niedziela, 13 lipca 2014

Wybrzeże

"...Taki to i bez skrzydeł poleci
Stuknie głową w horyzont, polata i wróci..."

   Od rana siedzę w pustej chatce nad brzegiem morza.
Budziki starały się zaanonsować kolejny dzień przygód, ale z premedytacją je zignorowałem. W ten sposób świętuję zakończenie pierwszego tygodnia w nowej pracy.
Jeszcze wczoraj planowałem zerwać się z samego rana i spróbować złowić samodzielnie rybę na obiad. W porównaniu z wędkowaniem w Polsce łowienie w zatoce to sport ekstremalny. Rzuca się i ciągnie, rzuca i ciągnie.. coś się dzieje. I co najważniejsze ryby biorą. Chłopaki raz na jakiś czas po 8- 10 sztuk wyciągają dorodnych makreli. Trochę boję się zepsuć albo zerwać cudzy sprzęt więc poczekam jednak na demonstrację. Tymczasem dziś makaron z mielonką będzie. Jeśli już przy tematach gastronomicznych jesteśmy to jedyne co znalazłem w sklepie w podobnej cenie do naszych sklepów to muesli. Nawet płatki owsiane są dwa razy droższe. Świetnie się złożyło bo i tak na śniadanie zawsze ziarenka jadałem. Dokupiłem tylko owoców trochę i co rano zalewałem termos pełen płatków i jabłek lub bananów. W czasie przeszłym bo piątkowy upał wymusił drobną zmianę. Z kraju przywiozłem dwa termosy- jeden, wypróbowany już w boju, na napoje i drugi, prezent wyjazdowy od przyjaciół, w sam raz na te moje śniadaniowe specjały. Poza tym kilka pudełek na żywność również przetestowanych wielofunkcyjnie na niejednym wyjeździe. W piątek z nieba lał się żar. Ruchu powietrza zero, cienia niewiele, praca dość intensywnie fizyczna więc do przerwy śniadaniowej o 12.00 w termosie ukazało się dno. Dotrwać do końca pracy czyli kolejne pięć godzin było męczarnią, a wokoło dzicz i pustka, nawet samochodu nie miałem żeby gdzieś podskoczyć bo tak się poskładało. Nauczony doświadczeniem zatem przeznaczam niniejszym oba termosy na napoje chwilowo a i butelkę wody do plecaka wrzucę na wszelki wypadek. Muesli będzie siedziało w pudełkach. Howgh.
   Niespodzianek jeszcze kilka się objawiło- po pierwsze nie ma internetu w domu. Kupię sobie telefon norweski to załatwię ten problem, mam nadzieję. Po drugie nie ma pralki narazie więc sobotni laundry day pozwala odczyścić dłonie ze wszystkiego a przy okazji narobić sobie pęcherzy od szorowania. Po trzecie primo pali się tu z robotą i z pierwotnego trybu 3 tygodnie pracy/tydzień wolnego przechodzimy w 6 tygodni pracy na 2 tygodnie wolnego. Nie wiem co to zmienia szefom, ale ja się dostosowuję. Innymi słowy wpadam na chwilkę 8.08 a potem gdzieś 22.08 na trochę dłużej.
   Z codziennika- biegam co drugi dzień. We wtorek pokonałem trasę wzdłuż wybrzeża w stronę naszej budowy i dalej, aż do malowniczego budyneczku zlikwidowanej szkoły. Pofałdowanie terenu dało w kość ale widoki piękne. W środę poszedłem powłóczyć się po okolicy, zabrałem książkę, termos, kurtkę, aparat i buty do wspinania. Z poświęceniem wspiąłem się po piargu wzdłuż linii energetycznej na zbocze górujące nad naszą zatoką tylko po to żeby odkryć że górą biegnie droga. Poszedłem nią dalej i znalazłem cudne górskie jeziorko w którym kąpały się dwie norweskie panny. Nie chciałem przeszkadzać więc obwędrowałem akwen co zaowocowało odkryciem malowniczej chaty i kilkoma zdjęciami. W środę na bieganie zabrałem kąpielówki i okularki. Jak już dobiegłem do jeziorka, zrobiło się nawet płasko dość, więc biegało się fajnie. Tym razem dobiegłem do znaku, kierującego na wąską ścieżkę, oznaczonego nazwą schroniska chyba i symbolem wędrowca. Poszedłem tą ścieżką bo jakoś nie mogę tu znaleźć jakichkolwiek szlaków turystycznych i odkryłem malowniczy biwakowy zakątek, trochę fajnych skał i ruiny jakiegoś drewnianego zabudowania. Dalej nie szedłem bo trzeba było biegać ale jeszcze tam wrócę z aparatem. Bieganie zakończyłem na miejscu spotkania z dziewczynami, przebrałem się i popływałem trochę w przezroczystej, nie aż tak bardzo zimnej wodzie. Potem posiedziałem na kamieniu jak wodnik jaki i suchy wróciłem spacerkiem do domu. Piątek spędziłem uzupełniając płyny wewnętrznie i zewnętrznie (pod prysznicem) i odsypiając torturę pragnienia. W sobotę pobiegłem wybrzeżem w przeciwną stronę i zwiedziłem najbliższą miejscowość ze sklepem. Obiegłem port, pole golfowe, hotele, sto cypelków, wyedukowałem się na temat kanału z epoki żelaza łączącego dwie zatoki, turnieju łuczniczego opiewanego w podaniach norweskich (mniej więcej w czasie gdy Polska brała chrzest) i zobaczyłem pozostałości hangarów na wojskowe łodzie również z epoki żelaza. Udało mi się nawet trafić na plażę z piaskiem, tylko nie wiem czy można się na niej kąpać, bo podejrzanie pusta była. Poznałem też wreszcie moją szefową, bo przyjechała podpisać umowy. Okazało się że się pani wspina i chętnie gdzieś się wybierze za mną. Pierwszym zadaniem zatem po uzyskaniu normalnego dostępu do internetu będzie odnalezienie topo okolicy i jakiejś mapy turystycznej.
   Norski język łatwy nawet się wydaje (Norsk er lett ;)). Często się domyślam znaczenia przez kojarzenie z niemieckim albo angielskim ale mówić pewnie szybko nie będę. Będzie się mieszało :)Tymczasem staram się zjednywać Norwegów przynajmniej witając się po ichniemu. Aaa, moje bieganie po 80 minut bierze się z tego, że wrzuciłem sobie dwie lekcje norweskiego na mp3 i słucham ich w kółko. Od poniedziałku zacznę następne dwie wałkować chyba. Wczoraj dostałem też zestawienia materiałowe do zrobienia, tzn na razie listę materiałów którą muszę obmierzyć do zamówienia. Oczywiście wszystko w języku wikingów. Trochę już poznałem na budowie, trochę zgadłem a kilka trzeba było sprawdzić na google. W ten sposób łagodnie wchodzę do świata nowego języka :) Fajnie.
   Troszkę mi się za Wami wszystkimi tęskni ale włączam sobie jakąś starą płytę (w tej chwili Oczywiście "Czas Spokojny"), przeglądam zdjęcia z dysku i wiem że gdzieś tam jesteście. Nie zapomnijcie o mnie ;).









  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz