. Po drugie nie ma pralki narazie więc sobotni laundry day pozwala odczyścić dłonie ze wszystkiego a przy okazji narobić sobie pęcherzy od szorowania. Po trzecie primo pali się tu z robotą i z pierwotnego trybu 3 tygodnie pracy/tydzień wolnego przechodzimy w 6 tygodni pracy na 2 tygodnie wolnego. Nie wiem co to zmienia szefom, ale ja się dostosowuję. Innymi słowy wpadam na chwilkę 8.08 a potem gdzieś 22.08 na trochę dłużej.
Z codziennika- biegam co drugi dzień. We wtorek pokonałem trasę wzdłuż wybrzeża w stronę naszej budowy i dalej, aż do malowniczego budyneczku zlikwidowanej szkoły. Pofałdowanie terenu dało w kość ale widoki piękne. W środę poszedłem powłóczyć się po okolicy, zabrałem książkę, termos, kurtkę, aparat i buty do wspinania. Z poświęceniem wspiąłem się po piargu wzdłuż linii energetycznej na zbocze górujące nad naszą zatoką tylko po to żeby odkryć że górą biegnie droga. Poszedłem nią dalej i znalazłem cudne górskie jeziorko w którym kąpały się dwie norweskie panny. Nie chciałem przeszkadzać więc obwędrowałem akwen co zaowocowało odkryciem malowniczej chaty i kilkoma zdjęciami. W środę na bieganie zabrałem kąpielówki i okularki. Jak już dobiegłem do jeziorka, zrobiło się nawet płasko dość, więc biegało się fajnie. Tym razem dobiegłem do znaku, kierującego na wąską ścieżkę, oznaczonego nazwą schroniska chyba i symbolem wędrowca. Poszedłem tą ścieżką bo jakoś nie mogę tu znaleźć jakichkolwiek szlaków turystycznych i odkryłem malowniczy biwakowy zakątek, trochę fajnych skał i ruiny jakiegoś drewnianego zabudowania. Dalej nie szedłem bo trzeba było biegać ale jeszcze tam wrócę z aparatem. Bieganie zakończyłem na miejscu spotkania z dziewczynami, przebrałem się i popływałem trochę w przezroczystej, nie aż tak bardzo zimnej wodzie. Potem posiedziałem na kamieniu jak wodnik jaki i suchy wróciłem spacerkiem do domu. Piątek spędziłem uzupełniając płyny wewnętrznie i zewnętrznie (pod prysznicem) i odsypiając torturę pragnienia. W sobotę pobiegłem wybrzeżem w przeciwną stronę i zwiedziłem najbliższą miejscowość ze sklepem. Obiegłem port, pole golfowe, hotele, sto cypelków, wyedukowałem się na temat kanału z epoki żelaza łączącego dwie zatoki, turnieju łuczniczego opiewanego w podaniach norweskich (mniej więcej w czasie gdy Polska brała chrzest) i zobaczyłem pozostałości hangarów na wojskowe łodzie również z epoki żelaza. Udało mi się nawet trafić na plażę z piaskiem, tylko nie wiem czy można się na niej kąpać, bo podejrzanie pusta była. Poznałem też wreszcie moją szefową, bo przyjechała podpisać umowy. Okazało się że się pani wspina i chętnie gdzieś się wybierze za mną. Pierwszym zadaniem zatem po uzyskaniu normalnego dostępu do internetu będzie odnalezienie topo okolicy i jakiejś mapy turystycznej.
Norski język łatwy nawet się wydaje (Norsk er lett ;)). Często się domyślam znaczenia przez kojarzenie z niemieckim albo angielskim ale mówić pewnie szybko nie będę. Będzie się mieszało :)Tymczasem staram się zjednywać Norwegów przynajmniej witając się po ichniemu. Aaa, moje bieganie po 80 minut bierze się z tego, że wrzuciłem sobie dwie lekcje norweskiego na mp3 i słucham ich w kółko. Od poniedziałku zacznę następne dwie wałkować chyba. Wczoraj dostałem też zestawienia materiałowe do zrobienia, tzn na razie listę materiałów którą muszę obmierzyć do zamówienia. Oczywiście wszystko w języku wikingów. Trochę już poznałem na budowie, trochę zgadłem a kilka trzeba było sprawdzić na google. W ten sposób łagodnie wchodzę do świata nowego języka :) Fajnie.
Troszkę mi się za Wami wszystkimi tęskni ale włączam sobie jakąś starą płytę (w tej chwili Oczywiście "Czas Spokojny"), przeglądam zdjęcia z dysku i wiem że gdzieś tam jesteście. Nie zapomnijcie o mnie ;).
niedziela, 13 lipca 2014
niedziela, 6 lipca 2014
Dalej niż na północ
Położyłem się o 2.00. Do późna zgrywałem lekcje norweskiego, robiłem ostatnie pranie, upychałem do worka kolejne niezbędne a nie mieszczące się już drobiazgi. Wcześniej pożegnanie z wrocławskim nocnym życiem- przepociłem całą koszulę na parkiecie, ale raczej ze względu na aurę niż jakiś ekstremalny wysiłek.
Rano wstałem o 6.30 i ogarnąłem się całkiem szybko. Dwudziestopięciokilowy worek na plecy, plecak na kierownicę, rower pod pachę i starabaniłem się na dół. Dobrze że ktoś wymyślił amortyzatory w góralach.
Powiozłem graty i pojechałem po ostatnie sprawunki. Wydrukowane bilety okazały się faktycznie na Niedzielę, tak jak pamiętałem :-D Pozdrowienia dla Tomasza.
Czekając na otwarcie optyka przejechałem się po ulubionych zaułkach. Mrugnąłem okiem kilku krasnalom, uśmiechnąłem się do Chrobrego na kucyku, przejeżdżając Więzienną wspomniałem czekoladkę z serem pleśniowym i lody w Tralalala. Objechałem dwa razy Szermierza kurczowo ściskającego periodycznie znikającą szpadę, odwiedziłem kozy na Ostrowie i skwerek z którego wypływaliśmy na pożegnalny rejs Wiki. Na moście zakochanych minąłem jakąś procesję, a przepuszczając ich machnąłem trzy kółka wokół papieża. Nad głową znów skiełczały jaskółki. Popatrzyłem na rzekę wspominając kajaki na Oławce. Powdychałem zapachy ogrodu botanicznego koło którego co tydzień przemykałem w drodze na salsę i który metodycznie przeszukiwaliśmy tropiąc krasnoludy.
Cieszyłem się słońcem, spokojem, brakiem ludzi aż mi się troszkę smutno zrobiło i nie chciałem wyjeżdżać.
Chyba się nigdy nie nauczę że smutkom nie można dawać czasu. Włóczyłem się tak aż na którymś skrzyżowaniu spotkałem się wzrokiem z przechodzącą przez jezdnię panią.
Pani ta patrząc mi głęboko w oczy wyrzekła słowa: "Nnnnie przeszkadzać..." Jechałem sobie dalej ani myśląc przeszkadzać i zastanawiałem się. Może to pani bibliotekarka była. Trochę tak wyglądała. Ciekawe o czym myślała. I poweselałem od tych rozmyślań i od faktu że nie tylko ja jestem taki dziwny że w poplątanych ciągach myślowych wypowiem głośno jakieś stwierdzenie... Że przy pracy albo na rowerze czasem w zamyśleniu intensywnym mi się coś wyrwie z ust. Że na szczęście zwykle nikt tego nie słyszy, ale może bywają też przypadkowi świadkowie tych przetarć osnowy. Że tak jak ja, zastanawiają się o co mogło chodzić i mają pożywkę dla wyobraźni.
Tak myśląc dopuściłem się aktu anarchii jeżdżąc po rynku, a nawet pod drzwiami straży miejskiej rowerem. Zerknąłem w odbicie wieży ratuszowej w witrynie, odwiedziłem pręgierz i Fredrę. Pomogłem jakiejś zagubionej Czeszce i zjechałem po niewymiarowych schodach przejścia świdnickiego. Po drugiej stronie wjechałem po wąskim podjeździe a nie chcąc stracić uzębienia dość mocno się skupiłem na prowadzeniu roweru. Na samej górze, już na płaskim, wyrwały mi się jakieś słowa jeszcze trochę skierowane do Czeszki która już dawno znikła za zakrętem i prawie wybuchnąłem śmiechem. Coś ze mną jest nie tak ale nie tylko ze mną :D. Myśli błądziły ulicą Kamienną którą tyle razy pokonywałem w każdą pogodę po drodze na ścianę. Wspominałem wszystkie te miejsca w których bardziej lub mniej spektakularnie spadałem z roweru.
Ciepło uśmiechnąłem się na myśl o przedwczorajszym posiedzeniu w parku z wspinaczkową sektą do późnej nocy, o robieniu stonogi i bezzasadnych obawach że Ich zapomnę.
Posiedziałem chwilę w kawiarni znów podziwiając kucyka Chrobrego i nucąc przypadkowe fragmenty "chóru narzekań.."
Po załatwieniu wszystkiego na mieście odstawiłem rumaka do siostry i przy wydatnej pomocy rodziny przetransportowałem się na PKS. Okazało się że ekipa od chytrych planów nie zasypuje gruszek w popiele i przyjaciele w większości umundurowani w błękit pożegnali mnie serdecznie jednocześnie wręczając podarki które z pewnością codziennie będą mi ich przypominać. Z resztą, jak tu zapomnieć takich ludzi :) Jesteśmy na siebie skazani do końca świata już... Dobrze że mogę często wracać.
A teraz.. teraz siedzę w czerwonym busie, ładuję czytnik i stukam w laptopa. Rozpiera mnie radość i chęć przygody. Wysłużony zielony worek poddaje ciężkiej próbie amortyzatory gdzieś w luku bagażowym. Objadam się czereśniami z domowego drzewa, które tak pięknie czerwienieje na moje urodziny. Jadę. Wreszcie. Norwegia. Nadzieje tłumią obawy. Będzie dobrze albo jeszcze lepiej. W Drogę!
Rano wstałem o 6.30 i ogarnąłem się całkiem szybko. Dwudziestopięciokilowy worek na plecy, plecak na kierownicę, rower pod pachę i starabaniłem się na dół. Dobrze że ktoś wymyślił amortyzatory w góralach.
Powiozłem graty i pojechałem po ostatnie sprawunki. Wydrukowane bilety okazały się faktycznie na Niedzielę, tak jak pamiętałem :-D Pozdrowienia dla Tomasza.
Czekając na otwarcie optyka przejechałem się po ulubionych zaułkach. Mrugnąłem okiem kilku krasnalom, uśmiechnąłem się do Chrobrego na kucyku, przejeżdżając Więzienną wspomniałem czekoladkę z serem pleśniowym i lody w Tralalala. Objechałem dwa razy Szermierza kurczowo ściskającego periodycznie znikającą szpadę, odwiedziłem kozy na Ostrowie i skwerek z którego wypływaliśmy na pożegnalny rejs Wiki. Na moście zakochanych minąłem jakąś procesję, a przepuszczając ich machnąłem trzy kółka wokół papieża. Nad głową znów skiełczały jaskółki. Popatrzyłem na rzekę wspominając kajaki na Oławce. Powdychałem zapachy ogrodu botanicznego koło którego co tydzień przemykałem w drodze na salsę i który metodycznie przeszukiwaliśmy tropiąc krasnoludy.
Cieszyłem się słońcem, spokojem, brakiem ludzi aż mi się troszkę smutno zrobiło i nie chciałem wyjeżdżać.
Chyba się nigdy nie nauczę że smutkom nie można dawać czasu. Włóczyłem się tak aż na którymś skrzyżowaniu spotkałem się wzrokiem z przechodzącą przez jezdnię panią.
Pani ta patrząc mi głęboko w oczy wyrzekła słowa: "Nnnnie przeszkadzać..." Jechałem sobie dalej ani myśląc przeszkadzać i zastanawiałem się. Może to pani bibliotekarka była. Trochę tak wyglądała. Ciekawe o czym myślała. I poweselałem od tych rozmyślań i od faktu że nie tylko ja jestem taki dziwny że w poplątanych ciągach myślowych wypowiem głośno jakieś stwierdzenie... Że przy pracy albo na rowerze czasem w zamyśleniu intensywnym mi się coś wyrwie z ust. Że na szczęście zwykle nikt tego nie słyszy, ale może bywają też przypadkowi świadkowie tych przetarć osnowy. Że tak jak ja, zastanawiają się o co mogło chodzić i mają pożywkę dla wyobraźni.
Tak myśląc dopuściłem się aktu anarchii jeżdżąc po rynku, a nawet pod drzwiami straży miejskiej rowerem. Zerknąłem w odbicie wieży ratuszowej w witrynie, odwiedziłem pręgierz i Fredrę. Pomogłem jakiejś zagubionej Czeszce i zjechałem po niewymiarowych schodach przejścia świdnickiego. Po drugiej stronie wjechałem po wąskim podjeździe a nie chcąc stracić uzębienia dość mocno się skupiłem na prowadzeniu roweru. Na samej górze, już na płaskim, wyrwały mi się jakieś słowa jeszcze trochę skierowane do Czeszki która już dawno znikła za zakrętem i prawie wybuchnąłem śmiechem. Coś ze mną jest nie tak ale nie tylko ze mną :D. Myśli błądziły ulicą Kamienną którą tyle razy pokonywałem w każdą pogodę po drodze na ścianę. Wspominałem wszystkie te miejsca w których bardziej lub mniej spektakularnie spadałem z roweru.
Ciepło uśmiechnąłem się na myśl o przedwczorajszym posiedzeniu w parku z wspinaczkową sektą do późnej nocy, o robieniu stonogi i bezzasadnych obawach że Ich zapomnę.
Posiedziałem chwilę w kawiarni znów podziwiając kucyka Chrobrego i nucąc przypadkowe fragmenty "chóru narzekań.."
Po załatwieniu wszystkiego na mieście odstawiłem rumaka do siostry i przy wydatnej pomocy rodziny przetransportowałem się na PKS. Okazało się że ekipa od chytrych planów nie zasypuje gruszek w popiele i przyjaciele w większości umundurowani w błękit pożegnali mnie serdecznie jednocześnie wręczając podarki które z pewnością codziennie będą mi ich przypominać. Z resztą, jak tu zapomnieć takich ludzi :) Jesteśmy na siebie skazani do końca świata już... Dobrze że mogę często wracać.
A teraz.. teraz siedzę w czerwonym busie, ładuję czytnik i stukam w laptopa. Rozpiera mnie radość i chęć przygody. Wysłużony zielony worek poddaje ciężkiej próbie amortyzatory gdzieś w luku bagażowym. Objadam się czereśniami z domowego drzewa, które tak pięknie czerwienieje na moje urodziny. Jadę. Wreszcie. Norwegia. Nadzieje tłumią obawy. Będzie dobrze albo jeszcze lepiej. W Drogę!
środa, 11 czerwca 2014
Jedna
Dziś tęskno mi było i smętnie. Takie nastroje najlepiej wybiegać ale duchota przed burzą ogromna i salsa o 20. Na basen też nie zdążyłem ale przynajmniej obiad wreszcie zjadłem. Po drodze na zajęcia minąłem koleżankę z grupy sunącą na swym holendrze w przeciwną stronę. Zamieniłem z Nią dwa słowa ale jakoś tak smutno. Wypisała się właśnie z zajęć. Szkoda, pewnie nie będzie okazji się widywać za często.
Pogłębiło mi się i taniec nie pomógł na długo. Wracałem do domu w żółwim tempie licząc róże, parasole i warkoczyki. Zatrzymałem się przed kościołem na Ostrowie, oparłem o Papieża i podziwiałem czarną bryłę budowli na tle ciemniejącego nieba. Wokół śmigały z piskiem chmary czarnych jaskółek. Stałem tak próbując w dźwiękach odnaleźć jakiś cel. Powoli przeszedł latarnik zapalając po kolei gazowe latarnie wzdłuż ulicy. Pod czarnym płaszczem miał koszulkę z krótkim rękawem i wachlował się czarnym kapeluszem. Również powoli rozjażyły się reflektory rzucając pomarańczowe światło na ceglaną elewację. Straciła swój mroczny urok, a czarne ptaki zamiast zajmować się mrocznymi sprawami zaczęły uwijać się wokół gniazd zbudowanych w starym murze.
Wsiadłem na rower i pojechałem dalej poskrzypując i popiskując z cicha mechanizmami. Całkiem jak te jaskółki popiskiwałem. Nie chciało mi się wracać jeszcze więc zacząłem jeździć wokół rynku i oglądać ludzi. Głównie tę ładniejszą część, nie ma co ukrywać. W końcu facetem jestem, a jest co oglądać. W ten sposób pielęgnuję swoje tęsknoty siedząc na ciepłych kamieniach u stóp Fredry. Przez chwilę widziałem tancerzy ognia i tacy byli ubrani na czarno, na czarnych rowerach.. tacy sztuczni w porównaniu z księżycem przesłoniętym chmurą. W porównaniu z jaskółkami. Nawet z tymi jaskółkami z roweru. Nawet z panem latarnikiem. W ramach liczenia parasolek policzyłem ładną, malutką panią blondynkę z różową parasolką krzątającą się po rynku i nagabującą samotnych bądź grupowych panów w celu zaproszenia ich do klubu gogo. Mnie nie nagabywała. Widocznie nie ten profil. Chyba nie wyglądam na bywalca barów. Dziwne. Prawie nowe jeansy, koszulka z kołnierzykiem.. Może to przez plecak albo rower, a może tę moją twarz zdrowego kleryka. Pouśmiechałbym się. Nawet służbowo. Dzisiaj. Cóż. Czas pożegnać hrabiego i ruszać do domu.
niedziela, 11 maja 2014
Tu
Tęsknię do kogoś kto chce.
Ciągnie mnie nieodparcie do każdego, kto wykaże się jakąkolwiek chęcią.
Bo chęć jest bardzo cenna. Czasem tak łatwo chcieć. Czasem tak trudno.
W pracy.. drobiazg, wydawałoby się, prosta motywacja finansowa. Inaczej to naiwność, wykorzystywanie.
Kultywuję w sobie chęć. Może nawet bardziej chęć chcenia. Bo nawet jeśli czasem jest słabo, ręce opadają i ogarnia zniechęcenie, wyciągam z głębi siebie tę zatwardziałą chęć chcenia. I chcę.
Ostatnimi czasy jakoś ciężko mi się zebrać z grupą na jakieś ciekawe aktywności. Ciągle coś komuś, aż się odechciewa. Problemu nie ma bo właściwie opcji jest tak dużo że i tak na wszystko czasu nie starcza, ale czasem tak bardzo chcę już coś konkretnego.. i plan się zmienia.
Owszem, zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia, jak powiada jeden z przyjaciół, ale troszkę zawsze jestem zawiedziony.
Może niedobrze za bardzo chcieć.
Wiosną łatwo chcieć czegoś tak bardzo. Wystarczy chwila słońca, uśmiech, ciepły powiew wiatru i chęci wypełniają cały świat.
Odbicie się o mur niechcenia jest wtedy.. zaskakujące, może nawet bolesne. Ten wielki zawód ukrywam z nadzieją że nie widać go w oczach, wargę przygryzam jak nikt nie widzi i uśmiecham się bo zawsze jest powód do uśmiechu. Kult drobiazgów też staram się w sobie hodować.
Kiedyś obiecałem sobie że jak mnie ktoś gdzieś zaprosi to nie odmówię. Będę chodził wszędzie gdzie mnie chcą, bo może to jedyna szansa. Może następnym razem nie zaproszą.. Już mi trochę przeszło. Nie można robić wszystkiego. Pozostałością tego postanowienia jest chwila namysłu przy każdej takiej sytuacji. Chwila kombinowania jakby to zrobić żeby się dało, jak ułożyć, przełożyć, połączyć, przyspieszyć, co przygotować wcześniej i ile rzeczy na raz da się wziąć do plecaka. Czy zrezygnować z obiadu, czy ze snu.
Czasem głupio wychodzi. Czas się nie rozciąga. Jest to kolejny powód dla którego warto chcieć.
Tęsknię zatem za ludźmi którzy nie pamiętają tak wiele. Którzy ubożeją w doświadczenia tak jak ja. Nie uczą się na błędach. Zapominają, że oni kiedyś chcieli a wyszło.. wiadomo jak. Naiwnych nieśmiało i cicho, wierzących że warto chcieć.
Ale po cichutku.
Spotkaliście się z książką "Znaczy Kapitan" K.O.Borchardta? Tytułowy bohater, oficer wychowany w surowej, carskiej szkole gardemarinów w każdej sytuacji starał się być niewzruszonym. Stoicyzm dostrzegany przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli spowodował nawet nadanie mu przydomka Iceberg. A ci, którzy go znali.. mieli swoje "barometry". Uwielbiam tę książkę.
Tu stoję.
Ciągnie mnie nieodparcie do każdego, kto wykaże się jakąkolwiek chęcią.
Bo chęć jest bardzo cenna. Czasem tak łatwo chcieć. Czasem tak trudno.
W pracy.. drobiazg, wydawałoby się, prosta motywacja finansowa. Inaczej to naiwność, wykorzystywanie.
Kultywuję w sobie chęć. Może nawet bardziej chęć chcenia. Bo nawet jeśli czasem jest słabo, ręce opadają i ogarnia zniechęcenie, wyciągam z głębi siebie tę zatwardziałą chęć chcenia. I chcę.
Ostatnimi czasy jakoś ciężko mi się zebrać z grupą na jakieś ciekawe aktywności. Ciągle coś komuś, aż się odechciewa. Problemu nie ma bo właściwie opcji jest tak dużo że i tak na wszystko czasu nie starcza, ale czasem tak bardzo chcę już coś konkretnego.. i plan się zmienia.
Owszem, zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia, jak powiada jeden z przyjaciół, ale troszkę zawsze jestem zawiedziony.
Może niedobrze za bardzo chcieć.
Wiosną łatwo chcieć czegoś tak bardzo. Wystarczy chwila słońca, uśmiech, ciepły powiew wiatru i chęci wypełniają cały świat.
Odbicie się o mur niechcenia jest wtedy.. zaskakujące, może nawet bolesne. Ten wielki zawód ukrywam z nadzieją że nie widać go w oczach, wargę przygryzam jak nikt nie widzi i uśmiecham się bo zawsze jest powód do uśmiechu. Kult drobiazgów też staram się w sobie hodować.
Kiedyś obiecałem sobie że jak mnie ktoś gdzieś zaprosi to nie odmówię. Będę chodził wszędzie gdzie mnie chcą, bo może to jedyna szansa. Może następnym razem nie zaproszą.. Już mi trochę przeszło. Nie można robić wszystkiego. Pozostałością tego postanowienia jest chwila namysłu przy każdej takiej sytuacji. Chwila kombinowania jakby to zrobić żeby się dało, jak ułożyć, przełożyć, połączyć, przyspieszyć, co przygotować wcześniej i ile rzeczy na raz da się wziąć do plecaka. Czy zrezygnować z obiadu, czy ze snu.
Czasem głupio wychodzi. Czas się nie rozciąga. Jest to kolejny powód dla którego warto chcieć.
Tęsknię zatem za ludźmi którzy nie pamiętają tak wiele. Którzy ubożeją w doświadczenia tak jak ja. Nie uczą się na błędach. Zapominają, że oni kiedyś chcieli a wyszło.. wiadomo jak. Naiwnych nieśmiało i cicho, wierzących że warto chcieć.
Ale po cichutku.
Spotkaliście się z książką "Znaczy Kapitan" K.O.Borchardta? Tytułowy bohater, oficer wychowany w surowej, carskiej szkole gardemarinów w każdej sytuacji starał się być niewzruszonym. Stoicyzm dostrzegany przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli spowodował nawet nadanie mu przydomka Iceberg. A ci, którzy go znali.. mieli swoje "barometry". Uwielbiam tę książkę.
Tu stoję.
niedziela, 20 kwietnia 2014
Piaszczysta
Chlodny we wlosach wiatr..."
Zaczęło się od ślimaków. Najpierw minąłem jednego który wychynął z traw na mokry asfalt, potem kolejnego, następnie dwa malutkie... przestałem liczyć ale zauważałem ich trud. Niektóre wyglądały jakby dopiero ruszyły po tym równym acz niebezpiecznym szlaku, inne jakby zrezygnowane zawróciły, były też dzielne na samym środku jezdni i takie chowające już skorupkę po drugiej stronie. Brave ones. Przypomniały mi zdjęcie z zeszłorocznej wyprawy w kotlinę kłodzką z Chorwatami (22.06.2013). Ślimaka wspinającego się po zboczu. I "Ślimaka na zboczu" Strugackich też przypomniałem sobie, a po linii literatury cytat, że "każdy głupi wie, że nie ma ślimaków i ślimakowych. Są tylko zgniłe liście." Lubię Jaskra, Yarpena... "dzięki za milczenie, Geralt"...Ech, Essi. Biegłem sobie dziś po piaszczystej. Trzeci dzień z rzędu 12 km. Chłodno, na języku jakaś świeżość, może wspomnienie wczorajszych mojito virgin, zgryzanej cytryny, listków mięty i kruszonego lodu. Jeszcze 3 kilometry do domu ale zwolniłem bo tam pewnie leje się poniedziałkowo, gwar, pisk i rozgardiasz. Wesoło ale pewnie znów nic bym nie napisał. O ślimaczej drodze. O kawałku całkiem równym, twardym ale niebezpiecznym, odkrytym i obcym. Właśnie minąłem trzy ślamazary wspięte na przydrożny badyl metr od ziemi. Patrzą na drugą stronę może ;) Na "cel na końcu drogi"... Zimno trochę tu jak się nie przebiera nóżkami a przed bieganiem rozpaliłem w kominku. Pachnie wiosna a fajna blondynka śpiewała przed chwilą do ucha "I'll find someone like you". Teraz za to "I knew you were trouble" :) Samo się nie przebiegnie, i nie mam tu na myśli tych ostatnich trzech kilometrów. Dzień dobry wszystkim :D
Update.
Dopadli mnie jak tylko wszedłem. Wyglądało że śpią jeszcze wszyscy, kominek się dopalał... a za rogiem krasnale z karabinami ;) ech.
Jak wreszcie doczłapałem po biegu pod prysznic to okazał się tak spreparowany że niespodzianie wystrzelił mi fontanną zimnej wody prosto w twarz. Cały ręcznik mokry. Wróg nie śpi. Z taką rodziną trzeba się strzec.
Wczoraj naprawiłem kajak i pływaliśmy po jeziorze. Pogoda była cudna. Opchałem się mazurka, choć nie kajmakowego, i piaskowej babki od Cioci Wiesi. Skończyłem jedną książkę, zacząłem drugą. Na dodatek grillowaliśmy więc karkówka, cukinia i pievzarki :) Ekstaza. Dzieciakom zorganizowaliśmy poszukiwania zającowych pisanek, a swoją drogą przekicały dwa zające przez ogród wzdłuż brzegu, jak na zawołanie.
niedziela, 23 lutego 2014
Bo do lasu mnie..
"Ale to wcale nie jest łatwe — rzekł Puchatek do siebie, patrząc na to, co kiedyś było domem Sowy. — Bo układanie Wierszy i Piosenek to nie są rzeczy, które się łapie w powietrzu. To one cię łapią i wszystko, co można zrobić, to pójść tam, gdzie one mogłyby cię znaleźć."
Ostatnio zastój był. Słabo było trochę to i nic mi się nie chciało. Próbowałem przezwyciężyć, to z jednej, to z drugiej strony. Zaległości znów i nawet nie wiadomo dlaczego. Biegało się źle, wspinało tragicznie, na squashu dwa razy byłem, co nawet pomogło trochę, ale nie mogłem się wyrwać z odrętwienia. Pewnie z braku magnezu.
