piątek, 3 maja 2013

Coś puszcza.



   Ostatnio sunąłem sobie przez wrocławską korporację windą. Ze mną dwóch wyrobników sukcesu, w wieku produkcyjnym (czyli w okolicach mojego) tocząc lekką dyskusję o jeździe tramwajami. 
Ujęło mnie stwierdzenie na temat wiosennych studentek brzmiące "ja w drodze do pracy kilka razy zdążę się zakochać!" 
Wiosna. Niby nic, ale zieleni się wszystko.
   Dziś stałem sobie na murach twierdzy z zamierzchłych czasów (swoją drogą taki tekst na tablicy informacyjnej powala, mój głód wiedzy historycznej został.. podrażniony ;)) podziwiając górski krajobraz i moknąc w deszczu.
Niby mury wysokie, niby wszystko spływa, bo kurtka nowa, niebieska i szczelna, ale jakoś tak..
Rozprasza się człowiek. W trakcie spaceru na zamek ponosiłem sobie aparat a jedynym efektem był ubaw, gdy okazało się, że chcę zrobić zdjęcie nie mając karty w środku.
   Pewnie jeszcze większy ubaw byłby, gdyby aparat nie mówił, że karty nie ma, co było standardem w oprogramowaniu seryjnym. Już ze trzy lata temu wrzuciłem zhackowany software, a przydało się dopiero teraz.
Wiosna.

piątek, 26 kwietnia 2013

Poszedłem Na Dziób!


Popłynęli koledzy w rejs
Fale ich kołyszą gdzieś...

Właściwie popłyną jutro.
Jedni do Włoch, drudzy w Chorwackie rejony, a mi tęskno.
Kumpel poprosił o wsparcie merytoryczne w formie drukowanej. Zajrzałem do morskiej biblioteczki. Wysłużony "Sternik i Żeglarz..." i prawie nieużywany "Instruktor" popłyną służyć radą. Namokną od słonego powietrza. Przedmucha je i ochlapie na pokładzie, a mnie nie.
Oj, jak mi się chce. Do wiatru, do lin, do żagla. Do steru a nawet do kopcącego diesla. Do stuku fałów o maszty i do samotności na dziobie. Do cichego portu i morskich ballad nad ranem. Wyciągnąłem z regału "Ceremoniał morski" i przeczytałem ze dwa rozdziały. Przeszukałem wszystkie półki, ale "Szanty i Szantymeni" pewnie wywędrowali do kogoś w odwiedziny. Może ktoś, wertując ich kartki, szykuje prawdziwe karaibskie drinki, albo eksperymentuje w kuchni z osiemnastowiecznymi marynarskimi potrawami.
Może jednak rzucić to wszystko i iść na morze... papiery wyrobić, Alfa o kajutkę ciepłą poprosić. Po oceanach się powłóczyć.

...Dla nich dobry los lub zły
Im się sen na jawie śni
Dla mnie zwykłe, szare dni

Na jachcie nie ma wiele miejsca. Mało jest prywatności. Ważne jest, by dobrze się dobrać z ekipą, ale czasem niestety się nie udaje. Wtedy jest jeszcze dziób.
Idąc na dziób dajemy sygnał, że chcemy być sami. Że potrzebujemy izolacji, odrobiny wytchnienia od.. od reszty. Nieważne od czego. I nawet gdy fordek jest mikroskopijny, gdy znajdzie się tam kilku kolejnych spragnionych samotności, znajdziemy ją. Taka magia. Siedzenie samotnie ramię w ramię pomaga. Może nawet bardziej niż siedzenie samotnie samotnie. Bo efekt potęgowany jest przez to uszanowanie tradycji. Szacunek. I współczucie, czy wspólne czucie raczej, empatię.
Taka ciekawostka z wody, jakby ktoś nie wiedział
  
Dobrze posiedzieć samotnie ramię w ramię.

...Przyjdą te dni,
A na razie...
Popłynęli koledzy w rejs...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Ciepło.



   Wracając z panelu dziś tęskniłem sobie. 
Jechałem przez wieczorne miasto, rozświetlone latarniami i neonami. Zaglądałem kątem oka w witryny sklepów i lokali, patrzyłem na ludzi niespiesznych, niektórych wyczekujących końca pracy, innych wracających do domów, i tych spacerujących, i tych walczących o oddech na joggingowych ścieżkach. Łapałem migawki twarzy, spokojnych i optymistycznych, odprężonych wreszcie po długiej walce z zimą.

   Nie czułem dziury w kolanie, otarcia na biodrze, nie żal chwilowo było ulubionych spodni rozdartych i zakrwawionych trochę przy wczorajszym przyziemieniu. Od czasu do czasu kropla deszczu kapnęła na twarz, a chłodniejszy powiew wiatru przypominał o wiszącej nad miastem burzowej chmurze. Takiej jak te nad jeziorem, gdy już zawiniesz do portu i cieszysz się że zwinąłeś wciąż suche żagle, a zaraz na wodzie będzie warte obejrzenia przedstawienie. Takiej co zapowiada uroczy wieczór pod połą namiotu, gdy gitarowe ballady mruczane są w takt dudniących o dach kropel, a potem wygrzewanie się z ciepłą herbatą w śpiworze, bo zajęcia odwołane.

   Nie chciało się wracać. Raczej jechać w dal wśród tych ludzi i świateł, w ciepłym wiosennym powietrzu, w ciągle zmieniających się zapachach. W tę burzę nawet. Może to przez muzykę, bo przerzuciłem się znów na salsę i jakoś tak zachciało się znowu pouśmiechać do koleżanek. Na parkiecie.
Tęskniłem za ciepłem. Fajnie zimą, ale teraz lepiej. Może najlepiej nawet.
I tak sobie tęsknię dziś, bo jest do czego.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Piękne, ale czy prawdziwe?



   Są takie chwile że chciałbym być człowiekiem sukcesu. Kimś lepszym niż jestem. Żeby dziewice mdlały i w ogóle 
 Zwykle właśnie wtedy wszystko idzie odwrotnie.
Ogromne starania,długie godziny walki z materią bądź niematerią nie doprowadzają nawet do celu minimum, a co dopiero do powalających efektów. To pewnie jak z pływaniem, im szybciej próbujesz płynąć, tym większy opór wody. Widocznie nie jestem stworzony do pływania.
   Czerpiąc z takich doświadczeń, zwykle staram się być po prostu sobą. Jakoś mniej niepowodzeń, może dlatego też że już długo ćwiczę. Takim tam niepozornym, wesołym ludkiem, sympatycznym, kolorowym i ciepłym, bez znaczących osiągnięć na polu intelektualnym, ekonomicznym, socjalnym czy profesjonalnym. Pierdzikółkiem mijanym przez bolidy sukcesu.
   Uśmiechnijcie się, gdy w pędzie po nagrody będziecie mijać mojego kolorowego garbuska. Bo uśmiech jest dobry, radość drugiego człowieka daje mi ogromną pozytywną energię, a wszelkie przejawy humoru, choćby te mocno siermiężne (tak, na panelu się zdarza, ale dziewczyny tam odporne i wybaczają łatwo), potrafią uratować nawet całkiem skopany dzień. Może dlatego bardzo lubię pomagać ludziom, żeby się mogli uśmiechnąć...

    Jestem więc sobą, choć chciałoby się czasem... ech,wiosna.

czwartek, 28 marca 2013

Być.


   Lubię skanseny. Lubię niebieski. Lubię robić ładne zdjęcia. 


Może niedużo, taki kartonik z obrazkiem, ale przynajmniej JEST. I stymuluje do myślenia o tym, co dobre było, piękne i warte zapamiętania. Bo trzeba patrzeć w przód, co, paradoksalnie, prowadzi do patrzenia wstecz. Trzeba mieć co opowiadać na starość, więc trzeba jednak coś zapamiętać. Na szczęście już taka natura, że lepiej pamiętamy to co dobre.


   Oczywiście, że pięknych, epickich zdjęć jest ogrom. W dobie internetu możnaby całe życie spędzić kontemplując obrazy dostępne na wyciągnięcie ręki, we wspaniałej jakości, gdzie zaklęty moment, specyficzny kadr czy wyciągnięty z tłumu detal przemawia może nawet bardziej, niż oryginalne, doświadczone w biegu i po łebkach przeżycie. Bo często nie ma czasu na pełne chłonięcie chwili. Bo trzeba coś. Albo natłok bodźców. Albo lenistwo nie pozwala schylić się i docenić. Czasem wpadam w tę pułapkę, jak każdy. Im bardziej szary dzień, tym mocniej cieszy oko dobra fotografia, obraz, szkic, historia ukryta wśród liter lub kolorowych obrazków. Doceniam to, że ktoś chce się podzielić przeżyciem czy ideą, i to że umie.


   Kiedyś zabrałem się za rysowanie bo nie mogłem znaleźć tego, co mi się podobało. Chyba takie wychowanie- jak chciałem zjeść coś dobrego, to sobie gotowałem/piekłem/smażyłem. Nie widziałem nic dziwnego, że wymarzone stroje czy pokrowce na sprzęt trzeba uszyć. Przecież nikt inny nie wiedział, jakie mają być. Grałem na gitarze tylko to co lubiłem i tak jak lubiłem. Pisząc, też starałem się sprawić, by dobrze mi się czytało. W miarę możności komunikatywnie zawrzeć ładunek emocjonalny wypływający z mojej głowy istniejący obok treści wypowiedzi.


   Teraz, w natłoku łatwo pozyskiwalnych produktów, adekwatnych do moich potrzeb, spełniających wszelkie warunki estetyczne i użytkowe (no dobra, czasem są za drogie, wtedy podwijam rękawy i robię ;)) została chęć stworzenia Czegoś.
Złożyć z części coś więcej niż przypadkową całość. Niezaprzeczalnie istniejącą. Moją.
Z drugiej strony dokumentowanie doświadczeń, przeżyć, notowanie rzeczywistości na poczet wspomnień. Na koniec radość zrobienia czegoś, co zyska uznanie innych. Potwierdzenie, że nie jestem sam z moją estetyką, że coś warte jest to dłubanie, że się podoba troszkę bardziej obiektywnie. 


Że komuś się chce przeczytać
 .

wtorek, 26 marca 2013

Bo lubię.



   Lubię herbatę.
Rodzinne przyzwyczajenie, takie sączenie gorącego, mocnego i słodkiego naparu.
Wciąż pamiętam smak najlepszej na świecie sypanej Earl Grey z kwiatami bergamotki którą mama przywiozła kiedyś z pracy.
   Ponoć wraz z wiekiem traci się wrażliwość na smak, więc mało prawdopodobne, żeby jakaś mieszanka jeszcze tak mi smakowała.. ale zdaje się, że to nie tylko wina kubków smakowych.
W herbacie coraz mniej herbaty, pijemy bursztynową farbkę zaprawioną odrobiną garbnika.
W kawie nie jestem tak rozsmakowany, ale uczę się.
Chętnie sięgam, jeśli ktoś z gościnnych przyjaciół zaproponuje, chwaląc, że ma dobrą (albo nowy ekspres który trzeba przetestować). Może nawet nauczę się poznawać, która jest dobra.
Utrudniam to sobie jak mogę, pijąc głównie białą, z naprawdę dużą ilością mleka.
Bo mleko też jest w porządku.
Bardzo zimne mleko zagryzione mleczną czekoladą na przykład. Kolejny ze smaków dzieciństwa. Albo jeszcze ciepłe mleko, prosto od krowy, spienione na wierzchu i smakujące bitą śmietaną, za to pachnące.. no.. krową. Trudno

   Teraz się już tak nie da. Kubki smakowe? Normy unijne? Może krowy za chude.
Herbatę z mlekiem też pijam często. Niestety czasem okazuje się że wychodzi bursztynowa farbka rozpuszczona w wodzie z dodatkiem białej farbki.
Bo dobrze jak życie jest kolorowe. 
   Lubię dobre jedzenie. Od małego mieliśmy dostęp do kuchennych utensyliów i zabawa na całego wśród kłębów mąki i rozgrzanych piekarników pozwoliła nabrać wprawy. Ze względu na nieuchronne ubożenie języka (o kubki) staram się nie ograniczać za bardzo w doświadczeniach smakowych. Bo dobre jedzenie daje szczęście . Z drugiej strony, całotygodniową walkę o mniejsze obciążenie na ścianie bardzo szybko niweczy pobłażanie przy stole. A sport daje szczęście. W takim układzie tkwię ostatnio, nie mogąc ruszyć w żadną stronę. 
Lubię gotować. Eksperymentować w kuchni. Przygotować coś fajnego, czym mogę podzielić się z przyjaciółmi. Choćby w ten sposób poprawić ten świat. Czasem na poprawę humoru najlepsze jest upichcenie niebiańskiej bomby kalorycznej.
   Tylko ktoś to potem musi zjeść..

środa, 20 lutego 2013

Leszczu


Generalnie staram się być dobrym i pomocnym człowiekiem.
Kilka dni temu przejeżdżałem przez skrzyżowanie wśród tłumu pieszych na pasach. Przed samym przejściem mrugał awaryjnymi niewielki, czerwony samochód, a pan kierowca próbował rzeczony wehikuł zepchnąć na zjazd do Carrefour'a, bo tam z górki się jakoś potoczy, by nie blokować przejazdu spieszącym się niewiadomo dokąd podróżnym. Niewiele, a wręcz nic nie myśląc (bo jak się jedzie rowerem, to nie ma czasu na myślenie;)) zeskoczyłem z pedałów, oparłem rower o słup i pomogłem panu pchać, a właściwie ja pchnąłem, on pokierował.
Taka mnie wczoraj naszła refleksja, że po pierwsze nikt z tłumu przechodniów się nawet nie zająknął, żeby pomóc, a po drugie, że przecież którykolwiek z przechodzących ludzi mógł wskoczyć na mojego wysłużonego góralka i odjechać w siną dal.
Cynicznie patrzącym na świat pewnie wydaję się leszczem do kwadratu, w sam raz, by wypchnąć do najgorszej roboty, a najlepiej jeszcze na koniec kopnąć w tzw. rzyć. No cóż, "niebo gwiaździste nade mną..." jak mawiał jeden pan
  i od razu człowiek się lepszy czuje, a przez ramię nie ma się co oglądać. A, że się nie dorobię w życiu, to i tak pewne jest 
.

Z innych przygód rowerowych, wczoraj po drodze na basen zaliczyłem piękny slide na prawym biodrze. Wychyliłem się nieco za bardzo na zakręcie i koła straciły przyczepność. Jako, że zakręt ostry i wyłożenie głębokie, to do ziemi blisko było, więc nawet nie poczułem. Jeansy tylko zmokły trochę, ale depnąłem potem mocniej, to się rozgrzałem. Cały dzień zresztą mi jakoś tylne koło się ślizgało, pogoda taka. Spodnie zapasowe miałem w plecaku, ale ciągle nie mam błotników w rowerze, więc szkoda było się w czyste przebierać. Zaliczyłem więc najpierw jeszcze salsę i dopiero na imprezie u Wiki się przebrałem.

Osiągnięć ciekawych niestety nie udało mi się dokonać. Co zrzucę trochę balastu poświątecznego, to znajdzie się jakaś impreza z tortem, ciastka "bo-się-zeschną", wizyta, podczas której na stole raczej powinno być coś, albo inna okazja, by sobie życie uprzyjemnić. A miał być ryż i owsianka. Ech..

W sobotę jedziemy do Czech. W planach narty, biegówki, wieczorne granie i nagrywanie. Oczywiście ciężarówka jedzenia będzie
  Ale tiramisu zrobimy. Ostatnio jak ze stoku zeszliśmy, to takie tiramisu w nagrzewającym się samochodzie było po prostu BOSKIE. Nawet bez alkoholu i popite chłodną herbatą.
Wiecie, że istnieje firma Thermos robiąca wciąż termosy? Trzymają ciepło 24 godziny, serio, sprawdzone. Muszę sobie taki sprawić.

Tymczasem sprawiłem sobie nowy telefon, dzięki czemu wiem że mam brudne paluchy 
 Wczoraj do 4 nad ranem wgrywałem cuda na kiju i mam nawigację ze szlakami turystycznymi (jakby jednak busola i mapa to było mało-a zimą łatwo zabłądzić), aplikacje treningowe, listę zakupów do współdzielenia z całą ekipą wyjeżdżającą na narty (chwilowo 34 pozycje w ilościach hurtowych, np. 50 jajek :)), ski czech zawierający mapy rejonów narciarskich i prognozę pogody na nich, a dzięki Anuli oprogramowanie do optymalizacji snu i lusterko
  
Poza tym udało mi się niechcący zadzwonić do szwagra i całkiem chcący do rodziców. Przymusiło mnie również do założenia konta na gmailu. 
Oczywistej oczywistości facebookowej obecności w komórce nie muszę nawet nadmieniać. 
Wziąłem się również i pomieszałem kablami w amplitunerze, uzyskując wreszcie dźwięk w subwooferze. Aż podłoga drży czasem 
Jeszcze Tacie nowe mapy wgrałem, korzystając z okazji, że mam jego gps-a u siebie. Krok o 6 lat do przodu, pewnie będzie widoczny.
Tymczasem świeży puch za oknem, więc jadę się poślizgać, bo plan jest, żeby uszyć pokrowiec na aparat w formie bocznej sakwy plecakowej, może i niebezpieczne miejsce, ale jakoś trzeba tego olbrzyma wozić i wyciągać w miarę szybko. Zatem do Surtexu po cordurę 

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
Awizo właśnie przyszło do Zofika! Mój softshell!!! A surtex po drodze 
(Z softshellem też historia, ale to może później :D)

Pewnie się domyśliliście, ale na wszelki wypadek tłumaczę że na zdjęciu jest leszczu i Pierwsza Zimowa Wywrotka 

wtorek, 12 lutego 2013

Blacha


   Odkryłem kolejną przyjemność w życiu.
Bieganie w śnieżycy.
W uszy grała nienatarczywa gitarka a śpiewała sympatyczna, delikatna blondynka, nie kłócąc się z rytmem kroków. Utwory były ciepłe, wręcz kominkowe, a zaraz za krawędzią kaptura zaczynała się zawierucha. Monumentalne pnie wynurzały się zza chmur białych płatków pozwalając odgadnąć którędy biegną ścieżki. Co jakiś czas zieleniły się kudłate iglaki, jeszcze nie obsypane śniegiem, kontrastując z wszechobecną bielą, oferując schronienie pomiędzy gęstymi gałęziami.
   Zostawianie na szlaku pierwszych odcisków stóp to zabawa, która nigdy się nie nudzi. Czy na piasku plaży, czy na śnieżnej płaszczyźnie, po chwili kontemplacji nienaruszonego piękna, wielka satysfakcja postawienia tego właśnie pierwszego kroku, usprawiedliwiona tylko tym, że przecież zaraz śnieg i tak napada a wiatr zwieje ślady z piasku. Gdzieniegdzie zresztą ścieżki były przetarte, minąłem kilku wariatów w adidasach i biegowych ciuszkach. Jednego nawet rozebranego do rosołu, gdy wycierał się ręcznikiem po ciężkim biegu, i pakował do samochodu.

   Nie mogę doczekać się nowych softshellowych spodni- będą rewelacyjne na takie aktywności, a teraz u mnie z dresami bieda. Się zużyły.
Jutro powinny dojść.
Buty super. Świetnie trzymają kostkę, wygodne od pierwszego założenia, amortyzują, dobrze trzymają się nawierzchni a samoczyszcząca podeszwa nie zbiera nic z drogi. W domu ani plamki nie ma, bo cały śnieg został na schodach. Sznurówki świetnie się zaciskają i luzują, haczyki trzymają sznurówkę a nie zaczepiają o nic innego.  
Jak narazie bomba.

   Jak wróciłem do roweru, pokrywała go oczywiście już solidna warstwa puchu. myślałem nad zapięciem go pod choinką, ale nie starczyło linki, bo choinka wiekowa była.
Zrobiłem jeszcze krótkie kółko po parku i ruszyłem w stronę domu. Przejechałem obok knajpki, gdzie kiedyś dość często zaglądałem na gyrosa- bo tanio a porcje ogromne. Dawno nie jadłem gyrosa.. lubię niestety
 . Pachniało niezrównanie, ale nawet nie zwolniłem, w końcu w domu czeka woreczek pysznego, chrupiącego ryżu .
Pod domem wpadłem tylko na chwilę do sklepu po mleko i składniki na pełnobiałkowy, beztłuszczowy i bezcukrowy sernik. Ciekawe, czy mamy w domu jakąkolwiek blachę 
Zdjęcie na życzenie  Nowy grip i "nowa" fryzura. Poznajecie? 

czwartek, 7 lutego 2013

Norwegian wood


   Rano poszedłem znów się narąbać. Gdy w watowanej kurtce ciąłem kłody w kącie koło drewnianego kajaka czułem się jak.. w Norwegii. Lekki mróz szczypał w policzki a aromatyczne wióry sypały się na buty. A gdy było już troszkę cieplej i w czapce-dokerce i spodniach dresowych zacząłem machać toporem, dosłownie poczułem, jak fiordy mnie w tyłek podszczypują.

   Później rodzice odżyli i mama wyekspediowała mnie po zakupy.
Można powiedzieć, że ludzie ludziom zgotowali ten los


Pączki serowe obtaczane w cynamonie i cukrze waniliowym.
Takie prosto z patelni, gorące, pachnące, rumiane i chrupiące.
Nie dało się zjeść mało. Na szczęście były niezbyt duże.

   W związku z tą rozpustą musiałem iść pobiegać. Zrobiłem całkiem sympatyczną rundkę wokół Sulikowa, nie skręciłem nogi po ciemku ale po lesie mało biegałem. Czarny las oprószony na biało ma swój urok. Wąskie, znane od lat ścieżki. Nawet słuchawki zdjąłem, żeby słuchać skrzypienia śniegu. Z nieba leciały duże, puszyste i zimne płatki, śmiesznie łaskoczące w nos.
Przebiegłem kawałek kopalnianymi drogami i wróciłem na oświetlone szlaki. Pusto na ulicach i spokojnie. Po zgiełku Wrocławia miło wrócić na stare śmieci.

   W międzyczasie (między rąbaniem a bieganiem) korzystając z wielkiego ekranu w salonie nadrobiłem zaległości kulturalne. "Samsarę" zobaczyłem nieco nieuważnie, Bonda nowego drugi raz (dla towarzystwa) i "Whisky dla Aniołów" (gorąco polecam). Tato długo się zastanawiał, w jakim języku mówią w tym filmie
  bo akcja dzieje się w Glasgow. Klimatyczny akcent mają szkoci, Aye?
Love Irn-Bru  
Jeszcze "Niemożliwe" obejrzeliśmy patrząc czasem przez palce, bo troszkę czuli jesteśmy na krzywdę ludzką, a dość naturalistycznie oddana została. Film jednakże również wart zobaczenia.

To co, organizujemy jakiś maraton filmowy?  Kto robi sernik?

poniedziałek, 4 lutego 2013

System..


   Dziś zdecydowałem jednak kupić nową baterię. 
Przelotnie będąc w okolicach rynku w poszukiwaniu farby do koszulek zajrzałem do polecanego ostatnio przez koleżankę sklepu-komisu fotograficznego na Odrzańskiej. Niestety nie mieli najtańszych i dobrych, ale mieli tanie i jeszcze lepsze . Po zfinalizowaniu zakupu poszedłem pozwiedzać. Fajne aparaty, rewelacyjne szkła, wszelakie inne akcesoria... Z głupia frant zapytałem, czy nie mają w komisie gripa dla mnie. Pan ożywionym głosem powiedział, że mają. Oryginał. W pudełku. Nówka. Na moje stwierdzenie, że na oryginał to mnie nie stać odparł moje ulubione na dzień dzisiejszy zdanie: "a ile chciałby pan zapłacić?"
Mało oznaczało 100 złotych  Głupi jestem, wiem. 
   Stary. Słaby. Wolny. Nie warto.
Ale teraz ma nową baterię i gripa. I będzie dobrze.
Bo moc i siła, bo wyważony i dodatkowe przyciski.
A że kanciasty i mniej wygodny, że nie taki lekki już, starość nie radość .
Wracałem do samochodu w strugach deszczu, co chwilę uchylając pokrywkę pudełka. Zamykałem ją natychmiast pukając się w czoło- przecież zdążę jeszcze obejrzeć, po co ma moknąć sprzęt i ja. Po kilku krokach znów uchylałem wieczko.. takie tam małe radości. Z folii rozpakowałem dopiero w samochodzie. 
Mam gripa.

a to zdjęcie zrobione dzięki temu, że bateria nie padła! E'viva battery grip!

Battery grip


Zima. Jak jest zima, to musi być zimno, Pani Kierowniczko. Takie jest odwieczne prawo natury.
Tracę na tym przez chwilowe irytacje i, powiedzmy, niespełnienie.
W jaki sposób? Drobiazg. Stara bateria w aparacie 
Kolejny stracony stos kadrów, tylko dlatego, że canon znów głodny.
Troszkę frustrujące.
Niby łatwo temu zaradzić. Nowa bateria do aparatu jedyne 300zł 

Zamiennik sprawdzony wg internautów, 160, 100, 88 zł (najbardziej sprawdzony ten za 88 :D)
Taki za 160 już mam nawet, ale jakoś się nie spisuje. Może się zestarzał.. ale kiedy?
Przecież to tak niedawno wszystko.. ech. Czas.
Błędne koło. Może jakaś zmiana systemowa potrzebna, bo ile tych baterii będę miał.

Wymyślili taki patent co się battery grip nazywa.
Taki magazynek na dwie baterie, kilka spraw ułatwiający.Wkręca się toto pod spodem i ma po pierwsze dodatkowy spust migawki przy kadrowaniu w pionie, po drugie inne wyważenie body pomocne przy dużych obiektywach, po trzecie dłuższą pracę na baterii i po czwarte ogromny kloc zamiast zgrabnego aparatu do focenia. Jak tu zdjęcia robić...
Dodam może od razu, że grip do mojego eosa kosztuje 600 złotych. Taniej kupić nowe body.

Zmiany systemowe zatem odpadają. Chyba że faktycznie nowe body... i nowe baterie... Błędne koło level up.

Dziś na nartach było fajnie. Wesoło w srebrnym czołgu. Obśmialiśmy się jak norki. Piątką się wygodnie zmieściliśmy. Narty weszły do bagażnika, po skosie. W związku z tym, wyprawa do Pecu kosztowała za transport 20 złotych od głowy.
Zaspałem rano, telefon nie obudził. Muszę jakieś mniej skomplikowane urządzenie do budzenia sobie zafundować. Nie ma tego złego.. bo dzięki temu zdążyliśmy dokoptować kumpla, co mu się narciarska ekipa posypała.
Pec bardzo fajny, nienużący, dużo zakamarków, zwiedzania, orczyków, tras łatwiejszych i trudniejszych, ścieżek leśnych, przecinek, szerokich stoków, urozmaicenie pełne.
Buty tylko za duże pożyczyłem trochę, też by wypadało kupić wreszcie.
No i droższy niż Janskie. Parking 120 kc (w Janskich 60).
Za to na stoku fajna muzyczka, az nogi niosly, i Bombardinio, i wszelakie specjały w słonku.
Wracając zajechaliśmy na stację paliw, kofeinę we krwi uzupełnić. Taka tam pani za nami zajechała w kolejkę do dystrybutora. W okularach. Uśmiechnęła się. Tyle zauważyłem. Pewnie sympatyczna.

Taki się troszkę czuję.. jak z battery gripem... Do Norwegii trzeba...

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Załoga!


Sernik
   Jak już nadmieniałem na forum gremialnym weekend był dość aktywny.
W piątek w trakcie powrotu z Ostrowa dostałem wiadomość, że trening na 20.30 sie nie odbędzie.
Prawie zdążyłem zatem na ten o 18.30. Fajnie było. Po treningu sekcja Progressowców organizowała urodzinową imprezę, rozpoczętą nastrojowym pokazem slajdów od historii po spojrzenie w nadchodzący rok. Nawet nie wiedziałem, że kumpluję się z tak znakomitymi budowniczymi historii wrocławskiej wspinaczki. Łezka się ponoć niejednej
  zakręciła.
Wieczór spędziłem zatem przy kawie i gitarze- tylko musimy wreszcie zrobić jakiś śpiewnik dyżurny scianowo-pijacki... niech lezy pod ladą . Może mieć logo tarnogaju na okładce, to będzie pasował do wyposażenia:)

