niedziela, 6 lipca 2014

Dalej niż na północ

   Położyłem się o 2.00. Do późna zgrywałem lekcje norweskiego, robiłem ostatnie pranie, upychałem do worka kolejne niezbędne a nie mieszczące się już drobiazgi. Wcześniej pożegnanie z wrocławskim nocnym życiem- przepociłem całą koszulę na parkiecie, ale raczej ze względu na aurę niż jakiś ekstremalny wysiłek.
   Rano wstałem o 6.30 i ogarnąłem się całkiem szybko. Dwudziestopięciokilowy worek na plecy, plecak na kierownicę, rower pod pachę i starabaniłem się na dół. Dobrze że ktoś wymyślił amortyzatory w góralach.
Powiozłem graty i pojechałem po ostatnie sprawunki. Wydrukowane bilety okazały się faktycznie na Niedzielę, tak jak pamiętałem :-D Pozdrowienia dla Tomasza.
   Czekając na otwarcie optyka przejechałem się po ulubionych zaułkach. Mrugnąłem okiem kilku krasnalom, uśmiechnąłem się do Chrobrego na kucyku, przejeżdżając Więzienną wspomniałem czekoladkę z serem pleśniowym i lody w Tralalala. Objechałem dwa razy Szermierza kurczowo ściskającego periodycznie znikającą szpadę, odwiedziłem kozy na Ostrowie i skwerek z którego wypływaliśmy na pożegnalny rejs Wiki. Na moście zakochanych minąłem jakąś procesję, a przepuszczając ich machnąłem trzy kółka wokół papieża. Nad głową znów skiełczały jaskółki. Popatrzyłem na rzekę wspominając kajaki na Oławce. Powdychałem zapachy ogrodu botanicznego koło którego co tydzień przemykałem w drodze na salsę i który metodycznie przeszukiwaliśmy tropiąc krasnoludy.
   Cieszyłem się słońcem, spokojem, brakiem ludzi aż mi się troszkę smutno zrobiło i nie chciałem wyjeżdżać.
Chyba się nigdy nie nauczę że smutkom nie można dawać czasu. Włóczyłem się tak aż na którymś skrzyżowaniu spotkałem się wzrokiem z przechodzącą przez jezdnię panią.
Pani ta patrząc mi głęboko w oczy wyrzekła słowa: "Nnnnie przeszkadzać..." Jechałem sobie dalej ani myśląc przeszkadzać i zastanawiałem się. Może to pani bibliotekarka była. Trochę tak wyglądała. Ciekawe o czym myślała. I poweselałem od tych rozmyślań i od faktu że nie tylko ja jestem taki dziwny że w poplątanych ciągach myślowych wypowiem głośno jakieś stwierdzenie... Że przy pracy albo na rowerze czasem w zamyśleniu intensywnym mi się coś wyrwie z ust. Że na szczęście zwykle nikt tego nie słyszy, ale może bywają też przypadkowi świadkowie tych przetarć osnowy. Że tak jak ja, zastanawiają się o co mogło chodzić i mają pożywkę dla wyobraźni.
Tak myśląc dopuściłem się aktu anarchii jeżdżąc po rynku, a nawet pod drzwiami straży miejskiej rowerem. Zerknąłem w odbicie wieży ratuszowej w witrynie, odwiedziłem pręgierz i Fredrę. Pomogłem jakiejś zagubionej Czeszce i zjechałem po niewymiarowych schodach przejścia świdnickiego. Po drugiej stronie wjechałem po wąskim podjeździe a nie chcąc stracić uzębienia dość mocno się skupiłem na prowadzeniu roweru. Na samej górze, już na płaskim, wyrwały mi się jakieś słowa jeszcze trochę skierowane do Czeszki która już dawno znikła za zakrętem i prawie wybuchnąłem śmiechem. Coś ze mną jest nie tak ale nie tylko ze mną :D. Myśli błądziły ulicą Kamienną którą tyle razy pokonywałem w każdą pogodę po drodze na ścianę. Wspominałem wszystkie te miejsca w których bardziej lub mniej spektakularnie spadałem z roweru.
Ciepło uśmiechnąłem się na myśl o przedwczorajszym posiedzeniu w parku z wspinaczkową sektą do późnej nocy, o robieniu stonogi i bezzasadnych obawach że Ich zapomnę.
Posiedziałem chwilę w kawiarni znów podziwiając kucyka Chrobrego i nucąc przypadkowe fragmenty "chóru narzekań.."
Po załatwieniu wszystkiego na mieście odstawiłem rumaka do siostry i przy wydatnej pomocy rodziny przetransportowałem się na PKS. Okazało się że ekipa od chytrych planów nie zasypuje gruszek w popiele i przyjaciele w większości umundurowani w błękit pożegnali mnie serdecznie jednocześnie wręczając podarki które z pewnością codziennie będą mi ich przypominać. Z resztą, jak tu zapomnieć takich ludzi :) Jesteśmy na siebie skazani do końca świata już... Dobrze że mogę często wracać.
   A teraz.. teraz siedzę w czerwonym busie, ładuję czytnik i stukam w laptopa. Rozpiera mnie radość i chęć przygody. Wysłużony zielony worek poddaje ciężkiej próbie amortyzatory gdzieś w luku bagażowym. Objadam się czereśniami z domowego drzewa, które tak pięknie czerwienieje na moje urodziny. Jadę. Wreszcie. Norwegia. Nadzieje tłumią obawy. Będzie dobrze albo jeszcze lepiej. W Drogę!

2 komentarze:

  1. Póki serca młode... Te nasze - ekipy-od-chytrych-planów - serca chyba już tak mają na stałe :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Będzie super! Tęsknotę zastąpią Ci fjordy i przygoda, której się nigdy nie doświadczy siedząc w domowym zaciszu. Zaprenumeruję ten wspaniały blog i poczekam na wydanie kiedy w papierze :). Buziaki i do zobaczenia kiedy może na skypie! ivi

    OdpowiedzUsuń