Wyprawy jakieś niemrawe wychodziły i na pół gwizdka. To tak gwoli wytłumaczenia. Nie chciałem zamulać. Przednówek się kończy chyba, albo nie wiem co, bo lepiej już. Albo w dobre miejsce trafiłem wreszcie.
"Jestem Misiem o Bardzo Małym Rozumku i długie słowa sprawiają mi wielką trudność."
Przed świętem zakochanych (nie mam pojęcia czy ma to jakiś związek) koleżanka odezwała się z prośbą o opinię. Eksperyment, stwierdziła, i zapytała czym jest miłość.
Ogłuszyło mnie trochę bo jakoś nie mam gotowej definicji. Ktoś z Was ma? Pewnie istnieje, jest przecież taka dziedzina niepotrzebnej nauki która się zajmuje tego typu bzdurami ;). Tylko że pewnie nie chodziło w eksperymencie o uogólnienie maksymalne, ale właśnie o personalizację odpowiedzi. Nie bardzo w moment się wstrzeliła, to i odpowiedzi do dziś nie dostała, ale zaległości znów nadrabiam więc kolej przyszła i na tę refleksję.
"Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł"
Zdaje się, że zaczyna się od zauroczenia. Wiecie, o co chodzi. Zachłyśnięcie tą drugą osobą, spin aż do dreszczy, wypatrywanie możliwości ujrzenia jej/ jego choć przez chwilę, zachwyt nad każdym detalem, fascynacja osobowością, wdychanie feromonów, mega chemia.
To fajne uczucie, acz w moim wypadku okres pełen głupich czynów, na szczęście zwykle niedostrzeganych przez ogół.
"Czasem lubi się kogoś za mocno i to się nazywa miłość."
Taka fascynacja rozwija się może niezależnie od sympatii, ale zdaje mi się, że jednak jest powiązana mocno. Ta rosnąca sympatia powoduje troskę o drugą osobę, w połączeniu z chemicznym bzikiem skrajną czasem.
"- Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam."
Do wszystkiego jeszcze dochodzi przywiązanie (jak to określił jeden ze szczerych do bólu przyjaciół w moim wypadku iście psie).
"Oset nie ma żadnego pożytku z tego, kiedy się na nim siedzi. To odbiera mu życie."
Pewnie jest jeszcze kilka aspektów miłości które mi akurat w tej chwili do głowy nie przychodzą, ale dopowiedzcie sobie, proszę. Z pewnością nie jest to definicja zamknięta. W każdym razie, jak zauważyłem, trzeba dać pooddychać. Własne pasje, chwile dla siebie, czy w wypadku facetów sławetny "nothing box" jest ważny. To też element troski według mnie. Nie narzucanie się z szacunku dla uczuć drugiej osoby. I nie mam tu na myśli siebie- mi tam nadmiar troski nie przeszkadza bardzo.
jeśli ktoś potrzebuje wyjaśnienia, czym jest "nothing box"
To tak a propos porozumienia... ;)
no i jeszcze jedna różnica
"Więcej się ruszaj. Więcej bywaj. Wpadaj do innych. A jeśli ktokolwiek powie od progu: "Do licha!", zawsze możesz wypaść z powrotem."
Wprosiłem się do Warszawy. Jakoś tak się okazało. Do licha! ;) Ale za to fajnie było na biegówkach bardzo. Aż żałuję trochę że we Wrocławiu nie ma śniegu.
I u kumpeli z dawnych lat też tam byłem. To fajne jak można liczyć na przyjaciół z harcerstwa. Dwa słowa wystarczą. I na biegówki zabiorą ;) Biega koleżanka. Świetnie biega.
A propos biegania- widzieliście film "Czego pragną kobiety"?
Tam jest taki spot reklamowy który bardzo do mnie przemawia (choć zdecydowanie samcem jestem):
You don’t stand in front of a mirror before a run wondering what the road will think of your outfit.
You don’t have to listen to its jokes and pretend they’re funny in order to run on it.
It would not be easier to run if you dressed sexier.
The road doesn’t notice if you’re not wearing lipstick.
Does not care how old you are.
You do not feel uncomfortable because you make more money than the road.
And you can call on the road whenever you feel like it. Whether it’s been a day or even a couple of hours since your last date.
The only thing the road cares about, is that you pay it a visit once in a while.
Nike. No games…just sports.
Na przeglądzie w Lądku widzieliśmy taki film o bieganiu...
http://vimeo.com/60244021
A tu ten kawałek z Melem Gibsonem
http://www.youtube.com/watch?v=v9nQnBzBui8
"Prosiaczek był zdania, że po to, aby chodzić do rozmaitych osób, trzeba znaleźć jakiś Powód (...).
— Będziemy chodzić z tego powodu, że dziś jest Czwartek — powiedział. — Będziemy chodzić i życzyć każdemu Bardzo Szczęśliwego Czwartku. Chodźmy, Prosiaczku."
W czwartek pojechałem na szkolenie. Cztery godziny w samochodzie umiliła nadzwyczajnie koleżanka organizatorka którą eksportowaliśmy na północ, dość niespodzianie dla mnie. Mnogość wspólnych tematów również była zaskakująca... ale korzystałem bezczelnie ;)
Tematyka szkolenia całkiem fajna, choć trochę praktyki możnaby w to wpleść jeszcze, jedzenie zabójczo dobre, tylko przy ognisku brakło gitary. Wieczorem jeszcze chwilę poczytałem i przejrzałem przewodnik po Noteckiej Puszczy z myślą o porannym bieganiu. Koleżanka zainteresowała się porannym planem i utargowała na spacer wokół jeziora.
"— Powiedz, Puchatku — rzekł wreszcie Prosiaczek — co ty mówisz, jak się budzisz z samego rana?
— Mówię: „Co też dziś będzie na śniadanie?” — odpowiedział Puchatek. — A co ty mówisz, Prosiaczku?
— Ja mówię: „Ciekaw jestem, co się dzisiaj wydarzy ciekawego”.
Puchatek skinął łebkiem w zamyśleniu.
— To na jedno wychodzi — powiedział."
W nocy budziłem się kilka razy, i tylko spekulować mogę z jakiego powodu. Przed świtem w każdym razie zasznurowałem buty i poszliśmy zwiedzać. Bohatersko przeprawiliśmy się przez strumyk i dwa kanały po zwalonych drzewach, błogosławiliśmy mróz dzięki któremu nie musieliśmy obchodzić bagna i ponapawaliśmy się wschodem słońca na lekko zmurszałej ławeczce. Pokonywanie kanałów było obarczone obawą kąpieli... do momentu gdy odkryliśmy że lód ma jakieś 20 centymetrów, co niełatwo zauważyć z uwagi na krystalicznie czystą jego powierzchnię.
Po powrocie pyszne śniadanie (co też będzie ciekawego...;) ), budzenie niedospanych po wieczornej imprezie i znów czterogodzinna droga na południe.
"Z powiąszowaniem urorurodziurodzin"
Tymczasem wczoraj Wika miała urodziny. Śpiewać mi się chciało i grać cały dzień ale sobie oszczędzałem na wieczór. Wieczorem szybko palce zaczęły boleć, na szczęście był Kuba ze swoją magiczną gitarą też więc trochę powyliśmy, póki sąsiadka chora nas nie przyszła uciszyć. Obiecałem sobie że dzisiaj zrobię wreszcie nowy śpiewnik, ale jak narazie daję upust grafomanii.
Był też wczorajszy dzień dorocznym świętem harcerzy i na naszym ulubionym portalu społecznościowym pokazało się znów troszkę archiwalnych fotografii, wspomnień i ciepłych myśli skierowanych do braci. Sekta ;) Kupa radości z takich drobiazgów.
"proszę pókadź jeżlikto niehcepo rady, pro sze zwonidź jeźlikto hce po rady"
Kumpel zaproponował podczas ostatniego spaceru na Ślężę żebym napisał jakieś porady wędrówkowe tutaj czasem, bo się chyba wymądrzałem trochę. Z pewnością dużo tego w sieci, ale co mi tam, kiedyś wysmażę posta i wrzucę. Najwyżej nie przyda się :)
"Dzień dobry! rzekł Tygrys. Znalazłem kogoś zupełnie takiego samego jak ja. A myślałem, że więcej takich nie ma."
Chciałoby się rzec... ale wiecie jak jest ;)Wybaczcie cytaty, nie mogłem się powstrzymać :D
"Kiedy się jest Misiem o Bardzo Małym Rozumku i myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą."
sobota, 18 stycznia 2014
Rytuał
Wczoraj miałem bardzo podróżny nastrój. Po pracy ogarnąłem trochę i zacząłem się pakować. Uwielbiam te chwile gdy wyciągam z zakamarków wszelkie skarby, składam je na łóżku i z pietyzmem układam w plecaku. Ta ekscytacja przed drogą i oderwanie myśli od codzienności. Powrót do starych towarzyszy podróży, wydeptanych, dopasowanych, godnych zaufania. Zawsze pakuję za dużo, ale jak tu zostawić odłogiem kubek który widział tyle ognisk albo tak uniwersalny kawałek sznurka.
Spakowałem się zatem i ruszyłem na szlak. Jeszcze troszkę z głową w pracy, z wielkomiejskim tempem zasiadłem za kierownicą, wjechałem na autostradę i dopiero z czarnym niebem nad głową i wstęgą szosy przed sobą wyłaniającą się w świetle reflektorów przyszedł do mnie spokój. Radio mi się popsuło a z telefonu jakoś zniknęła muzyka co zauważyłem już w trasie, więc cisza mi towarzyszyła. Nastrój podróży zbudził wspomnienia i nawet zacząłem podśpiewywać że:
Cudownie jest:
Powietrze jest!