Zjawy
   Do domu wybrałem się chyba gdzieś koło drugiej, bo w sobotę znów impreza.
Wcześniej trening i szukanie prezentu po wrocławskich sklepach. Bardzo fajny statyw znaleźliśmy. Nie aż taki idealny jak proponował Bodzio, ale za to w budżecie się zmieścił i, wg mnie, jest super wspaniały . Siostra powiedziała, że tylko tego jej do zestawu brakowało i cieszyła się bardzo.
Wieczór upłynął przy wiśniówce, piwie, czymśtam z colą i zabawie nową zabawką. 
Robiliśmy zdjęcia duchów, ale że zaczęliśmy już po dwóch butelkach, więc od początku jakoś wyników nie było. Za to zabawa wesoła. Wika też ma nowy aparat  Sprzęci się nam wokoło. 
Resztę towarzystwa rozwiozłem do domów około 5AM. Nie opłacało się już kłaść, bo o 8 miałem się na gaju meldować po załogę.
Plan był, żeby umyć samochód jeszcze i zaopatrzyć w zdobyczną naklejkę tarnogajową, ale czasu brakło na takie pierdoły. Dziewczyny stanu środka transportowego na szczęście nie komentowały 

Popakowałem się starannie do pożyczonego plecaka na skarby, zrobiłem gorące napoje do termosów i kanapki z resztek imprezowych. Chwilkę jeszcze miałem, więc odpaliłem kompa, przez co ominęła mnie planowana na śniadanie jajecznica (bo nie zdążyłbym już jej zrobić i się wykąpać jednocześnie. Na śniadanie zatem miałem chrupiący od niedogotowania ryż z jogurtem (tak, przeterminowanym ;)) :DDD.
Za to na miejscu stawiłem się przed czasem, mimo, że oczywiście nie udało się pojechać najkrótszą drogą. Następnym razem już trafię bez problemu.

Do wozu!
   Z załogą w srebrnym czołgu, gps-em na szybie i świetnym nastrojem ruszyliśmy w góry. Po drodze zwiedziliśmy pewne przytulne mieszkanko w Dzierżoniowie, zapewniając sobie paliwo na stok, o smaku aroniowym ponoć. Uzupełniło ono zapas herbaty z rumem (lub odwrotnie- rumu z herbatą. Nie sprawdzałem, bo prowadziłem).
W Janskich zaparkowaliśmy koło oślej łączki, dziewczyny dostały klucze do auta i poszły szukać przystojnego instruktora od deski, a ja przytroczyłem narty i buty do plecaka ze skarbami i potrekkowałem w górę, do gondoli.
Troszkę obawiałem się jak to będzie po dwóch latach bez desek na nogach, szczególnie, że kompletnie nie wiedziałem jak wyglądają trasy. Opisy na tablicach organizacji ruchu narciarskiego też nieco mąciły obraz- punkty za zjazd daną trasą(i co, bramki przy każdym zjeździe?? a jak się rozgałęzia?), osobna opłata za gondolę, i takie tam. Było dobrze, i normalnie
  Zapytałem jakichś Polaków, jak to wygląda na górze. Polecili kupić pod kasą karnet do końca dnia i się nie przejmować. Oni tak zrobili.
Karnet do końca dnia kupiłem pod kasą, oczywiście od Polaka 

Blondynki. Warkocze. Śnieg. 
Nordycki raj 
   Pięknie było. Specjalna kolejka dla singli (sic!) posuwała się zawsze dość szybko więc troszkę zdążyłem pojeździć. Pewnie w towarzystwie byłoby jeszcze przyjemniej, ale co zrobić. Może następnym razem.
Na początek zrobiłem czerwoną/niebieską żeby sobie w ogóle przypomnieć jak się jeździ, potem dwa razy czerwoną na rozgrzewkę (bardzo mi się spodobała) a potem wskoczyłem na czarną, pospeedować. 
Wyglebiłem się raz- przy pierwszym zjeździe czarną.
Ale ludzie pięknie jeżdżą. Ja pewnie wyglądam jak pokraka na stoku.. Co tam, ważne, że jest zabawa. Aparatu nawet nie zabrałem. Pogoda i warunki były świetne. W ostatniej godzinie zaczęło mocniej wiać i zacinać śniegiem. Do jazdy w zupełności wystarczyły okulary, gogle spokojnie spały w plecaku.
W nogi dość ciepło a przede wszystkim sucho, buty wygodniejsze niż wspinaczkowe, w plecaku wszystko co potrzebne nawet jakbym zostal na osiem godzin na stoku, albo i zgubil sie we mgle na dzien czy dwa:D, kask grzal ale nie przepacał, kominiarka i buff chronily przed zacinajacym sniegiem, IDEALNIE.
Tylko pas biodrowy w plecaku mi się troszkę popsuł, ale w zjeździe nie przeszkadzało, bo plecak wąski i wysoki.
W gondoli nie było się czym lansować, bo spodnie stare i najtańsze możliwe, softshellik styrany do rozpadu, za to może chociaż wyglądałem jak stary wyga. hehe. Wspaniałego, niebieskiego packlite'a nie ubierałem, bo sucho było, a co się ma przecierać na śniegu. W plecaku jeździł.
   Po zamknięciu wyciągu znów narty na plecy. Podobają mi się narty przy plecaku. Nowa husaria  Trekki na nogach, kije w rękach i skrzydła przy plecaku. Bieszczadzkie Anioły.
W drodze powrotnej na szczęście jechaliśmy cały czas głównymi drogami. Ślisko nie było bardzo, tylko ciemno i padało. Żeby nie przysnąć opowiedziałem Sabrinie(!) conieco o mojej przefajnej rodzince. Chwaliłem się znaczy. Dojechali, rozwieźli, rozpakowali i spać. Jak dobrze, że w poniedziałek nie musiałem wstawać.
A dziś trening na 20.30 
Aaa.. na czarnej widziałem jak gość pocinał w turach pod górke.. ciekawe jak się na tym zjeżdża. Muszę spróbować koniecznie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Rest