Dwie ręce mam,
Dwie nogi mam!
W chlebaku chleb,
Do chleba ser,
Do picia deszcz.
Nadchodzi noc
I zimno z nią.
Mam ręce dwie,
Obejmę się.
Ukryję się,
Utulę się
We własną sierść.
Daleko świt,
Nie widać nic.
Dwie nogi mam,
Dojdziemy tam.
Szczekają psy!
Fruwają mgły!
Niech pani śpi!
Powietrze jest:
Cudownie jest!
Mgły pojawiły się w okolicy zjazdu na Złotoryję, co, swoją drogą, kolejne wspomnienia na myśl przywiodły. Ech, takie podróże po jeden uśmiech całkiem fajne były. Samotne włóczęgi by wkręcić się na jakiś rajd, pobyć przez weekend z przyjaciółmi, uśmiechnąć się do druhny z iskierkami w oczach. Ech.
Nocne podróże w ogóle kojarzą mi się specyficznie. Z możliwie najpóźniejszymi powrotami z weekendowych rajdów. Z całodobowymi dojazdami na Mazury. Z piątkowonocnym pociągiem wiozącym na początek szlaku gdzie w sobotę rano buty zaczną deptać rozmoknięte wiosennym bądź wrześniowym deszczem ścieżki.
U celu czekał strzelający i huczący kominek, domowe wygody i gastronomiczne specjały.
Dzisiaj pół dnia sprzątałem samochód, nawiedziłem zgorzelecki basen i a wieczorem znów spasłem się na kuchni przyjaciół. Dobrze że nie piję, bo bym chyba nigdy nie pozbył się świątecznych zapasów tłuszczu. Za to jestem nadwornym kierowcą na każdej imprezie :D
Uciekam spać tymczasem bo rano na wspinanie się umówiłem, a może wcześniej zdążę pobiegać coś.
sobota, 4 stycznia 2014
Ogry
Ciemności. Wilgoć i chłód ciągnące od kamiennych ścian. Pośrodku pomieszczenia mały płomień ledwo rozpraszający mrok. Mlaskanie i siorbanie. Wysłuchiwanie neandertalskich opowieści o żądzach, niesmacznych żartów i historii z których wyziera w każdym słowie prymitywizm i ograniczenie. Dobrze że chociaż kości nie ogryzają i nie ciskają ich za siebie bekając głośno. Staram się codziennie odkryć w tym jakąś poetykę, zobaczyć że świat jest piękny, ale udaje mi się na razie głównie przez kontrast.
:D Naprawdę tak miałem w pracy codziennie przy śniadaniu. Te kilka zdań kiedyś wklepałem po wybitnie słabym dniu, ale stwierdziłem że są mało pozytywne więc nie rozwinąłem myśli. Po świętach do kin wszedł drugi Hobbit i jakoś mi się pozytywniej skojarzyły, grunt to nie tracić humoru ;) Swoją drogą (choć jeszcze nie widziałem) zawiedziony jestem brakiem "całe mnóstwo i ani na lekarstwo" włamyhobbitów. Ostatnio ekipa firmowa się zmieniła (tzn wróciła stara) i jest kultury więcej troszkę, to i w pracy mi weselej. Dziś było gorzej bo jeszcze bardziej sobie telefon popsułem i chyba nawet zrezygnuję z naprawy. Widocznie smartphone to nie sprzęt budowlany. Żeby głupiego gwoździa telefonem nie można było wbić. Pff.
Dawno, dawno temu sięgnąłem po książkę. Zaczynała się opisem wędrówki dwóch steranych żołnierzy przez pustynię. Lubię takie powiedzmy fantasy militarne. Nieprzesłodzone, trzeźwe i konkretne ale jednak z ukrytym romantyzmem i idealizmem. Bo to o porządnych ludziach zwykle ;) Tak "sierżant" Zambocha jak i "Wiedźmin" Sapka czy "Achaja" Ziemiańskiego mają tę samą nutkę. Wiele zresztą takich. Nic odkrywczego, ale ciepło i nadzieja że jednak nie skończy się źle. Lubię też Kressa wszystkie te grombelardzkie opowieści o żołnierzach tylko że tam już zakończenia zwykle poruszające są a niekoniecznie szczęśliwe. Życie ;)
Wracając do opowieści- fabuła była wciągająca między innymi przez reminiscencje :) bo opowiadała o faktach znanych już z innej trochę bardziej popularnej lektury. W każdym razie opowieść była o wojnie. O państwie nauki które wojuje z zabobonem i intrygami, o dzielnych, walecznych saperach i specjalistach od techniki walczących z przeciwnikiem chcącym zburzyć uniwersytety i patrzyć jak na ich gruzach rosną mlecze :D Łatwo było się utożsamiać z głównym bohaterem i kibicować mu w przygodach i walce. Wystarczyło troszkę zmienić spojrzenie. Przeciwnikiem bowiem były wredne elfy a dzielnymi saperami orki. Książkę pod tytułem "Ostatni Władca Pierścienia" napisał pan Yeskov. Zakończenia nie zdradzę, ale fajna książka. Takie kolejne skojarzenie do tej mojej jaskini.
Dawno temu trafiłem na jakąś grafikę Muchy. Alfonsa. Czeskiego artysty, twórcy Art Noveau. Od pewnego czasu zzaafascynowany byłem już kreską, piórkiem. Secesja z bogatą ornamentyką roślinną dobrze się w to wpisywała. No i te kobiety. Poruszające kompozycje. Kreska i kolor. Pewnie za to lubię też komiks do dziś. Nie każdy oczywiście, właściwie zrezygnowałem juz z kontaktu z tą formą opowieści głównie z powodu nadmiaru szmiry. Zalew tandety albo pseudoartystycznego nieładu. Nie mogłem dotrzeć do dobrych historii z dobrą kreską. CZasem z nostalgią przejrzę coś dowcipnego albo po prostu ładnego co jeszcze leży na dysku. Kilka albumów zaniosłem siostrzenicy żeby się uwolniła ze szponów kaczora donalda. Jesienią byliśmy w Pradze i w końcu udało mi się pójść do muzeum Muchy, choć okazało się że część płócien jest całkiem gdzie indziej- pretekst do kolejnej wyprawy. Za to kupiłem sobie wielki plakat "Muzyka" i powiesiłem na środku ściany.
Jakiś czas temu trafiłem (za rekomendacją kumpla) na bloga. Kilka fajnych tekstów na nim znalazłem. Motywujących ale tak nienachalnie. Mądrze i życiowo. Kilka było też nachalnych albo kompletnie do mnie nie trafiających. Niestety nie mogę polecić bo już go nie ma. Szkoda mi bardzo bo naprawdę polubiłem te teksty. Błąd, że nie skopiowałem sobie. Zostało tylko kilka haseł w pamięci i nad biurkiem. No! Pierwszy raz w życiu- serio!- trafiły do mnie takie hasła że wypisałem je sobie na ścianie! Wiązały się one z naprawdę fajnymi historiami.
Może i nic odkrywczego, ale pozwólcie że zacytuję, bo mam z czego ;) :
Resetuj umysł- tu i teraz.
Żyj niewygodnie.
Bądź nierozsądny.
Pokochaj drogę.
CEL- wstań i biegnij.
Może jeszcze kiedyś znajdę te teksty, a może ktoś z Was je ma?
Blog był umieszczony pod adresem www.muchanascianie.com
Chwilowo zostały mi tylko te pięć wersów i lekko zatarte w pamięci przypowiastki ich tyczące. No i oczywiście Mucha na ścianie. Muzyka :)
Więc tak sobie mówię w jaskini że cebula ma warstwy ;)
A tak na wieczór- four stars by Mucha
niedziela, 22 grudnia 2013
Dreszcze
Wczoraj mieliśmy z przyjaciółmi mikołajkowo- wigilijne spotkanie. Jak zawsze ciepłe, odprężające i wesołe. Pewnie wstyd, ale nawet się troszkę wyspałem i odmarzłem. Nie wziąłem gitary, ale cały wieczór w głośnikach królowała muzyka Rodrigueza.. no prawie, bo na początku był jeszcze "New York" pasujący do wystroju wnętrza a na koniec (jak już się obudziłem) jakiś dość delikatny elektroniczny rytm. Perypetii i historii trochę było, ale udało się wrócić do domu przed budzikiem. Po śniadaniu zaplanowałem weekend rozpocząć wreszcie i zasiadłem do książki, herbaty i kaloryfera, ale fejsowe okienko na świat przypomniało o rzeczonym Rodriguezie więc zmieniłem medium na dziesiątą muzę.
Fajny człowiek z tego pana. Wyszukujący poezję w prozie życia, ciężko pracujący fizycznie a jednak jednocześnie bystry obserwator zamrażający swe spostrzeżenia w linijkach tekstu. Niepoddający się otaczającej nędzy i niedoli malarz przeciśniętych przez śródmiejskie pejzaże i zdarzenia uczuć. Niestrudzony wędrowiec. Zachwyca mnie ta poetyka. Przypominam sobie o co jakiś czas obserwowanych miejscach naszego miasta do których obiecywałem sobie wrócić z cyfrówką. Z pewnością zdjęć intrygujących, tak ładnie brzydkich zapomnianych zaułków są tysiące ale te będą moje. Bo nie chodzi o obrazek starej ściany tylko o uczucie jakie masz patrząc na nią, i to sobie kiedyś uwiecznię, jak już zmienię aparat. Film oglądałem z dreszczami choć to pewnie też głupie. Ach, być tak, umieć tak, dziwne tęsknoty się odzywają. Cóż, grunt to pokochać swoją drogę. A do śpiewnika może "Cause" na razie, może "I'll slip away".