   Najbardziej żałuję, że nie umiem zrobić takich zdjęć, żeby pokazać jak pięknie było na szlaku. Rano inwersja spowodowała, że szczyty tonęły w słońcu. Pod chabrowo- błękitnym niebem śnieg skrzył się diamentowo i oblepiał wszystko. Każda gałązka miała kołderkę ze śnieżnobiałej pianki.
   Na początku co chwilę zatrzymywaliśmy się, bo koło takich widoków nie da się przejść obojętnym. Później, na szczęście, niebo zaciągnęło się na biało, szaro a w końcu buro.
Ścieżka do pierwszego schroniska była przetarta, i spacer z lekkim plecakiem był wyłącznie przyjemnością. Lekkim, bo okazało się, że w schronisku ciężko będzie z noclegiem i plany się nam troszkę zmieniły.
Ruszyliśmy spod Zakrętu Śmierci, zostawiwszy tam samochód i niepotrzebne graty. Niektórzy zostawili również te potrzebne, co okazało się gdy noc zapadła już głucha, a my wciąż dreptaliśmy. Na szczęście miałem dwa zapasowe źródła światła, i nie trzeba było schodzić do Świeradowa przyświecając sobie smartphonem
 ... jak cudowne urządzenie by to nie było, trochę siara  
Zdjęcia robiliśmy na początku, bo później wiatr w oczy- ciemniej, zimniej, zmęczenie dawało się trochę we znaki, no i co jakiś czas zdarzało się upaść, bądź zapaść i wygrzebywać powoli z dziury, w czym aparat troszkę przeszkadzał. 
   Dzielnie przespacerowaliśmy 23 kilometry w dziesięć godzin. Czas marny, ale... śnieg.
Na ostatnim postoju (o godzinie 19- czyli dwie godziny po zapadnięciu zmroku) byliśmy już nieźle wyrypani, a tu niespodzianka- termos mi się stłukł. Nie chciało nam się już gotować od nowa herbaty. Właściwie, nic nam się nie chciało. Zmusiłem się tylko, żeby przebrać skarpety i włożyć nowe ogrzewacze do butów, bo trzeba fason trzymać, a jak przy każdym kroku między palcami przepływa lodowata woda, to trudniejsze jest 
 Jak przepływa ciepła, całkiem inaczej.
   Ogrzewacze spisały się bardzo fajnie. Kupiłem w Decathlonie pięciopak w razie awarii na szlaku jakiejś (bo "lekki" plecak, jak zwykle, miał wewnątrz dużo skarbów dzięki którym nie odlatywałem z uniesienia na widok cudów natury) Martwiłem się tylko, czy nie będą za ciepłe. Po pierwszych piętnastu minutach marszu stwierdziłem, że moje wiosenno- jesienne, leciutkie treki gorąco polecanej firmy, nie zamieniły się w buty zimowe, i jak można się było spodziewać, są głównie wygodne. Jest to co prawda podstawowy parametr butów trekkingowych, acz nie pogardziłbym w owej chwili izolacją termiczną i przeciwwilgociową. Co do tej drugiej, z pełną świadomością przygotowany byłem na dreptanie na mokro. Jak nie bokiem, to górą, na pewno by się wlało. Paczuszka z parą ogrzewaczy w wierzchniej kieszeni- bo przecież trzeba przetestować- prawie sama się otworzyła, i od tej pory aż do zmroku (gdzieś do 17 godz.) miałem ciepło. Teoretycznie grzać miało min.5 godzin. Trudno wyczuć kiedy przestało, ale marzłem od 18 gdzieś, czyli po 7-8 godzinach dopiero.
Po dwudziestej dotarliśmy do Świeradowa, gdzie zrobiliśmy zdjęcie drzewa na skrzyżowaniu, obok Domu Zdrojowego. Obok drzewa był Lewiatan. Pod Lewiatanem w piwnicy pub (nie wiadomo dlaczego nazwali go "Pod Orłem" a to przecież całkiem różne zwierzaki są). W pubie była muzyka, dwie przestraszone młode barmanki, szef i bar. Za barem, przy herbatce poczekaliśmy na naszego ulubionego localsa, żeby nie powiedzieć autochtona- Miłkę, która pomogła w transporcie do swego uroczego przysłupowego siedliska, gdzie czekał ciepły piec, gar zupy, grzanki z blachy, herbata i gitara. Śpiewniki i piwo mieliśmy w samochodzie

 schłodzone, ale kartki się przewracały. I się przelewało.
Do rana wyschło wszystko oprócz moich butów. Wyspaliśmy się (ja napewno, w końcu całe 5 godzin, po chłopakach koty ponoć skakały), objedliśmy tradycyjną niedzielną jajecznicą i trzeba było się zbierać. Znowu nie spróbowałem, jak się jeździ na turach. Stały w sieni, razem z fokami, więc przynajmniej pomacałem. Następnym razem.. albo w Odrodzeniu.

   We Wrocławiu nie zdążyłem na planowane łyżwy, ale spóźniłem się jedynie pół godziny. Byłoby mniej, ale musiałem skoczyć do domu po suche buty i samochód. Za to wylazłem na lodowisko z aparatem. Gdzieś się uchowała jeszcze jedna naładowana bateria, ale z mrozu szybko się rozładowywała, tak samo jak ta w aparacie. Co chwila żonglowałem nimi kieszeń-aparat, co niestety spowodowało stratę kilku fajnych ujęć. Zima.
Po łyżwach pojechaliśmy coś zjeść/wypić. Pierwszy raz w życiu jadłem chińskie jedzenie (a przynajmniej o ile pamiętam) ..no, nie licząc ciasteczek z wróżbą, co kiedyś dostałem od Paki.
Bardzo fajne. Ciekawe, dość ostre, słodkawe. Pewnie wiecie, tylko ja taki zapóźniony.
Potem już tylko na chwilę do domu ogarnąć się i spakować, i na ściankę
  
Rekreacyjnie, w doborowym towarzystwie, nawet dużo tzw. konstruktywnej krytyki nie zebrałem. Może Marta nie w formie była tym razem, zmęczona po snowboardzie w czechach  Muszę się bardziej postarać, bo nie będzie miała na co narzekać Choć trzeba przyznać że się staraliśmy dzisiaj z Michałem na dole, jak wisiała na ścianie, i nic. Może jednak mnie lubi 
Na koniec dnia ostatnie pranie i foty na fejsa wrzucam. No i toto skrobię żebyście mieli co do porannej kawy czytać  Rano do Ostrowa. Hm. Byle do piątku.  Siła!