Film, jakby ktoś nie wiedział, nosi tytuł "Searching for Sugar Man" a płyty "Cold Facts" i "Coming From Reality"
czwartek, 5 grudnia 2013
Kamienista
Zimno. Ciemno w drodze do pracy. Ciemno na fajrant.
Bywają pracownicy budowlani inteligentni. Bywają interesujący. Bywają otwarci na świat. Bywają potrafiący się wysłowić. Nieograniczeni.
Sciąłem się parę razy. Mam generalnie zmniejszoną tolerancję na wypitych. Nie że alergię totalną, ale jakoś średnio. Monologi zwykle bywają słabe, dialogi kończą się westchnieniem z mojej strony a obstawanie przy swoim prowadzi do kłótni które nie prowadzą nigdzie. Te prawidłowości przekładają się na nieczęste na szczęście sytuacje w pracy, gdzie jednak nie można tylko westchnąć. Staram się rozumieć ludzi, ale czasem nie potrafię. Naprawdę. Dawanie drugiej szansy zawsze się mści a jednak jeszcze się nie nauczyłem. Szkoda gadać. A nerwy psuję sobie tylko ja, bo druga strona albo znieczulona, albo zlewa. Powroty o zachodzie słońca z brygadą wywołują często bąble. ledwo docierają do mnie, często pocieszne, stwierdzenia pasażerów a myśli błądzą daleko w przodzie, albo właśnie z tyłu jeszcze, w pracy. Ostatnio musieliśmy zawrócić i przepiękny kolor nieba bił po oczach. Dla kontrastu załoga była w bardzo kiepskim stanie i zaciskałem usta w cienką kreskę by nie powiedzieć już nic więcej. W końcu i tak nie zapamiętają a co miało być "powiedziane"- zostało. Głośno i wyraźnie. A dyskusje prowadzą do kłótni które.. ;) Niniejsze wtręty pracowe mam nadzieję zobrazują kontrast. Irytacja więc, zniesmaczenie, noga na gazie, zaciśnięte na kierownicy dłonie i skrzywienie twarzy. Zmęczenie materiału po poprzedniej drugiej szansie. Kropla przelewająca czarę. I w tym wszystkim czarne kontury drzew przydrożnych na tle czerwonego nieba migające co chwilę. Światła z naprzeciwka i znów drzewa. Mgnienie oka. Dwa potężne ptaki z rozłożonymi na całą szerokość skrzydłami. Czarne jak kontury drzew. Lotki na końcach skrzydeł podgięte do góry od nacisku powietrza. Widoczne w detalach. Wyraźne jak wykreślone rapidographem czarnym tuszem na pomarańczowym kartonie. Wypalają się na siatkówce i trwają w powidoku jeszcze długą chwilę, a we wspomnieniach już parę dni. Ach, umieć to narysować. Kolejny raz-jak od lat- marzę o rejestratorze w oku. I lepiej mi się zrobiło. Dystansu nabrałem. Bo piękna jest droga, choć kamienista czasem.
A jak już nie mogę to jest ukochana rodzina, wspaniali starzy przyjaciele, rewelacyjni nowi, weseli, życzliwi ludzie, dobrzy, normalni..choć może właśnie nienormalni, bo standardy dziś inne. Więc nie wstyd być nienormalnym, innym niż ogół. "Dziwnym" :) Lubię Was. Dobrze że jest książka, muzyka, herbata, gitara, ulubiony kubek, kakao, rower i nieskończona plątanina ścieżek biegowych. Ciastko podarowane z życzliwości, chwila rozmowy, telefon do przyjaciela. Film. Nawet ten zapomniany kawałek internetu. Dobrze że jest. Lepiej. Dzięki Wam.
Bywają pracownicy budowlani inteligentni. Bywają interesujący. Bywają otwarci na świat. Bywają potrafiący się wysłowić. Nieograniczeni.
Sciąłem się parę razy. Mam generalnie zmniejszoną tolerancję na wypitych. Nie że alergię totalną, ale jakoś średnio. Monologi zwykle bywają słabe, dialogi kończą się westchnieniem z mojej strony a obstawanie przy swoim prowadzi do kłótni które nie prowadzą nigdzie. Te prawidłowości przekładają się na nieczęste na szczęście sytuacje w pracy, gdzie jednak nie można tylko westchnąć. Staram się rozumieć ludzi, ale czasem nie potrafię. Naprawdę. Dawanie drugiej szansy zawsze się mści a jednak jeszcze się nie nauczyłem. Szkoda gadać. A nerwy psuję sobie tylko ja, bo druga strona albo znieczulona, albo zlewa. Powroty o zachodzie słońca z brygadą wywołują często bąble. ledwo docierają do mnie, często pocieszne, stwierdzenia pasażerów a myśli błądzą daleko w przodzie, albo właśnie z tyłu jeszcze, w pracy. Ostatnio musieliśmy zawrócić i przepiękny kolor nieba bił po oczach. Dla kontrastu załoga była w bardzo kiepskim stanie i zaciskałem usta w cienką kreskę by nie powiedzieć już nic więcej. W końcu i tak nie zapamiętają a co miało być "powiedziane"- zostało. Głośno i wyraźnie. A dyskusje prowadzą do kłótni które.. ;) Niniejsze wtręty pracowe mam nadzieję zobrazują kontrast. Irytacja więc, zniesmaczenie, noga na gazie, zaciśnięte na kierownicy dłonie i skrzywienie twarzy. Zmęczenie materiału po poprzedniej drugiej szansie. Kropla przelewająca czarę. I w tym wszystkim czarne kontury drzew przydrożnych na tle czerwonego nieba migające co chwilę. Światła z naprzeciwka i znów drzewa. Mgnienie oka. Dwa potężne ptaki z rozłożonymi na całą szerokość skrzydłami. Czarne jak kontury drzew. Lotki na końcach skrzydeł podgięte do góry od nacisku powietrza. Widoczne w detalach. Wyraźne jak wykreślone rapidographem czarnym tuszem na pomarańczowym kartonie. Wypalają się na siatkówce i trwają w powidoku jeszcze długą chwilę, a we wspomnieniach już parę dni. Ach, umieć to narysować. Kolejny raz-jak od lat- marzę o rejestratorze w oku. I lepiej mi się zrobiło. Dystansu nabrałem. Bo piękna jest droga, choć kamienista czasem.
A jak już nie mogę to jest ukochana rodzina, wspaniali starzy przyjaciele, rewelacyjni nowi, weseli, życzliwi ludzie, dobrzy, normalni..choć może właśnie nienormalni, bo standardy dziś inne. Więc nie wstyd być nienormalnym, innym niż ogół. "Dziwnym" :) Lubię Was. Dobrze że jest książka, muzyka, herbata, gitara, ulubiony kubek, kakao, rower i nieskończona plątanina ścieżek biegowych. Ciastko podarowane z życzliwości, chwila rozmowy, telefon do przyjaciela. Film. Nawet ten zapomniany kawałek internetu. Dobrze że jest. Lepiej. Dzięki Wam.
wtorek, 26 listopada 2013
Skostnienie
Brak mi ciepła ostatnio. Może przez pogodę, może przez pracę. Może to po prostu niewyspanie albo odwodnienie. Może z braku magnezu.
W każdym możliwym momencie tulę się do puchówki, parzę gorącą, czarną i przesłodką herbatę albo przytulony do kaloryfera próbuję powstrzymać się przed wypiciem w jednej chwili całego kubka kakao z cynamonem.
Zakochuję się w każdej dziewczynie, która się do mnie usmiechnie... na chwilkę, z nadzieją na jeden ciepły uścisk ramion. Chłonę przez telefoniczne druty rodzinne ciepło ze zbyt rzadkich rozmów z rodzicami. Zaglądam do siostry posiedzieć w gwarze i akceptacji. Nie mogę przejść obojętnie obok stoiska ze słodyczami. W poszukiwaniu ciepła zwiedzam, odwiedzam. Tyję. Marnieję. Jednocześnie.
Tak sobie chciałem ponarzekać bo mi w palce zimno :-) Rower naprawię to się rozruszam. Obiecuję. I pisał będę. Tymczasem pozdrawiam ze szczękiem i zgrzytem.
niedziela, 3 listopada 2013
Śpiewnik
Dawno, dawno temu wśród moich przyjaciół panował zwyczaj zostawiania po sobie śladów w cudzych śpiewnikach. Czasem przy ulubionej piosence, a czasem po prostu na losowo wybranej stronie, by kiedyś właściciel natrafił z zaskoczeniem na kilka miłych słów i uśmiechnął się do wspomnień.
Z biegiem czasu śpiewniki puchły a miejsce na teksty utworów okazywało się najmniej istotnym ze składników tych styranych, poklejonych zeszytów. Do dziś, grając niektóre piosenki, mam przed oczami równe literki pozdrowień od którejś z druhen, mimo, że śpiewnika już dawno nie ma, a i druhna ma męża i dziecko :D
Czasem natrafiam na muzykę, która po prostu zostaje w głowie, czasem z nostalgią wracam do młodzieńczych fascynacji, a czasem po prostu lubię posłuchać. Nie jestem melomanem, znawcą z wysublimowanym gustem. Niestety, zapewne. Prosty ze mnie człek i prymitywne do mnie przemawiają nuty. Podzielę się z Wami nimi, bo to przecież wiele mówi o człowieku. Jeśli będziecie chcieli swój ślad gdzieś tu zostawić, to wiecie, miło będzie mi kiedyś zajrzeć między te strony i przypomnieć sobie Was ;)
niedziela, 13 października 2013
Set Sails
Dziś rano zapowiadało się że zmoknę. Chmurnie było a nie wiało prawie wcale. Na nabrzeżu byliśmy skoro świt o 9,30 bo tak obwołano zbiórkę na regaty. Właściwie to wstałem jak jeszcze słonka na niebie nie było, a wręcz ciemno że oko wykol. Śniadania zjadłem dwa przez to, bo najpierw sam a potem w towarzystwie. Jak już dotarliśmy, to czekać nam przyszło godzinę prawie na resztę załogi. Czas ten umililiśmy sobie najpierw rozgrzewając się grą we freesby a później zatrzaskując kluczyki w samochodzie.
Dzięki zapasowi czasu udało się zdążyć na start, a że się rozwiało nawet w końcu do 15 węzłów, pościgaliśmy się fajnie, jak powiedział skipper- technicznie, bo przy słabym wietrze trzeba było się starać. Dwa krótkie wyścigi zrobiliśmy, w przerwie konsumując kanapki i suche prowianty w postaci ciastek.
Nie padało, zafalowanie minimalne, dzięki czemu suchą stopą na pirs wróciłem a nawet słońce pod koniec wyścigu się pokazało.
Po pływaniu krótkie spotkanie w lokalnym klubie żeglarskim przy guinessie i herbacie z mlekiem. Ze sobą zabraliśmy do naprawy lekko uszkodzonego spinakera i kilka fajnych zdjęć. W domu przepyszny obiad a potem wspólne pichcenie crumbli z jabłkami i śliwkami, orzechami, migdałami i rodzynkami. Do tego duużo cynamonu oczywiście bo cynamon pomaga w regeneracji mięśni, a troszkę jeszcze po czwartkowym body pumpie przypominają o sobie. W zestawie były jeszcze kominek, lody i film. Obejrzeliśmy "Twardzieli", jakby ktoś miał okazję to polecam, choć może kategorie "komedia" i "kryminalny" nie do końca trafiona. Obsada dobra a i historia niezła. Hollywoodzka ale fajna.
Walczyłem dziś jeszcze z gps-em w telefonie, zresetować się udało, to może zadziała jutro i wreszcie pobiegam z prędkością i dystansem. Pożyczyłem od Kuby kubek (nomen omen) więc na ściance może jakąś parę znajdę do asekuracji. Znów bez jakichś przemyśleń głębszych, ale w końcu wakacje mam i z myślenia zwolniony się czuję. Wypoczywam przecież.
Aaaa, właśnie, wczoraj wspinałem się pierwszy raz tak naprawdę na tradzie. Kości jeszcze nie osadzałem, na razie zbierałem tylko, ale pierwszy raz na połówkowych linach zaliczyłem. Klify irlandzkie zapraszają, tylko troszkę sprzętu zwieźć i można walczyć. Jest gdzie. Jak się dowiedziałem, jeden z rozdziałów topo okolicznego napisali Polacy, a w skale spotkaliśmy kolegę, który w rzeczonej książeczce wstawia się na fotce na początek rozdziału.
Miejscowy klub żeglarski
Desant
czwartek, 10 października 2013
Zielono
No i jesień na całego.
Słońce rozświetla cudne kolory przebarwionych liści, rozprasza poranne mgły i próbuje jeszcze niezbyt skutecznie przezwyciężyć chłody. Czasem tylko uda się w południe przysiąść w plamie światła i napawać się ostrymi promieniami palącymi przez koszulkę. Od wczoraj urlopuję. Spakowałem lekki plecak i ruszyłem w drogę. Wieczorem nostalgicznie i cicho wypłakała gitara spokojne ballady i wędrówkowe pieśni. Od rana na zielonej wyspie słońce. Pobiegałem trochę i ściankę odwiedziłem lokalną. W ramach związanych z powyższym ciekawostek- zależało mi, żeby bagaż mieć maksymalnie skompresowany a dwie pary butów zajmują trochę miejsca. Buty do biegania mam dopasowane, buty do wspinu też wcale nie za małe. Ogromne zdziwienie i radość odczułem gdy okazało się że jedne mieszczą się w drugich :D. W powrotnej drodze spróbuję jeszcze do środka skarpetki wetknąć ;) Tymczasem w planie jeszcze dziś rower chyba i może wieczorne bieganie z przyjacielem, w niedzielę regaty na oceanie a po weekendzie wspin na irlandzkich klifach. Jeśli się rozwieje to jeszcze na plażę pojedziemy na kite'a. Biegać nad oceanem mi się nie udało, bo gps znów szwankuje a mój wewnętrzny kompas wskazał idealnie najkrótszą drogę w stronę oceanu, która niestety okazała się ślepą uliczką. Czasu było troszkę mało bo ściana czekała, więc wróciłem pod dom, z niewielkimi problemami, bo domki dość podobne na osiedlach tu.
Nic to, zaraz wsiądę na rower i nad wielką wodę pojadę, wsłuchać się w szum fal, pochłonąć troszkę spokoju tego niewzruszonego i niezależnego od człowieka żywiołu. Po drodze mam plan zahaczyć o ruiny, nadbrzeżny cmentarz i twierdzę. Szkoda trochę, że aparatu nie wziąłem.
Na panelu było bardzo fajnie, swojsko, jak przyszliśmy to byliśmy sami (dwóch Polaków i kilkumiesięczny szkrab w foteliku), potem zawitała sympatyczna Belgijka, następnie Irlandczyk, kolejny znajomy Polak i jeszcze jeden rudy Irlandczyk. Mała robiła furorę wisząc w foteliku na dwóch karabolach i taśmie i ciesząc się bujaniem. Po wspinie uraczony zostałem świetną wege-zupą po czym odwieziony do domu. Słonko praży ciągle a bateria w lapku pada więc wskakuję na koło, choć troszkę się obawiam tego lewostronnego ruchu. Dziwni ci Rzymianie ;)
Update.
Jednak na rowerze nie byłem. Wylądowałem na zajęciach z "body pump" i nie da się ukryć że przy ćwiczeniach na nogi musiałem odłożyć hantle na chwilę. Po zajęciach zajrzałem na ściankę pozwiedzać Irlandczyków jeszcze, ale mimo że ludzi było trochę, wspinały się tylko dwie pary. W jednej z nich była poznana rano Belgijka. Po powrocie do domu porelaksowaliśmy się jeszcze przy kabaretach chwilę i usnęliśmy snem strudzonego wędrowca. Rano ciężko było wstać bo nos zmarznięty troszkę, ale zwlokłem się i rozgrzałem dobrym śniadaniem. Teraz już musowo na rower idę. Do plecaka ze skarbami buty wrzucę, to może przystanek na ścianie zrobię, potrawersuję. Klify może jednak w sobotę będą. Trochę nie wieje, więc kite pod znakiem zapytania, ale będzie dobrze. :D
Update II
Fajnie było porowerować, posiedzieć nad morzem i się powspinać. Na ścianie tym razem poznałem Brazylijczyka, Francuzkę, Amerykankę i Irlandkę. Z tego wszystkiego zapomniałem, że w Irlandii w piątki pracują godzinę krócej i dałem przyjaciołom odpocząć od siebie troszkę... nie za długo.
Słońce rozświetla cudne kolory przebarwionych liści, rozprasza poranne mgły i próbuje jeszcze niezbyt skutecznie przezwyciężyć chłody. Czasem tylko uda się w południe przysiąść w plamie światła i napawać się ostrymi promieniami palącymi przez koszulkę. Od wczoraj urlopuję. Spakowałem lekki plecak i ruszyłem w drogę. Wieczorem nostalgicznie i cicho wypłakała gitara spokojne ballady i wędrówkowe pieśni. Od rana na zielonej wyspie słońce. Pobiegałem trochę i ściankę odwiedziłem lokalną. W ramach związanych z powyższym ciekawostek- zależało mi, żeby bagaż mieć maksymalnie skompresowany a dwie pary butów zajmują trochę miejsca. Buty do biegania mam dopasowane, buty do wspinu też wcale nie za małe. Ogromne zdziwienie i radość odczułem gdy okazało się że jedne mieszczą się w drugich :D. W powrotnej drodze spróbuję jeszcze do środka skarpetki wetknąć ;) Tymczasem w planie jeszcze dziś rower chyba i może wieczorne bieganie z przyjacielem, w niedzielę regaty na oceanie a po weekendzie wspin na irlandzkich klifach. Jeśli się rozwieje to jeszcze na plażę pojedziemy na kite'a. Biegać nad oceanem mi się nie udało, bo gps znów szwankuje a mój wewnętrzny kompas wskazał idealnie najkrótszą drogę w stronę oceanu, która niestety okazała się ślepą uliczką. Czasu było troszkę mało bo ściana czekała, więc wróciłem pod dom, z niewielkimi problemami, bo domki dość podobne na osiedlach tu.
Nic to, zaraz wsiądę na rower i nad wielką wodę pojadę, wsłuchać się w szum fal, pochłonąć troszkę spokoju tego niewzruszonego i niezależnego od człowieka żywiołu. Po drodze mam plan zahaczyć o ruiny, nadbrzeżny cmentarz i twierdzę. Szkoda trochę, że aparatu nie wziąłem.