Tak wyglądało pierwsze pół dnia :D

czwartek, 10 stycznia 2013

Charming


Wczoraj wreszcie miałem wolną środę. Wolną w sensie braku wieczornych zajęć mniej lub bardziej wymuszonych. Nadszedł w końcu czas planowanych zajęć pozalekcyjnych. Ucieszyłem się, bo już prawie zapomniałem nawet podstawowego kroku salsy. W Ostrowie jedyna salsa jaka mi w miarę pasuje terminowo to środowa salsa solo. Oczywiście we dwoje zaawsze przyjemniej, ale jak się nie ma co się lubi, to się drepta przed lustrem.

Bardzo było miło, choć całą godzinę deptaliśmy parkiet słuchając rytmu z płyty. Wiele traci taniec bez fajnej muzyki. Podobało mi się pewnie również dlatego, że zamiast rozciągania na koniec była bachata, do skądinąd znanej melodii.
Od razu mi się mordka uśmiechnęła, gdy w półmroku wygaszonych "na wyciszenie" świateł usłyszałem pierwsze znajome frazy. Zacząłem nieśmiało w ostatnim rzędzie krok podstawowy, czekając aż instruktorka zada jakieś ćwiczenie na rozciąganie. No i ćwiczeniem tym był krok podstawowy bachaty
 . Też oczywiście dużo nie pamiętam, Znowu od zera będę musiał zaczynać...

Salsę prowadzi nam bardzo fajna dziewczyna. Nawet się wspinała trochę ponoć. No ale jak fajna, to pewnie zajęta 
 Bardzo żałuję, że jakoś się nie składało ostatnie dwa miesiące, żeby zajrzeć w środę na zajęcia.
Zajęcia z towarzyskiego, te od szkoły błaznów (vide 07.12.2012) zostały od poniedziałku zawieszone na miesiąc, bo nie mogli znaleźć zastępstwa za prowadzącą. Cóż, i tak brakowało mi na nich jakiejś fajnej pary. Przynajmniej nie będzie tego piekielnego 2 na 1.
Kolejny raz zapowiada się, że zawieszamy i my prace na wygnaniu i wracamy do dolnośląskiej stolicy. Może już od środy... Oby.

Ukłuła się w palec i zasnęła na sto lat...
W weekend jak zwykle niedospałem, w poniedziałek poprawiłem, za to Wtoooorek...! Koledzy się śmiali, że teraz już moją tygodniową normę snu odpękałem, i mam zakaz. Chyba troszkę przesadzają.
W środę postanowiłem wyrabiać normę na przyszły tydzień. Średnio wyszło, ale dziś byłem wreszcie wyspany.

...fraszkę jakąś?
W pracy pół dnia spędziłem na baszcie. Pewien czas nawet siedząc i majtając nogami. Pod szklanym dachem podczas deszczu, wśród zabytkowych murów jest uroczo. Tylko schodów nie było, a przecież "księżniczka jest tam gdzie schody... gdzieś o tym czytałem..."

Z bajkowych tematów to jeszcze fryzurę zapuszczam godną księcia z bajki, choć może gargamela, byłoby bliższe prawdy... Troszkę to niekomfortowe dla człowieka nawykłego do czesania się gąbką. Jak się obetnę, to mi będzie zimno. Prawda?

Lemony na święta sprawili mi wielką frajdę. Dwie. Trzy właściwie

 Dobrze mieć takich przyjaciół, nawet jak są tak daleko. Teraz bilety do Irlandii tanie, ukradnę sobie trochę czasu i wreszcie zrealizuję odkładaną przez perypetie pracowe i inne wyprawę. Jak ten rok szybko minął... Rude zabiorę, bo ponoć ściankę mają. Nad zimowym oceanem posiedzę. Pospaceruję klifami. Posłucham skocznej muzyki w pubie. Pogrzeję się przy kominku, niekoniecznie opalanym torfem. Pomilczę sobie z Nimi. Albo pogadam. Nieważne. I pośpiewamy z Kicią. Trzeba się Kubowych piosenek nauczyć bo mały rośnie jak na drożdżach.

Biurka mi brakuje mojego. Wielkiego. Projektów zostawionych w szufladach i na półkach. Niepomalowanych koszulek w szafie. Kubka czekającego na wspinowe uszko, zapomnianych exlibrisów, pudła z narzędziami. Zegar do renowacji chwilowo wylądował pod łóżkiem
  jacht czeka na naprawę od pamiętnego 13 września. A ja tu siedzę, i nawet książek co czekają w kolejce, mi się nie chce czytać. Może dlatego, że jestem w połowie takiej smutnej, a nie chcę się smucić.

Wrócę w piątek i pobiegnę na trening. Taki weekend- trening/pranie/spanie/jedzenie x2- z jednej strony wyczekuję z utęsknieniem, z drugiej.. czegoś tu brakuje.
Fajnie, że w niedzielę udało się pójść na Hobbita. Dzięki za towarzystwo, Dziewczyny  Ja nie jestem zawiedziony ani trochę. Brakowało mi tylko kilku piosenek z książki i bardziej rozbudowanej muzycznie ścieżki dźwiękowej. Ale Bonda bym obejżał. Za późno.

I tak to dzisiaj nostalgiczny list do Was, Przyjaciele, kończę, z nadzieją na szybkie nadejście piątku. Jakby ktoś nie zauważył, deszcz pada.