Na panelu było bardzo fajnie, swojsko, jak przyszliśmy to byliśmy sami (dwóch Polaków i kilkumiesięczny szkrab w foteliku), potem zawitała sympatyczna Belgijka, następnie Irlandczyk, kolejny znajomy Polak i jeszcze jeden rudy Irlandczyk. Mała robiła furorę wisząc w foteliku na dwóch karabolach i taśmie i ciesząc się bujaniem. Po wspinie uraczony zostałem świetną wege-zupą po czym odwieziony do domu. Słonko praży ciągle a bateria w lapku pada więc wskakuję na koło, choć troszkę się obawiam tego lewostronnego ruchu. Dziwni ci Rzymianie ;)
Update.
Jednak na rowerze nie byłem. Wylądowałem na zajęciach z "body pump" i nie da się ukryć że przy ćwiczeniach na nogi musiałem odłożyć hantle na chwilę. Po zajęciach zajrzałem na ściankę pozwiedzać Irlandczyków jeszcze, ale mimo że ludzi było trochę, wspinały się tylko dwie pary. W jednej z nich była poznana rano Belgijka. Po powrocie do domu porelaksowaliśmy się jeszcze przy kabaretach chwilę i usnęliśmy snem strudzonego wędrowca. Rano ciężko było wstać bo nos zmarznięty troszkę, ale zwlokłem się i rozgrzałem dobrym śniadaniem. Teraz już musowo na rower idę. Do plecaka ze skarbami buty wrzucę, to może przystanek na ścianie zrobię, potrawersuję. Klify może jednak w sobotę będą. Trochę nie wieje, więc kite pod znakiem zapytania, ale będzie dobrze. :D
Update II
Fajnie było porowerować, posiedzieć nad morzem i się powspinać. Na ścianie tym razem poznałem Brazylijczyka, Francuzkę, Amerykankę i Irlandkę. Z tego wszystkiego zapomniałem, że w Irlandii w piątki pracują godzinę krócej i dałem przyjaciołom odpocząć od siebie troszkę... nie za długo.
Basenik zdaje się że do chrztów w oceanie
Czerwone żagle hookerów z Galway i czerwone róże z nadbrzeżnego cmentarza
Dzikie gąszcze Merlin Park i urocze zakątki centralnego deptaka
Relaks nad oceanem
Wpasowany w krajobraz i tradycję
wtorek, 3 września 2013
Bąble
Wczoraj była jesień. Pani w sklepie powiedziała, że to nie może być prawda, ale fakt faktem. Zimno, mokro, wiatr silny i porywisty. Burzowo.
W niedzielę niefrasobliwie wszedłem do "Taniej książki" i jak zwykle nie powstrzymałem się od odciążenia portfela. Wyszedłem z sześcioma dość pokaźnymi pozycjami, które teraz w formie wieży zdobią starą wojskową skrzynię stojącą przy łóżku. Poza tym skorzystałem z fajnej promocji na audioteka.pl i całkiem za darmo dostałem kilka bardzo fajnych audiobooków. Wszystkie już kiedyś czytałem, ale chętnie wrócę.
Wczoraj zatem, w ten ziąb i słotę zaparzyłem kubek mocnej, słodkiej herbaty, do której dorzuciłem jak nigdy plasterek cytryny i zasiadłem przy biurku.
Podelektowałem się chwilą spokoju i gorącym naparem po czym postanowiłem przezwyciężyć. Właśnie że nie jesień, właśnie że pójdę i wakacje się skończyły! Nie ma lenia.
Poszedłem pobiegać. Pojechałem znaczy. Rower błotniki ma przełożone jeszcze ze starego podtramwajowego więc kałuże niestraszne.
Ciemno się zrobiło już jak skończyłem muzykę wrzucać i playlisty tworzyć. Jakoś nie ogarniam w samsungach tego, mogłoby się automatyzować jakoś, albo interfejs przez pc-ta jakiś być mógłby.
Plan był żeby po bieganiu jeszcze na basen skoczyć, więc plecak ze skarbami skompresowałem maksymalnie, zieloną strzałę zakotwiczyłem pod latarnią i ruszyłem na ścieżki. Skrócone całkowicie szelki i pas biodrowy przykleiły mi backpacka do ciała. Softshella przytroczyłem z boku a czołówkę wsunąłem na wszelki wypadek do kieszeni. Energetyczna muzyka w uszach współgrała z niespokojną przyrodą, wiatr burzył krew i na bieżąco suszył koszulkę a lekka mżawka chłodziła rozgrzaną skórę. Czułem się całkowicie samowystarczalny fizycznie i psychicznie, ze spokojem w głowie kontrastującym z otoczeniem oglądałem świat jak z wielkiego bąbla. To oderwanie potęgowały psujące się słuchawki, wydające dość nieziemskie dźwięki, aranżujące na swój sposób znane utwory, zwykle udostępniające moim uszom jakiś tylny kanał bez wokalu, albo tylko z sekcją rytmiczną. Jak na złość nie słychać było też informacji z gps-a więc tempo i dystans były wielką niewiadomą. Na ostatnim kółku wydłużyłem krok, żeby ten mój świński truchcik cokolwiek zaczął przypominać i nagle zrobiło się całkiem nieziemsko. Zacząłem płynąć nad ścieżką lekko bujającym rytmem, czułem jak wszystkie mięśnie pracują w takt kroków i łykam metry ciemnych dróżek. Do tego słuchawki, plecak, ciemność, wiatr, deszcz. Bąbel.
Z chłodnego prysznica podjechałem do aquaparku wchłonąć nieco ciepła. Na torach zewnętrznych pustki, woda ciepła, wiatr chłodny, aż się przypomniały magiczne nocne kąpiele w jeziorach na obozach harcerskich. Generalnie basen to fajne miejsce do myślenia. Monotonne ruchy mojego rekreacyjnego pływania pozwalają myślom błądzić w przeróżne zakamarki jestestwa. Płytko na szczęście bo i niewiele do zgłębiania. W wodzie bąbel wytwarza się automatycznie. Woda tłumi większość zmysłów, stępia wrażenia i dystansuje od wszystkiego. Może dlatego jakoś nie widzę większego sensu w chodzeniu na basen grupowo. Owszem, miło bardzo, można w przerwach kilka słów zamienić, ale ciągi myślowe mi to zaburza i w rozmowach, możliwe, bywa to widoczne. Palnę coś wynikającego z przemyśleń trwających kilka długości basenu, a że skojarzenia miewam niestandardowe, to i ciągi bywają zaskakujące.
Generalnie pływanie z interakcjami mi się mało kojarzy. Kiedyś w Ostrowie pracowałem chwilowo, więc tam na basen chodziłem i zdarzyło się tak, że na sąsiednim torze jakieś rozszczebiotane panny pływały. Dwie ich było, i jak poniewczasie się zorientowałem, zainteresowane chyba. W każdym razie jedna z koleżanek "zgubiła" zegarek do szafki na głębi przed moimi oczami. Kompletnie nie zarejestrowałem faktu jako zaproszenia do konwersacji, akurat w ciągu byłem, możliwe że myślowym nawet, więc zanurkowałem, wyciągnąłem rzeczony i przypiąłem do słupka startowego zanim koleżanka nawrót zdążyła zrobić. Wróciłem na tor i kontynuowałem pływanie. Szkoda w sumie, bo jakoś tam samotnie było, nawet pary na kursie tańca który zapełniał mi wieczory nie miałem. Jak widać, w kontaktach z piękniejszą częścią społeczeństwa jestem nieogarnięty, bez refleksu, niezdarny i generalnie niemrawy. Zwykle jak mi zależy żeby było fajnie, to niechcący depczę po nogach, gadam głupoty (duużo głupot), albo żeby nie gadać głupot, nie mówię nic :D Wybaczcie i weźcie pod uwagę ;).
Bąble miewa każdy chyba. Czasem obserwuję, szczególnie u bliższych znajomych. Fajni ludzie, z którymi nawet mi po drodze światopoglądowo, ale jakoś się nie składa, żeby rozwinąć przyjacielską relację- zwykle ze względu na czas, odległość czy tym podobne czynniki zewnętrzne. Szkoda mi bardzo, zdaje się, że wzajemnie równoległość naszych bąbli wyczuwamy, ale... ostrożność wygrywa. Są na szczęście też ludzie których bąble wręcz zasysają a w każdym razie przenikają się z moimi a to ze względu na specyfikę danej osoby, a to na długoletnią znajomość, czy intensywne wspólne przebywanie.
Chyba głupoty piszę, więc kontynuując...
Po basenie mżawka z przyjemnie chłodzącej zrobiła się obrzydliwie zimna, więc czym prędzej schroniłem się w siostrzanym domu, gdzie dostałem kolację, a potem podśpiewując w duchu "do ciepła, do ciepła" popedałowałem do siebie.
Rękawiczki chyba wyciągnę, choć sterane do cna. Może rzucą w carrefour nową dostawę pseudoskórzanych za 15 złotych to zafunduję sobie znowu. Poprzednie wytrzymały dwa lata, i mają dość. W domu wlazłem pod polarowy koc, przełożyłem wszystkie pozostałe aktywności na dzień kolejny i zasnąłem.
Dziś relaks i książki. Dla odmiany. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































